poniedziałek, 24 listopada 2014

Ważna informacja!

Musiałam to w końcu napisać ale... jeśli czytacie, komentujcie. To dla mnie bardzo ważne - wtedy wiem, że ktoś naprawdę to czyta a nie tylko wchodzi i zalicza mi jako wyświetlenie.
21 listopada blog miał ponad 50 wyświetleń. Ostatnio komentują tylko dwie osoby, czasami tylko jedna (bardzo im dziękuję, że czytają i komentują, jesteście super! ) ale na skalę wyświetleń to bardzo mało. 
 Dlatego proszę: czytasz? skomentuj. 
Dla mnie bardzo ważna jest opinia innych. Wiem, że popełniam mnóstwo błędów, może niektórym coś nie pasuje. Jestem otwarta na wszelkie propozycje odnośnie bloga. Czy to wygląd, fabuła, cokolwiek - macie pomysły, to piszcie. 
Mam nadzieję, że przypadkiem post nikogo nie uraził.

Miłego czytania.
Pozdrawiam, Nevanlyn. 

PS. Przeczytałeś/aś? Dodaj komentarz :)  



niedziela, 23 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 12

Dokończyłam edomicką frazę i spojrzałam w lustro by ocenić efekty. Nie musiałam się bardzo zmieniać - z resztą kto by zapamiętał idealnie detale mojej twarzy? Zmieniłam włosy - z kasztanowych do ramion  na ciemno brązowe do łopatek. Zmieniłam też kolor oczów - zamiast brązowych pojawiły się szaro-zielone.
Wyjrzałam zza okno. Była już noc, a mi się kleiły powieki. Zdmuchnęłam świecę i położyłam się na łóżku. Przykryłam się kołdrą i zapadłam w sen.

-Rachel! - usłyszałam jakiś kobiecy głos.
Rozejrzałam się. Stałam w jakimś staroświeckim, eleganckim domu. Zdawał się być opuszczony.
-Rachel! - ktoś panikował.
-Halo?! - zawołałam. - Jest tu kto?
Usłyszałam skrzypienie desek.
-Tutaj... - szepnął ktoś.
Skrzyżowałam ramiona.
-To nie jest śmieszne!
Nagle przede mną stanęła kobieta. Wyglądała jak duch - była cała biała i lekko przezroczysta. Długa suknia była brudna i podarta. W brzuchu miała nóż, z rany lała się czarna krew.
Chciałam uciec. To, co przede mną stało nie było człowiekiem ani niczym dobrym.
-Zaczekaj - tajemnicza istota chwyciła mnie za rękę - musisz mnie wysłuchać. Nie zrobię ci krzywdy.
-Kim jesteś? - zapytałam.
-Mam na imię Amber Woodruff. - Oznajmiła i uśmiechnęła się.
-Mam tak na nazwisko - powiedziałam powoli.
-Jestem twoją praprababką. Ty... musisz mnie wysłuchać.
Zamrugałam i zacisnęłam zęby.
-Słucham.
-W 1868 roku odkryłam jedną możliwość pokonania Maldora. W twoim... naszym Poza istnieje przedmiot, który aktywuje edomicki. Veilleurson go ma. Jest to mój naszyjnik, który zaklęłam do tej czynności. Człowiek, który dźgnął cię na ślubie twojej przyjaciółki miał na imię Gus. Znałam go. Mówił, że mi pomaga, ale mnie zdradził. Współpracował z Maldorem,  przed śmiercią to odkryłam. Stworzyłam kopię naszyjnika i dałam ją mojemu mężowi, Bartonowi. Oryginalny naszyjnik znajduje się w Chicago, w Stanach Zjednoczonych. Wiem, że chcesz dołączyć do veilleurów. Musisz znaleźć naszyjnik. Jest schowany z moimi dziennikami, w których wszystko jest opisane, w tym domu. Chodź. Pokażę ci.
Słuchałam jak oczarowana i poszłam za kobietą. Weszła na drugie piętro i otwarła jakieś drzwi. W środku znajdowała się elegancka sypialnia. Amber Woodruff podeszła do kredensu i otwarła szufladkę. Wyciągnęła z niej jakieś pudełko i je otwarła.
Zajrzałam do środka. Znajdowały się w nim jakieś stare dzienniki i srebrny naszyjnik z różą.
-To on. - Oznajmiła. - Musisz go znaleźć. Zawarte jest w nim zaklęcie... tak jakby... Słowo. Słowo niszczące Maldora. Obserwowałam cię cały czas. Wiem, że szukałaś Słowa, ale ono zniszczyło Orrucka. 
Pokiwałam głową.
-Żeby zniszczyć Maldora raz na zawsze musisz znaleźć ten naszyjnik, uaktywnić jego magię i wypowiedzieć następujące słowa: "Prehostivanore". Bez wisiorka one nie zadziałają. Ja... nie zdążyłam tego zrobić. Mogę ci tylko życzyć powodzenia. Wrogowie już o tym wiedzą. Musisz się pospieszyć. Może spotkasz mnie w następnym śnie. A teraz... obudź się. 


                                                                       ***
-Nie wiem! Po prostu... pojawiła się w moim śnie i mi to powiedziała. - Powiedziałam po raz kolejny.
Kiedy się obudziłam pobiegłam prosto do Gallorana. On zwołał najbardziej zaufanych ludzi - Nicholasa, swojego doradcę, Jasona i Logana.
-Przeanalizujmy to od nowa. Pojawiła się w twoim śnie, i powiedziała ci jak zniszczyć Maldora. - Powiedział Logan. - Mówiła coś jeszcze?
-Hm.. wspominała o Anthonym. On mnie dźgnął. Tak naprawdę ma na imię Gus. Powiedział mi jak ma na imię, ale uznałam to za nie istotne.
Zapanowała cisza. Galloran odchrząknął.
-To jest bardzo istotne! - jęknął Logan. - Jest veilleurem po stronie Maldora.
-Co?! - odezwały się na raz cztery głosy.
-To wszystko zmienia - powiedział czarnowłosy Logan - on jest cholernie niebezpieczny. Taki pupilek rady. Musimy się jak najszybciej przenieść. Duch z twojego snu sam powiedział, że mamy się pospieszyć. Więc... nadszedł już czas. Musimy to zrobić.
Galloran zacisnął usta.
-Rób co do ciebie należy - powiedział.
Logan nabrał powietrza.
-Chwyćcie mnie za ręce - polecił mnie i Jasonowi.
Wykonaliśmy polecenie.
-Skupcie się. - Mruknął.
Zaczął mówić jakąś zupełnie nieznaną mi frazę. Zmarszczyłam brwi, ale miałam się skupić. Zamknęłam oczy i odetchnęłam. Rozumiałam edomicki. Gdyby przełożyć to na nasz język brzmiało by to "Do innego Poza".
Zanim zorientowałam się co się stało, nagle coś się zmieniło.

