Odetchnęłam, kiedy poczułam chłodny wiatr. Odwróciłam się do drzwi, by wrócić kiedy kątem oka dostrzegłam ruch po mojej prawej stronie. Zmarszczyłam brwi i puściłam klamkę. Obserwowałam przez chwilę tamtą stronę, gdy znów coś się pojawiło. Weszłam w cień, by nie było mnie widać. Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy. Kiedy je znów otworzyłam, ruszyłam na palcach w stronę drewnianych drzwi, gdzie usłyszałam kolejny dźwięk. Nagle coś trzasnęło a ja aż podskoczyłam. Szarpnęłam za klamkę, lecz drzwi nie chciały się otworzyć.
-Cholera. - Szepnęłam.
Podeszłam do innych drzwi. Otworzyłam je z ulgą i weszłam po kamiennych stopniach prowadzących na wyższe piętro. Dostrzegłam cień i cichą rozmowę. Momentalnie zawróciłam i przemknęłam lewym korytarzem. Schowałam się za rogiem, kucnęłam i ujrzałam kilka ciemnych sylwetek. Torivorzy? Nie... Błysnęło światło i zapaliła się pochodnia rozświetlając twarze pięciu mężczyzn. Zmarszczyłam brwi. Kim oni... O mój Boże.
Szarzy Jeźdźcy.
Serce mi przyspieszyło. Wszyscy balują, co się stało ze strażnikami? Ilu jest Szarych Jeźdźców? W jednym momencie zrozumiałam. Maldor wybrał sobie idealną okazję aby nas zaskoczyć. Parsknęłam cicho i wysunęłam sztylet schowany w bucie, ale zatrzymałam rękę. Wyszeptałam prawie bezgłośnie frazę zamrażającą i skupiłam się na najwyższym mężczyźnie. Nic się nie stało, Szary Jeździec dalej szedł za swoim towarzyszem. Syknęłam zdenerwowana. No jasne, mogłam się tego domyślić od razu. Nie wparowaliby do zamku, wiedząc, że co najmniej trzy osoby dobrze władają edomickim. Wstałam i wzięłam sztylet do ręki po czym pobiegłam myśląc co mogę zrobić. Jeśli zejdę na dół i pobiegnę do naszych, natknę się na nich. Jeśli pobiegnę górą, też się mogę na nich natknąć. Ile ich tu może być? Wyszłam zza rogu i potknęłam się o coś miękkiego.
-Cholera jasn... - przerwałam z szeroko otwartymi oczami.
Przede mną leżał strażnik. Martwy. Całą twarz miał zbryzganą krwią, z jego piersi wystawał nóż. Pospieszyłam się i zdecydowałam się wysłać Galloranowi i Corinne wiadomość.
-Słyszycie mnie? - zapytałam telepatycznie.
Chwila ciszy.
-Tak. - Usłyszałam Corinne w głowie. - Coś się stało?
-Corinne posłuchaj mnie uważnie. Na zamku są Szary Jeźdźcy...
-Żartujesz...
-Natknęłam się na razie na pięciu. Są uodpornieni na edomicki. Nie wiem ile ich jest, znalazłam martwego strażnika.
-To nie wróży nic dobrego. - W mojej głowie rozległ się głos Gallorana.
-Jesteście nadal w sali balowej? - zapytałam.
-Wyszłam na chwilę na korytarz. Gdzie jesteś, Rachel?
-W jakimś korytarzu... nie wiem. Chwila... jestem koło biblioteki. Co robimy?
-W sali balowej jest tajne przejście. Odprowadzimy gości do schronu w piwnicach. Rachel, spróbuj się przemknąć lewym skrzydłem zamku. Zazwyczaj jest niedostępny, korzysta z niego tylko obsługa. Jeśli ci się nie uda, zawróć i po prostu wyjdź z pałacu, dobrze?
-Ale co jeśli...
-Zaufaj mi. Wiem co robię. Jak tylko spotkasz strażników poinformuj ich o sytuacji. Jak spotkasz obsługę, karz im schować się w schronie. W moim imieniu.
Przygryzłam spanikowana wargę.
-Dobra.
Zawróciłam i skierowałam się w lewą stronę zamku. W korytarzu, który teraz mijałam było mnóstwo luster. Przyćmione światła świec i pochodni powodowało, że czułam się jak w horrorze. Pozwoliłam sobie zerknąć w lustro. Ujrzałam zmęczoną i ubrudzoną dziewczynę z długimi, brązowymi włosami i przestraszonymi oczami. Skarciłam siebie za to, że byłam w takim stanie.
