środa, 10 grudnia 2014

Działaj lub giń. Rozdział 13 cz.2

                                                                           *Rachel*

Mówiłam kiedyś, że kocham kawiarnię Starbucksa? Dawniej, przed wypadkiem moich rodziców często przychodziłam do najbliższej i siedziałam tam z przyjaciółką. Więc, kiedy weszliśmy do pomieszczenia, pachniało nie tylko kawą ale i domem.
No właśnie, przyjaciółka. Byłam taka samolubna, że nawet nie pomyślałam co z Mary. A przyjaźniłyśmy się naprawdę długo. Gdyby to ona zniknęła, chciałabym pomóc w poszukiwaniach. Czy ona zrobiła to samo? Pewnie tak. Może nadarzy się okazja, aby ją odwiedzić. 
Teraz jechaliśmy pociągiem. Trasa prowadziła z Richmond. Później mieliśmy wysiąść w Waszyngtonie, i stamtąd lecieć samolotem do Nowego Jorku. 
Pociąg na szczęście był nowoczesny i mieliśmy własny przedział. Jechaliśmy dopiero niecałą godzinę, a ja już zaczęłam się nudzić. Zapytałam więc Logana:
-Jak wygląda szkolenie w Veilleurson?
Napił się wody z butelki i odwrócił się do mnie.
-Treningi, treningi, trochę wykładów i treningi. Polegają na bieganiu aż zemdlejesz i na rzucaniu sztyletami aż obetrzesz sobie rękę do krwi. Trochę sztuki walki wręcz, czyli bijesz się do nieprzytomności. Wykłady są ogólnie o Veilleurson, edomickim i o różnych Poza. - Uśmiechnął się złośliwie. - Już wiesz, czemu nie chciałem, abyś dołączała? 
Milczałam. Milczałam, co go jedynie bardziej zdenerwowało. Zacisnął usta, wstał i mruknął:
-Zaraz wracam.
Jason spojrzał na mnie bezradnie. Kilka godzin później zaczął mnie dopadać sen. Zasnęłam oparta o ramię Jasona.

Znowu ten sam dom, co śnił mi się kilka dni temu. Amber Woodruff stała przede mną z posępną miną. Ręce zaczęły mi drżeć.
-Powinniście udać się najpierw do Chicago, nie do Nowego Jorku - mruknęła - błąd. Wielki błąd. Słudzy Maldora są w drodze do Illinois. Nie zdążycie, jeśli nie udacie się do Chicago.
-Sami? Sługi Maldora są bardzo wyszkolone. - Odparłam i spojrzałam w jej czarne oczy.
-Nie będę długo mogła utrzymywać naszyjnika w tajemnicy. W Veilleurson aż roi się od zdrajców. Ci, którzy będą chcieli wam pomóc, mogą się okazać zdrajcami. - Jej głos brzmiał jak krzyk.
-Logan powiedział, że ma zaufanych ludzi - starałam się zachować spokój.
-Zastanów się, czy warto mu ufać. Podczas twojej wędrówki, kiedy byłaś młodsza też napotkałaś zdrajców. A byli to ci, których kochałaś. Miłość nas niszczy, Rachel. Wiem to z doświadczenia. Miłość to największy błąd w życiu tych, którzy chcą walczyć do końca. Ukochane osoby wpływają na nasze wybory i czyny. Dlatego Maldor jest zawsze dwa kroki przed nami. Nie pozwól, by cię to zniszczyło. 
-Ktoś cię zdradził, prawda? - zapytałam podchodząc bliżej.
-Przez tą osobę, zdradziłam mojego męża, którego naprawdę kochałam. Ta osoba powstrzymała mnie przed unicestwieniem Maldora. 
-To był Gustaw? To był Gustaw, prawda?
Kobieta-widmo milczała.
-Pospiesz się, Rachel - szepnęła. 

Kiedy znów się obudziłam, był środek nocy. Przetarłam oczy. "Miłość nas niszczy, Rachel. Wiem to z doświadczenia. Miłość to największy błąd w życiu tych, którzy chcą walczyć do końca." Co miała na myśli? Że mam nikogo nie kochać? 
Podniosłam się do pionu. Po mojej prawej drzemał Jason a przeciwko Logan. A koło niego siedziała jakaś sylwetka. Zakryłam usta, żeby nie pisnąć. 
-K-kim ty jesteś? - zapytałam szeptem.
Nieznajomy uniósł wzrok z nad jakiegoś dziennika. Miał szare oczy i ciemne, kręcone włosy. Uśmiechnął się drapieżnie i odłożył dziennik. Przekrzywił lekko głowę w prawo.
-Nie przedstawisz się? - zapytał.
-Czekam na pana. - Mruknęłam.
-Dobrze - oznajmił - miło mi cię poznać, Rachel. Nazywam się Barton Woodruff. Kojarzysz? 