                                                                                  ***
Komnata zniknęła. Zamiast kamiennych płytek na podłodze, czułam, że stałam w polu. Otworzyłam oczy. Koło mnie stali Jason i Logan, zdezorientowani tak jak ja. Zboża muskały moje ramiona i tułów. Było ciepło, powoli wschodziło słońce. Powietrze było na pewno inne.
-Gdzie nas przywiało? - zapytał Jason.
Wymamrotałam frazę, ale zabrzmiała ona jak bezsensowny bełkot. Byliśmy w moim Poza.
W naszym Poza.
Logan pokręcił głową i wzruszył ramionami. Pole było ogromne, różniło się od tego, w którym wylądowałam gdy wróciłam z Poza po raz pierwszy. Nie dostrzegłam nigdzie żadnych ludzi ani domostw.
-Uprawy rolne. W promieniu 10 kilometrów musi być jakieś gospodarstwo. - Powiedział Logan i ruszył przez wysokie zboża.
Dobry Boże, wróciłam do domu. Zerknęłam na nasze ubrania. Nie powinny być dla innych ludzi dziwne - wszyscy mieliśmy zwyczajne spodnie i koszule, która była na mnie za duża, a nogawki musiałam podwinąć aż trzy razy.
-Tam! - zawołał Logan i wskazał ręką jakiś obiekt, kilometr od nas.
Stał tam niewielki dom z zagrodą i stodołą. Pobiegliśmy w tamtą stronę. Ostre liście cięły mi ramiona i policzki. Starałam się dogonić Logana, ale biegł bardzo szybko. Potykałam się o różne kamienie, i modliłam się, aby w trawie nie było żadnych żmii i węży.
Pole się skończyło, ja byłam cała zdyszana. Domostwo nie wyglądało na bogate. Było całe drewniane, wokół były drzewa. Weszliśmy na ganek i Jason zastukał w drzwi.
Cisza.
Odczekaliśmy kilka sekund, minut.
-Halo? - zawołał Logan i ponownie zastukał.
Żadnej odpowiedzi. Czarnowłosy otworzył drzwi, które ku mojemu zdumieniu - były otwarte.
-Jest tu kto?
Znów nikt nie odpowiedział. Weszliśmy do środka. Wnętrze było zwyczajne, niczym nie wyróżniające się. Przeszliśmy przed przedpokój i wkroczyliśmy do salonu.
Był cały zalany krwią.
Na podłodze leżała jakaś starsza kobieta i mężczyzna. Mieli poderżnięte gardła. Zatkałam dłonią twarz, aby nie krzyknąć. To był koszmarny widok. Przytrzymałam się ściany, nagle zaczęło  mi się kręcić w głowie i żółć podeszła mi do gardła. Boże.
-Ktoś tu był. - Powiedział ponuro Jason i Logan pokiwał głową.
W milczeniu podszedł do zwłok i dotknął ich skóry. Przeszły mnie dreszcze.
-To się stało niedawno. Ich skóra jest jeszcze ciepła. - Podniósł się z kucek i przeszedł po pokoju. - Znajdźcie jakieś ubrania, pieniądze. Musimy się stąd wydostać.
Poszłam w stronę pomieszczenia kuchennego. Na stole były dwa kubki niedopitej kawy i gazeta. Wzięłam ją do ręki i przeczytałam napis na stronie tytułowej:
"Moje Richmond" 
Zawołałam do moich towarzyszy:
-Jesteśmy chyba na obrzeżach Richmond - zamknęłam gazetę - w Wirginii.
Logan coś mruknął i zasunął szufladę.
-Masz jakiś pomysł gdzie trzymają pieniądze? - zawołał Jason.
Zamyśliłam się. Otworzyłam szafkę kuchenną. Talerze, kubki i... 200 dolarów w banknotach.
-Chyba mamy gotówkę! - zawołałam i wzięłam pieniądze.
Popędziłam na drugie piętro i otworzyłam pierwsze lepsze drzwi. Okazało się, że to łazienka. Zamknęłam drzwi i otwarłam inne - sypialnia. Weszłam do schludnego pokoju i podeszłam do brązowej szafy. Wisiały tam różne sukienki, płaszcze i buty. W komodzie znalazłam luźną, białą bluzkę mniej więcej w moim rozmiarze i szare, znoszone jeansy. Wciągnęłam na siebie te ubrania i z ulgą stwierdziłam, że nie muszę podwijać nogawek. Wygrzebałam jeszcze zielony sweter i wyszłam z pokoju. Zbiegłam po schodach na dół. Logan i Jason również byli przebrani.
-Gotowi? - zapytał Logan.
Skinęliśmy głową. Chcieli już wyjść, kiedy ich zatrzymałam:
-Policja dowie się o nich. Jak znajdą nasze odciski palców, to jak to wytłumaczymy?
Zapanowała cisza.
-Znajdź kluczyki, widziałam jakiś samochód na dworze - powiedziałam Jasonowi.
Podeszłam do kuchenki gazowej. Odkręciłam gaz.
-Masz kluczyki?! - zapytałam.
-Tak!
Na stole znajdowały się zapałki. Otworzyłam opakowanie i wzięłam jedną. Otarłam czubek zapałki o opakowanie i pojawił się płomień.
-Biegnijcie! - krzyknęłam, rzuciłam zapałkę na dywan, który natychmiast zajął się ogniem i sama pobiegłam do drzwi.
Jason i Logan biegli już w stronę zielonej terenówki. Podbiegłam od strony pasażera i wskoczyłam do samochodu. Logan zajął miejsce z przodu, Jason z tyłu. Chłopak włożył kluczyki to stacyjki i samochód ożył. Obejrzałam się w stronę domostwa - z okien unosił się dym. Nagle dach się zapadł.
-Jedź! - krzyknęłam i ten wcisnął pełny gaz.
Terenówką szarpnęło, i rzuciła się do przodu. Oddalaliśmy się od płonącego domu. I nagle usłyszeliśmy huk. Dom wybuchnął, wszędzie były płomienie, dach i deski wyrzuciło w górę.
Nam nic się nie stało.
Odetchnęłam z ulgą i oparłam się. Wyjrzałam zza okno - mijaliśmy pole, słońce wisiało już nad horyzontem.
-Co teraz? - zapytałam.
-Musimy dotrzeć do centrum Richmond. Uzupełnić zapasy i kupić bilety na pociąg. Tak będzie najszybciej. Potem do Nowego Jorku. Tam znajduje się siedziba Veilleurson.
-A co z Chicago i naszyjnikiem Amber?
Chłopak pokręcił głową.
-Nie wiem. Nie wszyscy veilleur są źli. Mam kilka zaufanych znajomych. Pomogą nam zdobyć naszyjnik.