Po kilku minutach, zdyszana oparłam się o ścianę, ale szybko zmieniłam zdanie. Przede mną leżał kolejny martwy strażnik. Zrobiło mi się niedobrze, lecz zmusiłam siebie do pochylenia się nad nim i wyszarpnięcia z jego lodowatej dłoni szabli. Usłyszałam, że ktoś się zbliża. Zza rogu wyszedł jakiś przysadzisty facet z wąsem i brodą. Odwrócił się do mnie i jego twarz wykrzywił grymas wściekłości. Dobył miecza i rzucił się na mnie. Ja zwinnie odskoczyłam w lewo i przebiłam jego bok szablą, lecz w takie miejsce, by go nie zabić. Zaciągnęłam go do pobliskiej, pustej komnaty i rąbnęłam go rękojeścią sztyletu, by go na chwilę unieruchomić. Podeszłam do okna i ucięłam sznur z zasłony. Przywiązałam mojego jeńca do krzesła i go przeszukałam. Łatwo rozpoznałam naszyjnik chroniący przed edomickim, po szybkim ruchem go zerwałam. Wypowiedziałam frazę, i Szary Jeździec się obudził.
-Odpowiadaj na wszystkie moje pytania, to uleczę twoją ranę i puszczę cię wolno. - Mruknęłam.
-I tak mnie nie wypuścisz. - Wysapał przez zaciśnięte zęby.
Wyszeptałam kolejna frazę. Tłumacząc na nasz język mogłoby to oznaczać coś w rodzaju "A teraz powiesz mi wszystko co chcę od ciebie usłyszeć."
-Jak masz na imię?
-Jack.
-A więc Jack... czemu Szarzy Jeźdźcy są w zamku?
-Maldor przeteleportował nas tutaj. Mamy dostarczyć księżniczkę i wasze głowy.
-Jakie "wasze"? - zmarszczyłam brwi.
-Twoją, Jasona... i reszty. - Odparł.
-Co chcecie zrobić? - zmrużyłam oczy.
-Naszym celem było wdarcie się do zamku. Mieliśmy zabić wszystkich strażników i dostać się w sam środek przyjęcia.
-Ilu was jest?
-Czterech zwiadowców. Pięciu zabójców, dwóch łuczników. Pozostałe pięć to szamani.
-Szamani? - uniosłam brwi.
-Edomici. Tacy jak ty. - Ostanie słowa aż wypluł z siebie.
-Są silni? Od ilu lat się uczą? - byłam już szczerze spanikowana.
-Dwóch silnych. Maldor osobiście ich uczył. Reszta to początkowi adepci. - Jego rana coraz bardziej krwawiła.
-Kto jest waszym dowódcą? - zadałam ostatnie pytanie.
-Anthony. - Przymknął oczy.
-Dzięki za odpowiedzi. - Wyszeptałam i uleczyłam go.
Uniósł na mnie wzrok.
-Gnij w piekle. - Warknął.
Przekrzywiłam głowę na bok. Jego zachowanie w ogóle mnie nie dotknęło.
-Cóż. Może cię jednak tu zostawię.
Zatrzasnęłam drzwi i coś rzuciło mną o przeciwległą ścianę. Roztrzaskałam głową ogromne lustro. Przed oczami zatańczyły mi mroczki, a z nosa kapały krople krwi.
-I znów się spotykamy. - Rozbrzmiał przy moim uchu głos, a mnie przeszedły dreszcze. Anthony. - Za każdym razem stoisz mi na drodze. Jesteś niezwykle upierdliwa, Rachel. I tępa.
Zaśmiałam się ironicznie.
-No widzisz, sam nie jesteś lepszy.
-No to może czas, żebyś się o czymś dowiedziała, przed twoją... hmm.. no cóż, nie ukrywajmy - śmiercią.
-Dajesz. - Syknęłam. - Co to za ciekawostka o twojej cudownej osobie?
-Chciałbym, żebyś wiedziała, że jesteśmy bardzo podobni do siebie. Nie wiem czy wiesz, ale dawniej nazywałem się Gus. Miałem cudowną dziewczynę, Amber Woodruff. Co prawda zdradzała swojego męża, ale nie przeszkadzało nam to.