_______________________________________________________________________
Oto druga część rozdziału. Wiem, krótka itp., ale wkrótce napiszę dłuuuuuuuugiego posta (czyt. dodatkowy rozdział) o historii Amber Woodruff. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni :)

niedziela, 7 grudnia 2014

Działaj lub giń. Rozdział 13 cz.1

-Temperatura ochłodzi się, na północy pojawią się pierwsze opady śniegu, we wschodnim stanie Montana mieszkańców czeka gołoledź...  
Po raz kolejny zmieniłam stację. 
-Rząd zdaniem radnych schodzi na złą drogę... 
Uderzyłam ręką w radio wyłączając je. Jęknęłam:
-Dlaczego na każdej stacji radiowej muszą paplać o polityce i temperaturze? - przeczesałam ręką włosy i wyjrzałam przez okno. - Gdzie my w ogóle jesteśmy? 
-Zaraz będziemy w Richmond. - Odparł Logan i zjechał na lewy pas.
-Jakoś go tu nie widzę. - Mruknęłam.
Sięgnęłam do plastikowego pudełka wciśniętego pomiędzy fotelami. Opakowanie było porysowane i lekko zniszczone. Otwarłam je i znalazłam trzy, srebrne płyty. Ponownie odpaliłam radio samochodowe i gdy tylko chciałam włożyć płytę do napędu, Logan mnie powstrzymał.
-Poczekaj - powiedział i ze skupieniem zaczął naciskać przyciski. Odwróciłam się do Jasona, który leżał i wyraźnie się nudził. Uniosłam brwi.
-Jason, wróciłeś do domu a ty śpisz?
-Moim domem jest Lyrian - westchnął i się wyprostował - ale chciałbym zajrzeć do rodziny. Wiem, że to niemożliwe, ale jestem strasznie ciekawy.
Rozumiałam go. Chciałabym powiedzieć to samo, ale moi rodzice byli martwi. Kiedy się odwróciłam z powrotem, na radiu pisało "Veilleurson". 
-Macie własną stację radiową? - zapytałam z niedowierzaniem.
-Yhm. - Kiwnął głową.
-Ostateczną europejską siedzibą Veilleurson został Rzym. Przeniesienie z Norwegii do Włoch będzie wymagało czasu,  lecz po ostatnich wydarzeniach siedziba nie nadaje się do dalszego użytku. - Rozbrzmiał po całym samochodzie aksamitny głos jakiejś kobiety. 
-Co się stało? - zapytałam.
-Zalało - roześmiał się - ta organizacja spada na psy.
Uniosłam z niedowierzaniem brwi.

                                                                            ***
W tym samym czasie, Nowy Jork, siedziba Amerykańskiego Veilleurson.

                                        *Przywódca Rady Zachodu Veilleurson, Henrick Grendale*

Po raz kolejny tego dnia obejrzałem się za ramię. Ciągle czułem, że ktoś mnie śledzi i obserwuje. Niestety, byłem już stary, na tyle stary, że zmysły mąciły człowiekowi w głowie. Mruknąłem coś pod nosem i wspiąłem się po kamiennych schodach.
Jak się okazało Augustus - czy jak mówili inni - Gus, czekał na mnie w moim gabinecie. Siedział z założonymi rękami i wbijał we mnie wzrok.
-Witaj, Henricku - powiedział ze zmrużonymi oczami.
-Chciałeś ze mną porozmawiać - powiedziałem i usiadłem w swoim fotelu - o czym?
-Wiesz, czasami, kiedy dobro nie istnieje, trzeba wybrać mniejsze zło. - Westchnął Gus.
-To chyba popełniłeś błąd, wybierając większe zło - odparłem oschle.
Nie ufałem temu człowiekowi. Był zły do szpiku kości.
-I właśnie o to chodzi - uśmiechnął się szatańsko - nie ma większego i mniejszego zła. Jest po prostu zło.
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Obojętnie, którą stronę ludzie wybiorą, umrą.
-Od kiedy ciebie i Maldora interesuje życie ludzi? Ludzie na wojnie zawsze umierali - zmrużyłem oczy.
-Nie musimy toczyć wojny - uśmiechnął się.
-Przestań mieszać mi w głowie. O co ci chodzi?
-Maldor chce pokoju, a nie wojny. Zarządza rokowań.
-I co? - wstałem od biurka zirytowany - myślisz, że nikt nie zrozumie, że to pułapka?
-To będą pokojowe rokowania - zachował spokój.
-Nie. Nie będą. Na miłość boską, nikt nie będzie tutaj ufał Maldorowi. Ten człowiek tylko chce namieszać w systemie. Ba, już namieszał. Przez niego nasza organizacja trwająca od trzystu lat została podzielona.
-Doskonale wiesz, która strona odniesie sukces sprzymierzając się z Maldorem.
Uderzyłem otwartą dłonią w drewno.
-Dość! - tego było za wiele. - Nie jestem głupcem, i Galloran także nim nie jest.
_________________________________________________________
Ponieważ ostatnio miałam niewiele czasu, rozdział został podzielony na dwie części :)