sobota, 22 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 11

Po powrocie do Trensicourt każdego dnia zastanawiałam się - czy to był dobry wybór?
Wybrałam dołączenie do jakiejś organizacji, o której nie miałam zielonego pojęcia. Co jeśli Logan miał rację? Co jeśli Veilleurson chce mnie po prosu wykorzystać? Pomysł dołączenia tam incognito był dobry, lecz... Nie wiem, może będzie jakaś luka w naszym planie? Logan twierdził, że veilleurowie są wyszkoleni i zabójczo niebezpieczni.
No właśnie, jest jeszcze Logan. O nim też nic nie wiem. Zjawił się tu tylko po to, aby zaproponować dołączenie do Veilleurson. A może tylko mnie pilnował? Dlaczego zwlekał tak długo? Czemu pojawił się dopiero wtedy, kiedy umierałam?
-Myślę, że masz prawo podejmować własne decyzje. - Stwierdził, kiedy pewnego dnia przechadzaliśmy się po ogrodach Trensicourt. - Ale nigdy tam nie byłaś. Veilleurson... rządzi wszystkim.
-A dlaczego ty dołączyłeś? - zapytałam.
Przez chwilę czasu się zastanawiał, lecz doczekałam się odpowiedzi:
-Nie tylko ty jedyna chcesz raz na zawsze zabić Maldora. Zabił moich rodziców, dwie siostry i brata.
Zatrzymałam się gwałtownie.
-O Boże, tak mi przykro...
-To nie twoja wina. - Machnął ręką. - I tak za nimi bardzo nie tęsknię. Traktowali mnie... no cóż tu ukrywać, źle. Ale radzę sobie. I oto chodzi w życiu: przetrwać wszelkie przeciwności losu i iść dalej, naprzód. Jakbym stanął w miejscu choć na chwilę, w życiu bym się nie ruszył.
Skinęłam głową.
-Kiedy tam wyruszymy? - zapytałam. - W ogóle.. to daleko?
-W tym Poza nie ma już siedziby naszej organizacji.
-Co? Dlaczego? - zmarszczyłam brwi. - Przeniesiemy się do innego Poza?
-Tak, przeniesiemy się do twojego Poza.
-Chcesz mi powiedzieć, że wracam do domu? - zapytałam z niedowierzaniem.
-I to jeszcze w prawidłowym czasie - klasnął w dłonie i uśmiechnął się do mnie. - W jakim roku wróciłaś tutaj?
-2019... chyba. - Odparłam niepewnie.
-No widzisz. Tu minął rok, tam minął rok. Więc wrócisz w...
-2020! - krzyknęłam uradowana. - Logan, to wspaniale, wreszcie wrócę do domu. Byłeś tam?
-To znaczy gdzie? - mrugnął do mnie.
-W moim Poza.
-I to nie raz. Mieszkałem tam nawet. W Stanach Zjednoczonych. Chicago... - ostatnie słowo powiedział rozmarzonym tonem. - Jest tam znacznie lepiej niż tu. Ale tam nie ma edomickiego.
-Bez edomickiego da się żyć, gdy nie jest potrzebny. - Powiedziałam.

