-Obudź się, dziewczyno, obudź! - Mówił telepatycznie smok do Rachel.
Kiedy ta otworzyła oczy, ujrzała nad sobą wielką, smoczą głowę i wpatrujące się w nią szkarłatne ślepia. Rachel otwarła usta ze zdumienia.
-Ja żyję... - wymamrotała Rachel. - A ciebie stworzyłam.
-Jak widać. Możesz mi wytłumaczyć co dalej?
-Ale co? - Zdziwiła się Rachel. - Chcę cię pooglądać.
Po czym wstała i odeszła kilka kroków.
Smok był.. bardzo duży. Od ogona do czubka nosa miał sześć i pół metrów, a każde skrzydło miało trzy metry długości. Był koloru płomienistego, na brzuchu pomarańczowo-czerwony. Kolce pokrywały jego tylną część głowy, szyję i plecy, ustawione w rządku jeden za drugim. Łuski lśniły mu jasno, przez co wydawał się najpiękniejszym stworzeniem na ziemi. I z pewnością był.
Rachel położyła dłoń na nosie smoka. Pod ręką poczuła jakby kopnięcie prądu.
I wtedy ich umysły złączyły się na zawsze.
Z początku Rachel nie wiedziała o co chodzi, ale gdy poczuła świadomość smoka, zrozumiała.
-Muszę cię jakoś nazwać.
-Ty je wybierz.
Rachel westchnęła.
-Szpon?
Smok pokręcił głową.
-Twadołuski?
Smok znów pokręcił głową.
I Rachel wymyślała różne imiona, lecz smok tylko kręcił głową. Gdy już była zrezygnowana, mruknęła:
-Płomień?
Smok kiwnął głową.
-Płomień! - Krzyknęła z radości Rachel. Smok nazywał się od teraz Płomień.
-No dobra.. Płomieniu. Stworzyłam cię po to, żebyś pomógł mi... - Telepatycznie powiedziała Rachel, ale smok jej przerwał:
-Wiem po co mnie stworzyłaś.
Rachel mruknęła coś pod nosem i posłała mu obraz zabieranego Jasona a przez to wszystkie emocje. Smok drgnął.
-Spróbuję ci pomóc. Do Zaghary, tak? - Upewnił się Płomień.
-Tak. Wiesz jak tam dotrzeć czy mam iść po mapę? - Spytała Rachel.
-Wiem. Nie miałaś całkowitej kontroli nad stworzeniem mnie. Jestem mądrzejszy od ciebie i wielu ludzi. Może nawet Gallorana. - Odparł smok.
-No rzeczywiście, nie miałam kontroli gdy o mało utracona energia mnie nie zabiła. - Fuknęła dziewczyna.
-Wiem.
-A więc... lecimy?
-Rachel, ale będziemy musieli się zatrzymywać na posiłki i odpoczynek. Nie mogę ciągle lecieć.
-Rozumiem.
-A więc lecimy.
Rachel wsiadła na smoka i Płomień poleciał.
***
Dziewczynie było zimno. Wiatr wyciskał jej łzy z oczu. Płomień leciał wysoko, żeby nie zwracać uwagi. Phi, co by było gdyby ludzie zobaczyli ogromnego smoka? Była noc, lecz za dnia wyglądał jak zwyczajny orzeł.
W czasie lotu Rachel albo spała, albo rozmawiała ze smokiem. Jego osobowość zachwycała Rachel. Wydawało się jej, że wiedział wszystko o Lyrianie, jakby był pradawnym stworzeniem zamieszkującym te krainy. Gdy rozmawiali telepatycznie, czuła jego silną wolę. Smok zamruczał, tak, że Rachel poczuła wibrowanie i się obudziła.
-Muszę odpocząć. A ty pewnie coś zjeść. Zlecimy tam, na dół, przy lesie. - Powiedział smok i przesłał Rachel wyraźny obraz granicy lasu.
-Racja.
Gdy smok wylądował, siła lądowania wstrząsnęła ciałem Rachel. Zsunęła się ze smoka i opadła na ziemię. Płomień poszedł w stronę drzew. Rachel pomknęła za nim.
Później zbierała drzewo na opał. Noc była zimna. Zaniosła je do miejsca, w którym mieli odpocząć, ale smoka nie było.
-Płomień! - zawołała - Gdzieś ty polazł...
Smok wyłonił się z lasu, a w zębach trzymał upolowaną przez niego sarnę.
-Matko Boska! Coś ty zrobił?!
-Jestem głodny. - Odparł do świadomości Rachel.