-Czemu mi to mówisz? - uniosłam jedną brew.
-Na prawdę myślałaś, że tylko ty i Jason jesteście z Poza? - parsknął.
-Jesteś Pozaświatowcą? - zapytałam.
-Brawo! 10 punktów dla panny Woodruff. - Klasnął w dłonie. - Żyłem w dziewiętnastym wieku...
-Przecież był dwudziesty pierwszy wiek. - Parsknęłam.
Pokręcił głową. Po policzku zjechała mi kropla krwi.
-Ty naprawdę nie rozumiesz? Portale są bardzo zmienne. Kiedy tu mija dzień, tam mogą minąć lata, a nawet wieki. Mogłaś wrócić do nas w 2018 roku, ale teraz może być tam rok 1315. Tylko w ciągu przesilenia letniego, czas w obu Poza mija równo. - Wytłumaczył.
-Ale skoro... - wykorzystałam jego nieuwagę i przejechałam sztyletem po jego ramieniu.
Chwycił za mą rękę i wykręcił ją. Pisnęłam cicho. Pchnął mnie na ziemię przez co uderzyłam się w brodę i zaczął kopać mnie w brzuch.
-Kopiesz leżącego? - wycharczałam. - Gdzie twój honor, Szary Jeźdźcze?
Uśmiechnął się ponuro.
-Jaki honor? - Zaśmiał się i wbił mi nóż w brzuch, a z moich ust pociekła krew.
To koniec... o mój Boże, to koniec... Zaczęłam panikować. Zaraz umrę... o mój Boże, o mój Boże...
-Miałem dostarczyć twoją głowę, ale jednak cię tu zostawię byś sobie spłonęła. - Szepnął mi na ucho.
Musiałam bardzo się wysilić, by zobaczyć co robi. Wziął pochodnię i rzucił ją na dywan.
-Żegnaj Rachel. - Mruknął i odszedł.
Ogień zaczął się szybko rozprzestrzeniać. Spojrzałam na swoją ranę. Prawie zemdlałam. Zacisnęłam usta, ujęłam rękojeść w dłonie i z całej siły szarpnęłam. Jęknęłam z bólu. Czułam, że słabłam. Nagle przed moimi oczami pojawiła się jakaś sylwetka. Ujrzałam przystojną twarz Logana. Skąd się on tu wziął?
-Przyszedłeś mnie dobić? - wyszeptałam.
Zamknęłam oczy, czułam, że odpływam w sen. Wieczny sen. Nagle Logan wymierzył mi cios w policzek - to przywróciło mnie do rzeczywistości.
-Hej. Hej, Rachel. Nie możesz zasnąć, rozumiesz? - potrząsnął mną.
-Yhm. - Mruknęłam.
-Rachel! - warknął na mnie.
-Posłuchaj mnie. - Mój głos był taki słaby... - Szarzy Jeźdźcy są w zamku. Uodpornieni na edom...
-Wiem, wiem. Ćśś... - pogładził mnie po włosach.
Jedną ręką przytrzymał moje plecy, drugą włożył pod kolana, po czym mnie uniósł.
-Rachel słyszysz mnie? - zapytał.
-Tak. - Wyszeptałam, chociaż prawie nic nie widziałam.
-Wsłuchaj się w bicie mojego serca. - Zażądał, a ja na ostatnich siłach wykonałam jego polecenie.
Bum, bum, bum. Skupiłam się tylko na uderzeniach jego serca.
-Słyszysz? - szepnął.
-Tak.
________________________________________________________
Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział wam się spodobał :D
Świetny rozdzaj! Ślub, niby wszystko dobrze, szczęśliwie, a tu nagle Szary Jeździcy atakują... Mam nadzieję że Rachel nic nie będzie!!! Bo nic jej nie będzie prawda? ;)) Genialny rozdział, naprawdę!!!! Czekam na następny z niecierpliwością!!! :))) :** Pozdrawiam!!!
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, złe napisałam, miało być ,,Szarzy Jeźdźcy", a nie ,,Szary Jeździcy", pisze z telefonu, więc samą wiesz jak to jest ;))) :)))
UsuńWow wow super rozdział!
OdpowiedzUsuńNie wiem co napisać! Panikuję ;__;
Czekam na kolejny rozdział :)
Pozdrawiam