                                                                         ***
Kiedy wróciłam do swojej komnaty ogarnęło mnie poczucie... bezpieczeństwa. Pchnęłam drzwi i weszłam do niewielkiego, przytulnego pokoju. Otwarłam kredens, w którym leżał mój plecak, ten sam, który wzięłam z mojego świata. Był już zakurzony - w środku znalazłam rozładowanego IPhone. Czy mogłabym go naładować... frazą? Miałam ochotę się roześmiać. Wymamrotałam prostą frazę i telefon ożył. Uniosłam brwi i weszłam w menu. Telefon pokazywał datę 20 września 2019 roku, a godzinę 03:19. Weszłam w "wiadomości". Zjechałam na dół i kliknęłam w zakładkę "mama". Ostatnia wiadomość brzmiała tak:
"Cześć, jedziemy już do ciotki. Wrócimy około 21:00. Kocham cię, mama." 
Doskonale pamiętałam tą wiadomość. Wysłała mi ją matka przed wypadkiem samochodowym moich rodziców, którzy zginęli. Miałam ochotę płakać, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Wypłakałam już wszystkie moje łzy.
Wstałam i skrzywiłam się. Mimo tego, że rana brzucha nie była już dla mnie zagrożeniem, wciąż bolała. Ktoś zapukał do drzwi. Podeszłam do nich szybkim krokiem i je otworzyłam.
-Cześć - powiedział Jason.
-Hej... właśnie chciałam z tobą pogadać. Wejdź.
Odsunęłam się, aby zrobić mu przejście. Zamknęłam ciężkie drzwi. Usiedliśmy na fotelach.
-Więc jak się czujesz? - zapytał niepewnie.
-Dobrze, chociaż czasami pobolewa. - Wzruszyłam ramionami. - Wszystko będzie dobrze.
W okno zaczęło coś stukać - deszcz. Ciemne chmury zawisły nad Trensicourt. Błysnęło i rozległ się głośny grzmot.
-Chciałabym się o coś ciebie zapytać. - Powiedziałam. - Nie znam Logana dobrze. Powiedział mi, że baza Veilleurson znajduje się w naszym Poza... i wiem, że to również twój dom i byłoby to egoistyczne z mojej strony nie proponując ci udać się tam ze mną.
Jason zamrugał.
-Rachel, ja... nie wiem czy mogę. Tobie zaproponowano dołączenie do tej organizacji, nie mnie.
-I co z tego? - zapytałam ze zmrużonymi oczami. - Nie chciałbyś wrócić na trochę do domu? Poza tym... Przecież również jesteś Pozaświatowcą, takim jak ja. Jason proszę...
Chłopak westchnął.
-Dobra. Ale jak będą się pytać, kim ja jestem i co tam robię to ty bierzesz winę na siebie.
-Nie ma sprawy. - Uśmiechnęłam się. - Dziękuję ci.

Minęły dwa tygodnie a wszystko przemijało tak jak zawsze - codziennie narady, nowe propozycje i przemyślenia. Można powiedzieć, że wszystko było w porządku. Mieszkańcy królestwa byli spokojniejsi, bardziej szczęśliwi. Powoli zbliżała się jesień - świadczyły o tym kolorowe liście na drzewach i chłodniejsza,  bardziej kapryśna pogoda. Czasami świeciło słońce i było ciepło - a czasami padał deszcz i niemiłosiernie wiało.
Na naradach panowało napięcie. Przecież atak Maldora mógł nastąpić w każdej chwili, a królestwo było niechronione, teraz, gdy mieszkańcy się odprężyli. Żołnierze ćwiczyli codziennie, z każdym dniem zwiększali swoje umiejętności. Czasami przechodziłam obok nich i oglądałam treningi. Tyle młodych ludzi, a tylu mogło nie przeżyć. Logan zaakceptował mój pomysł z dołączeniem Jasona. Chociaż nie był zbyt ucieszony, zrozumiał moją decyzję.
Ja również trenowałam. Codziennie biegałam po lesie, zwiększałam swoją odporność. W szermierce szło mi coraz lepiej. Czasami wychodziłam na polanę z Loganem, który uczył mnie różnych sztuczek. Wczesnymi rankami latałam z Płomieniem i obserwowałam okolicę. Płomień polubił Logana, a on był nim zafascynowany.
-Logan, a właśnie... - powiedziałam, kiedy głaskał smoka po nosie - co ze smokiem?
-W twoim Poza nie ma edomickiego. Veilleurson, czasami, aby nauczyć nowicjuszy różnych sztuczek, aktywuje ją, ale tylko na kilka godzin. Płomień jest przepełniony edomickim, więc gdyby przeniósł się do tamtego Poza... po prostu by znikł - wytłumaczył - przykro mi.
Spojrzałam ze smutkiem na smoka.
-Będzie mi ciebie brakować.
-Wiem.

-Rachel, już czas. - Oznajmił Logan pewnego wieczoru. - Jutro musimy się przenieść, inaczej wylądujemy w innym czasie.
Spojrzałam na niego.
-Wiem... ja... tylko muszę się pożegnać z innymi, okej?
Pokiwał głową.
-Jason jest gotowy? - zapytał.
-Myślę, że jest. Trzeba mu powiedzieć.

                                                                           ***
Zapukałam do komnaty Gallorana.
-Wejść! - rozległ się ciepły głos.
Otworzyłam drzwi. Król siedział przy stole i pisał coś białym piórem.
-Ach, to ty. - Powiedział i uśmiechnął się. - Słyszałem, że jutro wyruszacie.
-Tak... chciałam się po prostu pożegnać. I poprosić o jakieś rady. - Oznajmiłam i wytarłam spocone ręce w spodnie.
-Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Proszę, usiądź - wskazał ręką wygodne krzesło.
Usiadłam i oparłam się.
-Więc... czy był pan kiedyś w tej organizacji?
-Nie, aczkolwiek nie raz mi to proponowano - przetarł dłonią oczy.
-Dlaczego pan odmówił? - zapytałam bez chwili namysłu.
-W tej organizacji są ludzie, którzy współpracują z Maldorem. Moim zdaniem, to właśnie oni proponowali mi dołączenie do tej organizacji. - Spojrzał mi w oczy. - Musisz uważać. Wiele ludzi tutaj, to veilleurowie. Póki jesteś tutaj, powinnaś zmienić wygląd edomickim. Ludzie cię obserwują. Wiedzą jak wyglądasz.
-Jak wyjaśnicie nasze zniknięcie? - zmarszczyłam brwi.
-Ogłosimy, że wysłano was na misję dyplomatyczną do Nia-Zo. - Odparł.
-Uwierzą? - uniosłam brwi.
-Edomickim stworzymy waszą "kopię". Będą wyglądać wiarygodnie. Płomień poleci na wschód, a szpiedzy pewnie za nim. To taka przynęta. Później zniknie i zawróci. A inni będą was szukać w tamtym kraju.
Uśmiechnęłam się na myśl błądzących szpiegów po dalekim kraju.
-Brzmi dobrze. - Stwierdziłam.
-Życzę ci powodzenia z całego serca. Musisz uważać.
-I tak zrobię. - Zapewniłam.