-No super! Mogłam ci wyczarować jedzenie, nie musiałeś zabijać tej sarny!
-Ja czerpię radość z polowania. Lubię się ruszać. Patrzeć, jak te małe stworzonka giną w mojej paszczy. - Powiedział Smok.
Rachel zakryła dłoń ustami, ale jedno spojrzenie smoka wystarczyło, aby ją uciszyć.
Zasnęła oparta o ciepły brzuch smoka. Płomień zakrył ją skrzydłem, i było jej ciepło.
***
Znów ten sam sen. Rachel siedzi przed lustrem, matka podcina jej włosy.
-Dobrze się spisałaś, Rachel. - Powiedziała jej matka.
-Dziękuję. To ty posłałaś tą błyskawicę? - Rachel przypomniała sobie wielką ilość energii.
-Nie.
-To kto? - Zdziwiła się Rachel.
-Twój Smok. Przemówiłam do jego świadomości, a on posłał piorun w ciebie.
-Jak to możliwe? - Rachel zmarszczyła brwi - przecież jesteś w moim śnie. Bo to sen.
-Nie, to nie sen. To... nie mogę ci powiedzieć. - Wymamrotała matka Rachel.
-A Płomień wie?
-Wie.
I wszystko się rozpłynęło.
niedziela, 27 kwietnia 2014
niedziela, 20 kwietnia 2014
Rozdział 21
Rachel studiowała księgę ponad trzy godziny. I tak tylko przeczytała najważniejsze rzeczy i zaczęła je spisywać. Wszystko zdawało się jej skomplikowane, nie potrafiła pojąć wielu rzeczy. Gdy skończyła przepisywać, poczuła, że nie da rady. Wymagało to takiej energii, takiej siły woli, że Rachel nie potrafiła sobie jej wyobrazić. Stworzenie przedmiotu było łatwe, ale stworzenie żywej istoty... to już wyższa, o wiele wyższa sfera.
Kiedy zaczęła się zastanawiać, co mogłaby stworzyć, od razu pomyślała o skrzydłach. Wielki ptak? Hmm... nie. Może pegaz.. I tak rozmyślała, i rozmyślała, że w końcu osunęła się na podłogę i zasnęła dręczona przez dziwny sen.
***
Rachel siedziała na drewnianym krzesełku przed lustrem. Miała 17 lat, niedawno wróciła z Lyrianu, jednak to był sen. Jej matka podcinała jej włosy, które spadały na ziemię jasnym kręgiem. Był to ten sam sen, co się jej śnił kilka tygodni temu.
-Rachel... Gdy stworzysz to co chcesz... To cię może zabić. - Oznajmiła spokojnie jej matka.
-Ale co? To stworzenie?
-Nie. Energia, którą przelejesz w tą frazę.
-Mamo, ja wiem, że to trudne. Wiem, że ledwie ujdę z życiem, ale muszę ocalić Jasona. Nie chcę, żeby umarł. Wierzysz we mnie, mamo?
-Oczywiście, że w ciebie wierzę. Ponieważ jesteś zdeterminowana. Pamiętasz gdy Drake umarł...?
W oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
-Pamiętam.
-Miałaś wtedy w sobie mnóstwo energii. Przez gniew. Lecz determinacja i nadzieja są jeszcze silniejsze od gniewu i strachu. Kocham Cię, nieważne co się stanie. A teraz się obudź i wierz w siebie. I wszystko znikło.
***
Mimo, że dziewczyna nie wiedziała skąd te sny się biorą, wiedziała jakie jest ich przesłanie. Otworzyła gwałtownie oczy. Był już ranek, słońce zawisło u góry. Jasne promienie słońca opadały jej na twarz, tak, że musiała zmrużyć swoje ciemne oczy. Odgarnęła włosy do tyłu i wstała, podpierając się parapetu. Oparła się o niego i patrzyła w słońce. Patrzyła, w ognistą kulę. Patrzyła, w źródło wielkiej energii. Patrzyła, w źródło światła. Nagle coś ciemnego błysnęło. To niewielki ptak, przeleciał koło okna, przez chwilę przesłaniając słońce. I nagle ją oświeciło.
Chciała stworzyć smoka.
Smoka.
***
Smoki występowały w Poza w opowieściach, książkach, filmach i grach. Były przedstawione jako inteligentne, bystre, pradawne stworzenie słynące z ziania ogniem. Były potężne i niezwyciężone.
Rachel chciała takiego.