____________________________________________________________________
Przepraszam, za taki długi okres bez rozdziału ;/ kolejny pojawi się znacznie szybciej =) 



sobota, 8 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 10

-... człowieku, o co ty się czepiasz? - usłyszałam pierwszy głos.
-Mógłbyś mnie posłuchać?! - zagrzmiał drugi głos. - Na serio myślisz, że będę ci ufać, kiedy nagle znalazłeś się w zamku w Meridanie? Nawet nie byłeś zaproszony na wesele!
Westchnienie. Szuranie stopami.
Trudno było mi odróżniać dźwięki. Głowa mnie tak bolała, jakby ktoś uderzał w nią młotem.
-Kto powiedział, że nie? - zapytał kpiąco pierwszy głos.
-Ja. - Warknął drugi głos.
Parsknięcie śmiechem.
-Czy ktoś ci kiedyś mówił, że jestem kuzynem Octaviana? - zapytał groźnie pierwszy głos.
Logan. Logan i... Jason? Całą siłą woli starałam się nie otworzyć oczu i unieść brwi.
-Nie. Nikt mi nie mówił. - Przyznał się Jason. - Co nie oznacza, że to trochę dziwne, że wcześniej cię nie widziałem.
Wyraźnie dostrzegłam, że Jason przemawiał już spokojniejszym głosem.
-Było bardzo dużo ludzi, a Octavian nie raczył zaprosić mnie do stolika dla rodziny. - Logan mówił bardzo wolno, a na ostatnie słowa nacisnął tak, że przeszły mnie dreszcze.
Nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam na nich.
Jason stał z założonymi rękami, Logan opierał się nonszalancko o framugę. Pierwszy mnie dostrzegł.
-Rachel... - zaczął i podszedł do mnie. - Jak się czujesz?
Zamrugałam i zmarszczyłam brwi.
-Dziwnie... w każdym razie głowa mi pęka. I... brzuch mnie boli. Bardzo. -Dotknęłam dłonią opatrunku. Skrzywiłam się. - Co się stało?
Jason zaczął mówić pierwszy.
Szarzy Jeźdźcy wdarli się do piwnic, gdzie byli schronieni wszyscy goście. Galloran i Corinne odparli atak magów, a strażnicy związali resztę i wsadzili do celi. Ale Octavian zniknął. Kiedy wyszli na górę, zobaczyli płomienie. Król z córką i kilkoma innymi ugasili płomienie.
-Odpoczywają teraz. - Uśmiechnął się lekko Jason kiedy zakończył opowiadać.
Nadeszła kolej Logana, by opowiedział jak mnie znalazł.
-Wyszedłem się spotkać z przyjacielem. W sali balowej było bardzo duszno, a musieliśmy koniecznie porozmawiać. Natknąłem się na kilku uzbrojonych ludzi. Nie byli strażnikami, a było ich za dużo, więc skryłem się. Chciałem przejść lewym skrzydłem zamku, tak jak ty, Rachel i nagle poczułem dym. Pobiegłem w tamtą stronę i znalazłem ciebie. Miałaś sztylet wbity w brzuch. - Zmarszczył brwi na ostatnie słowa. - Przeniosłem cię do komnaty z dala od ognia. Kiedy ugaszono płomienie wszyscy zaczęli cię szukać, a ja chciałem sprowadzić pomoc. - Zerknęłam na Jasona. Chodził w kółko po pokoju, jakby nie mógł słuchać tej opowieści. - Uleczyli cię trochę za pomocą edomickiego, ale nie wiemy czy to wystarczy. - Zerknął na Jasona. - Ja też próbowałem, lecz...
-Umiesz edomicki? - przerwałam mu powoli.
Pokiwał głową.
-Ta... to i owo.
-Kto cię nauczył? - spytałam.
-Kim ty w ogóle jesteś? - zirytował się Jason.
-Jason... - zaczęłam ale mi przerwał:
-Co "Jason"? Nie wiesz kim on jest, a ty tak po prostu z nim rozmawiasz. - Sapnął.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
-Wyjdź. - Powiedziałam.
-Słucham? - spytał, jakbym zapytała się go czym jest ta świecąca kula na niebie.
-Wyjdź. - Powtórzyłam.
Parsknął gniewnie i wyszedł trzaskając drzwiami. Logan tylko się zaśmiał.
-To nie jest śmieszne. - Westchnęłam. - Ale Jason ma racje. Kim jesteś?
-No, więc - zaczął Logan - urodziłem się tutaj, w Birde. Przez większość czasu... - przerwał.
Zagryzł wargę i spojrzał na mnie poważnie.
-Jest coś, o czym musisz wiedzieć.
Nie wytrzymałam jego spojrzenia, tych krystalicznych, niebieskich oczu.
-O czym powinnam wiedzieć? - uniosłam brwi.
Wziął głęboki wdech i po woli wypuścił powietrze.
-Jestem veilleur. I Anth...
-Czym jesteś? -przerwałam i  zmarszczyłam brwi.
-Veilleur... o Boże.. Rachel... - zasłonił dłonią usta. - Ty o niczym nie wiesz?
-Nie rozumiem. - Powiedziałam powoli. Byłam zaniepokojona. - Wytłumaczysz czy będziesz się trząść jak małe kocię? - zażartowałam by osłabić napięcie. Nie udało się.
Wstał i zaczął chodzić w kółko po pokoju gorączkowo się nad czymś zastanawiając.
-Ej - usiadłam na łóżku. - O co ci chodzi?
Pokręcił głową.
-Nie mogę - jęknął - zaraz wracam.
Po czym wyszedł na korytarz. Chwilę później wszedł Jason i zapytał się:
-Czemu wyszedł tak, jakbyś mu powiedziała, że jego rodzina zaraz umrze i musi tam natychmiast się udać?
Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem. Wspomniał, że jest veilleur.
Jason zastygnął w miejscu.
-No nie - jęknęłam - ty też wyjdziesz i mnie zignorujesz?
Nic nie odpowiedział.
-Rachel - powiedział powoli. - Powiedział ci coś jeszcze? - wyraźnie wymawiał każde słowo.
-Nie - odparłam krótko.
-Przepraszam cię, ale muszę iść do Gallorana. - Poinformował mnie i wyszedł.
Miałam już tego dość. Wstałam z łóżka, ubrałam prostą suknię leżącą na krześle i wyszłam z komnaty, jednak strażnik zagrodził mi przejście.
-Powinna panienka odpoczywać. - Oznajmił uprzejmie, ale ostrzegawczo.
-Czuję się już lepiej - odparłam słodko. - Chcę teraz porozmawiać z Galloranem, więc jeśli można...
-Nie. Galloran uczestniczy w ważnym spotkaniu.
-Nie obchodzi mnie to. - Syknęłam.
Strażnik jakby zdziwiony chciał mnie zatrzymać ale unieruchomiłam go edomicką frazą. Zorientowałam się, że Galloran jest w sali narad - skoro "uczestniczy w ważnym spotkaniu". Wparowałam bez pukania do sali.
-...że wie, nie chciałem... - Logan nagle odwrócił się od Gallorana i zlustrował mnie wzrokiem.
W sali, przy mapie taktycznej zgromadzili się Galloran, Corinne, Jason, Logan i jakiś człowiek, którego nie rozpoznawałam.
-Czy ktoś mi wytłumaczy do jasnej cholery o co chodzi?

                                                                         ***
-Veilleur, tłumacząc na nasz język znaczy "Strażnik". - Wytłumaczył Galloran.
Wszyscy usiedli przy stole. Podano im herbaty, i zaczęli słuchać króla.
-To osoby z organizacji Veilleurson. Strażnicy głównie pilnują Poza. Dbają o to, żeby każdy był na swoim miejscu. Nikt nie może od tak przejść sobie z Poza do Poza. Wyjątkiem są osoby, które mają bardzo ważny cel. - Kontynuował król.
-Veilleur mają w prawie każdym Poza bazę, miejsce gdzie mogą się spotkać. Wysyłają każdego na różne misje. Moją misją było odnalezienie ciebie, Rachel. - Dodał Logan.
Wszystkie spojrzenia skierowano na niego.
-Rada Veilleurson chce, abyś dołączyła do Veilleurów. - Oznajmił prosto z mostu Galloran.
-Czemu? - zapytałam.
-Głównie z powodu twojego edomickiego. Mogłabyś doprowadzić naszą organizację do porządku. - Odparł Logan. - Nie rób tego. - Zamknął oczy.
-Dobra, nie wiem o co chodzi. - Uniosłam ręce w geście poddania. - Dlaczego nigdy nie słyszałam o tej organizacji? Dlaczego twoim zdaniem mam nie dołączać? I nie chodzi mi o to, że chcę dołączyć. Po prostu... nie rozumiem.
-Veilleurson to bardzo tajna organizacja. Tylko nieliczni o niej słyszeli, a jeśli już to opowiadają o niej tak samo, jak opowieści o duchach. Cóż... nie powinnaś dołączać, bo moim zdaniem wykorzystają ciebie jako broń. Dzieją się tam ostatnio straszne rzeczy. Pogłoski mówią, że Rada chce pomóc Maldorowi w zdobyciu waszego królestwa. Nasza organizacja podzieliła się na dwie grupy: ta, która pomaga Maldorowi, i ta, która chce go zniszczyć. Wiem, Rachel, że trudno ci to pojąć, ale powinnaś o tym wszystkim wiedzieć. Gdybyś chciała dołączyć, musiałabyś przejść cholernie trudne szkolenie polegające na tym, jak długo wytrzyma twoja psychika. Bierze się wtedy grupę ludzi, każąc robić im różne zadania. Biorą najsilniejszych.
-Aha. Czyli jest jakaś organizacja, która pilnuje Poza i pomaga Maldorowi, tak? - upewniłam się.
-Tak. Pamiętasz tego faceta co mnie napadł w Trensicourt? To był ten z pierwszej grupy.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
-Tylko... jest jeszcze jedna rzecz. - Westchnął Galloran. - Ci, którzy chcą, abyś dołączyła, chcą również pokonać Maldora. Mogłabyś wtedy dołączyć incognito, ułatwiliby ci i przyspieszyli szkolenie i mogłabyś być wtedy szpiegiem.
-Dobry pomysł... - powiedziałam ale mi przerwano:
-Nie, Rachel, nie dobry pomysł. Nie rozumiecie, co tam się dzieje. - Zirytował się Logan.
-Jeśli dzięki temu pokonamy Maldora, to zgodzę się na wszystko. - Oznajmiłam pewnie, chociaż się tak nie czułam. - Dlaczego we mnie nigdy nie wierzycie?
-To nie tak. - Pokręciła głową Corinne. - Wierzymy w ciebie, ale Veilleurson... - westchnęła, jakby nie wiedziała co powiedzieć. - To nie jest zabawa.
-A ty, Jason? - zapytałam błagalnie.
-Myślę, że dasz radę. - Zamknął oczy.
-To twoja decyzja. - Poddał się Logan. - Pomogę ci, jak chcesz.\
Zastanowiłam się. Wyobraziłam sobie Veilleurson jako tajemniczą i tajną organizację, która brutalnie szkoli ludzi. Czy rzeczywiście tak było? A może tylko przesadzali?
-Trzeba spróbować. - Oznajmiłam. - Stworzyłam smoka. Byłam dźgnięta nożem i miałam zatruty bełt wbity w żebra. Dwa razy przedostałam się z mojego Poza do Lyrianu. Naprawdę nie mogę spróbować z jakąś organizacją? Nie ma rzeczy niemożliwych. Skoro mamy opcje, trzeba z nich korzystać.
-Do odważnych świat należy. - Zgodził się Logan.

____________________________________________________________
Jak sobie wyobrażacie Logana? Ja mniej więcej tak ;)


wtorek, 4 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 9

Odetchnęłam, kiedy poczułam chłodny wiatr. Odwróciłam się do drzwi, by wrócić kiedy kątem oka dostrzegłam ruch po mojej prawej stronie. Zmarszczyłam brwi i puściłam klamkę. Obserwowałam przez chwilę tamtą stronę, gdy znów coś się pojawiło. Weszłam w cień, by nie było mnie widać. Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy. Kiedy je znów otworzyłam, ruszyłam na palcach w stronę drewnianych drzwi, gdzie usłyszałam kolejny dźwięk. Nagle coś trzasnęło a ja aż podskoczyłam. Szarpnęłam za klamkę, lecz drzwi nie chciały się otworzyć.
-Cholera. - Szepnęłam.
Podeszłam do innych drzwi. Otworzyłam je z ulgą i weszłam po kamiennych stopniach prowadzących na wyższe piętro. Dostrzegłam cień i cichą rozmowę. Momentalnie zawróciłam i przemknęłam lewym korytarzem. Schowałam się za rogiem, kucnęłam i ujrzałam kilka ciemnych sylwetek. Torivorzy? Nie... Błysnęło światło i zapaliła się pochodnia rozświetlając twarze pięciu mężczyzn. Zmarszczyłam brwi. Kim oni... O mój Boże.
Szarzy Jeźdźcy.
Serce mi przyspieszyło. Wszyscy balują, co się stało ze strażnikami? Ilu jest Szarych Jeźdźców? W jednym momencie zrozumiałam. Maldor wybrał sobie idealną okazję aby nas zaskoczyć. Parsknęłam cicho i wysunęłam sztylet schowany w bucie, ale zatrzymałam rękę. Wyszeptałam prawie bezgłośnie frazę zamrażającą i skupiłam się na najwyższym mężczyźnie. Nic się nie stało, Szary Jeździec dalej szedł za swoim towarzyszem. Syknęłam zdenerwowana. No jasne, mogłam się tego domyślić od razu. Nie wparowaliby do zamku, wiedząc, że co najmniej trzy osoby dobrze władają edomickim. Wstałam i wzięłam sztylet do ręki po czym pobiegłam myśląc co mogę zrobić. Jeśli zejdę na dół i pobiegnę do naszych, natknę się na nich. Jeśli pobiegnę górą, też się mogę na nich natknąć. Ile ich tu może być? Wyszłam zza rogu i potknęłam się o coś miękkiego.
-Cholera jasn... - przerwałam z szeroko otwartymi oczami.
Przede mną leżał strażnik. Martwy. Całą twarz miał zbryzganą krwią, z jego piersi wystawał nóż. Pospieszyłam się i zdecydowałam się wysłać Galloranowi i Corinne wiadomość.
-Słyszycie mnie? - zapytałam telepatycznie.
Chwila ciszy.
-Tak. - Usłyszałam Corinne w głowie. - Coś się stało?
-Corinne posłuchaj mnie uważnie. Na zamku są Szary Jeźdźcy...
-Żartujesz...
-Natknęłam się na razie na pięciu. Są uodpornieni na edomicki. Nie wiem ile ich jest, znalazłam martwego strażnika.
-To nie wróży nic dobrego. - W mojej głowie rozległ się głos Gallorana.
-Jesteście nadal w sali balowej? - zapytałam.
-Wyszłam na chwilę na korytarz. Gdzie jesteś, Rachel?
-W jakimś korytarzu... nie wiem. Chwila... jestem koło biblioteki. Co robimy?
-W sali balowej jest tajne przejście. Odprowadzimy gości do schronu w piwnicach. Rachel, spróbuj się przemknąć lewym skrzydłem zamku. Zazwyczaj jest niedostępny, korzysta z niego tylko obsługa. Jeśli ci się nie uda, zawróć i po prostu wyjdź z pałacu, dobrze?
-Ale co jeśli...
-Zaufaj mi. Wiem co robię. Jak tylko spotkasz strażników poinformuj ich o sytuacji. Jak spotkasz obsługę, karz im schować się w schronie. W moim imieniu.
Przygryzłam spanikowana wargę.
-Dobra.
Zawróciłam i skierowałam się w lewą stronę zamku. W korytarzu, który teraz mijałam było mnóstwo luster. Przyćmione światła świec i pochodni powodowało, że czułam się jak w horrorze. Pozwoliłam sobie zerknąć w lustro. Ujrzałam zmęczoną i ubrudzoną dziewczynę z długimi, brązowymi włosami i przestraszonymi oczami. Skarciłam siebie za to, że byłam w takim stanie.
Po kilku minutach, zdyszana oparłam się o ścianę, ale szybko zmieniłam zdanie. Przede mną leżał kolejny martwy strażnik. Zrobiło mi się niedobrze, lecz zmusiłam siebie do pochylenia się nad nim i wyszarpnięcia z jego lodowatej dłoni szabli. Usłyszałam, że ktoś się zbliża. Zza rogu wyszedł jakiś przysadzisty facet z wąsem i brodą. Odwrócił się do mnie i jego twarz wykrzywił grymas wściekłości. Dobył miecza i rzucił się na mnie. Ja zwinnie odskoczyłam w lewo i przebiłam jego bok szablą, lecz w takie miejsce, by go nie zabić. Zaciągnęłam go do pobliskiej, pustej komnaty i rąbnęłam go rękojeścią sztyletu, by go na chwilę unieruchomić. Podeszłam do okna i ucięłam sznur z zasłony. Przywiązałam mojego jeńca do krzesła i go przeszukałam. Łatwo rozpoznałam naszyjnik chroniący przed edomickim, po szybkim ruchem go zerwałam. Wypowiedziałam frazę, i Szary Jeździec się obudził.
-Odpowiadaj na wszystkie moje pytania, to uleczę twoją ranę i puszczę cię wolno. - Mruknęłam.
-I tak mnie nie wypuścisz. - Wysapał przez zaciśnięte zęby.
Wyszeptałam kolejna frazę. Tłumacząc na nasz język mogłoby to oznaczać coś w rodzaju "A teraz powiesz mi wszystko co chcę od ciebie usłyszeć."
-Jak masz na imię?
-Jack.
-A więc Jack... czemu Szarzy Jeźdźcy są w zamku?
-Maldor przeteleportował nas tutaj. Mamy dostarczyć księżniczkę i wasze głowy.
-Jakie "wasze"? - zmarszczyłam brwi.
-Twoją, Jasona... i reszty. - Odparł.
-Co chcecie zrobić? - zmrużyłam oczy.
-Naszym celem było wdarcie się do zamku. Mieliśmy zabić wszystkich strażników i dostać się w sam środek przyjęcia.
-Ilu was jest?
-Czterech zwiadowców. Pięciu zabójców, dwóch łuczników. Pozostałe pięć to szamani.
-Szamani? - uniosłam brwi.
-Edomici. Tacy jak ty. - Ostanie słowa aż wypluł z siebie.
-Są silni? Od ilu lat się uczą? - byłam już szczerze spanikowana.
-Dwóch silnych. Maldor osobiście ich uczył. Reszta to początkowi adepci. - Jego rana coraz bardziej krwawiła.
-Kto jest waszym dowódcą? - zadałam ostatnie pytanie.
-Anthony. - Przymknął oczy.
-Dzięki za odpowiedzi. - Wyszeptałam i uleczyłam go.
Uniósł na mnie wzrok.
-Gnij w piekle. - Warknął.
Przekrzywiłam głowę na bok. Jego zachowanie w ogóle mnie nie dotknęło.
-Cóż. Może cię jednak tu zostawię.
Zatrzasnęłam drzwi i coś rzuciło mną o przeciwległą ścianę. Roztrzaskałam głową ogromne lustro. Przed oczami zatańczyły mi mroczki, a z nosa kapały krople krwi.
-I znów się spotykamy. - Rozbrzmiał przy moim uchu głos, a mnie przeszedły dreszcze. Anthony. - Za każdym razem stoisz mi na drodze. Jesteś niezwykle upierdliwa, Rachel. I tępa.
Zaśmiałam się ironicznie.
-No widzisz, sam nie jesteś lepszy.
-No to może czas, żebyś się o czymś dowiedziała, przed twoją... hmm.. no cóż, nie ukrywajmy - śmiercią.
-Dajesz. - Syknęłam. - Co to za ciekawostka o twojej cudownej osobie?
-Chciałbym, żebyś wiedziała, że jesteśmy bardzo podobni do siebie. Nie wiem czy wiesz, ale dawniej nazywałem się Gus. Miałem cudowną dziewczynę, Amber Woodruff. Co prawda zdradzała swojego męża, ale nie przeszkadzało nam to.
-Czemu mi to mówisz? - uniosłam jedną brew.
-Na prawdę myślałaś, że tylko ty i Jason jesteście z Poza? - parsknął.
-Jesteś Pozaświatowcą? - zapytałam.
-Brawo! 10 punktów dla panny Woodruff. - Klasnął w dłonie. - Żyłem w dziewiętnastym wieku...
-Przecież był dwudziesty pierwszy wiek. - Parsknęłam.
Pokręcił głową. Po policzku zjechała mi kropla krwi.
-Ty naprawdę nie rozumiesz? Portale są bardzo zmienne. Kiedy tu mija dzień, tam mogą minąć lata, a nawet wieki. Mogłaś wrócić do nas w 2018 roku, ale teraz może być tam rok 1315. Tylko w ciągu przesilenia letniego, czas w obu Poza mija równo. - Wytłumaczył.
-Ale skoro... - wykorzystałam jego nieuwagę i przejechałam sztyletem po jego ramieniu.
Chwycił za mą rękę i wykręcił ją. Pisnęłam cicho. Pchnął mnie na ziemię przez co uderzyłam się w brodę i zaczął kopać mnie w brzuch.
-Kopiesz leżącego? - wycharczałam. - Gdzie twój honor, Szary Jeźdźcze?
Uśmiechnął się ponuro.
-Jaki honor? - Zaśmiał się i wbił mi nóż w brzuch, a z moich ust pociekła krew.
To koniec... o mój Boże, to koniec... Zaczęłam panikować. Zaraz umrę... o mój Boże, o mój Boże...
-Miałem dostarczyć twoją głowę, ale jednak cię tu zostawię byś sobie spłonęła. - Szepnął mi na ucho.
Musiałam bardzo się wysilić, by zobaczyć co robi. Wziął pochodnię i rzucił ją na dywan.
-Żegnaj Rachel. - Mruknął i odszedł.
Ogień zaczął się szybko rozprzestrzeniać. Spojrzałam na swoją ranę. Prawie zemdlałam. Zacisnęłam usta, ujęłam rękojeść w dłonie i z całej siły szarpnęłam. Jęknęłam z bólu. Czułam, że słabłam. Nagle przed moimi oczami pojawiła się jakaś sylwetka. Ujrzałam przystojną twarz Logana. Skąd się on tu wziął?
-Przyszedłeś mnie dobić? - wyszeptałam.
Zamknęłam oczy, czułam, że odpływam w sen. Wieczny sen. Nagle Logan wymierzył mi cios w policzek - to przywróciło mnie do rzeczywistości.
-Hej. Hej, Rachel. Nie możesz zasnąć, rozumiesz? - potrząsnął mną.
-Yhm. - Mruknęłam.
-Rachel! - warknął na mnie.
-Posłuchaj mnie. - Mój głos był taki słaby... - Szarzy Jeźdźcy są w zamku. Uodpornieni na edom...
-Wiem, wiem. Ćśś... - pogładził mnie po włosach.
Jedną ręką przytrzymał moje plecy, drugą włożył pod kolana, po czym mnie uniósł.
-Rachel słyszysz mnie? - zapytał.
-Tak. - Wyszeptałam, chociaż prawie nic nie widziałam.
-Wsłuchaj się w bicie mojego serca. - Zażądał, a ja na ostatnich siłach wykonałam jego polecenie.
Bum, bum, bum. Skupiłam się tylko na uderzeniach jego serca.
-Słyszysz? - szepnął.
-Tak.

________________________________________________________
Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział wam się spodobał :D