Niemal śmiejąc się ze szczęścia, porwała pergaminy i pobiegła schodami w dół i dotarła do holu. Wyszła przez główne drzwi i podążyła w stronę kępki drzew, gdzie usiadła na trawie.
Proces tworzenia istoty, polegał na zapadnięcie w trans i wyobraźnią trzeba było kształtować istotę. Na koniec nazywało się daną istotę, i po przelaniu energii, istota materializowała się przed daną osobą. Rachel odetchnęła kilka razy i spisała wszystko na jednej stronie wolnego pergaminu, aby łatwiej sobie wyobrazić smoka.
Gdy spisała wszystko zamknęła oczy. Otwarła je po kilku minutach i zaczęła wyśpiewywać frazy, po czym zapadła w świadomy, dziwny trans.
Tworzyła smoka.
***
Sama nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy zatwierdziła frazą, to co sobie wyobraziła. Zaczęła wypowiadać dalsze frazy, i gdy dotarła do linijki, w której materializowało się i przywoływało życie, zawahała się.
Ale powrotu już nie było.
Wylała z siebie całą swoją energię i siłę woli. Poczuła się tak, jakby więdła, tak, jakby uchodziło z niej życie. Dotarły do niej mroczki i zawroty głowy. Skronie zapulsowały jej bólem, jej ciało skręcało się w spazmach. Czuła, jak umierała.
***
Rachel siedziała na drewnianym krzesełku przed lustrem. Miała 17 lat, niedawno wróciła z Lyrianu, jednak to był sen. Jej matka podcinała jej włosy, które spadały na ziemię jasnym kręgiem.
-Mamo, pomóż mi. Pomóż. - Błagała w śnie. - Ja umrę.
-Kochanie, trzymaj się. Dasz radę..
-Nie.. ja nie dam rady. Ja umrę. Nie dam rady.
Dziewczyna spojrzała w lustro. Widziała siebie, prawie martwą. Widziała, jak uchodziło z niej życie.
Zalała się łzami.
-Mamo, pomóż mi.
Po policzku jej matki spływała łza.
I wszystko znikło.
Lecz się nie obudziła.
Pojawiła się w innym miejscu. Leżała na łóżku, miała zamknięte powieki.
Nie potrafiła ich podnieść. Czuła w głowie tylko głos matki.
-Nadzieja jest silniejsza niż strach, Rachel.
Głos powtórzył się kilka razy.
Po czym ucichł.
***
-Tatusiu, czy śmierć boli? - Zapytała się raz Rachel swojego taty, gdy miała 9 lat.
-Nikt tego nie wie, Rachel. - Odpowiedział.
-No ale.. czy przestaje się oddychać? Czy się wie, że się umiera?
Jej tata zamyślił się chwilę. Odpowiedział dopiero po kilku minutach:
-Człowiek traci świadomość. Traci poczucie czasu, głodu i potrzebę snu. Po śmierci nie tęskni za nami, tak jak my za nim. Po prostu znika. Jego dusza idzie do Nieba.
Rachel kiwnęła głową.
-Na razie się tym nie przejmuj. - Powiedział jej tata i chwycił ją za rękę.
***
-Mamo, pomóż mi. - Powiedziała Rachel siedząc przed lustrem. - Nie chcę umierać.
Matka dziewczyny zamknęła oczy.
-Pomogę. - Oznajmiła i je otwarła.
***
Kiedy z ciała Rachel odeszła ostatnia cząstka życia, trafiło w nią oślepiające światło i niesamowicie silna energia. Poczuła się tak, jakby uderzył w nią piorun. Wokół niej rozleciały się iskry, krzyknęła straszliwie, gdy siła odepchnęła ją kilka metrów w górę i przeniosła ponad siedem metrów w tył i uderzyła w grube drzewo. Straciła przytomność.
Ale przeżyła.
Kiedy zaczęła się zastanawiać, co mogłaby stworzyć, od razu pomyślała o skrzydłach. Wielki ptak? Hmm... nie. Może pegaz.. I tak rozmyślała, i rozmyślała, że w końcu osunęła się na podłogę i zasnęła dręczona przez dziwny sen.
***
Rachel siedziała na drewnianym krzesełku przed lustrem. Miała 17 lat, niedawno wróciła z Lyrianu, jednak to był sen. Jej matka podcinała jej włosy, które spadały na ziemię jasnym kręgiem. Był to ten sam sen, co się jej śnił kilka tygodni temu.
-Rachel... Gdy stworzysz to co chcesz... To cię może zabić. - Oznajmiła spokojnie jej matka.
-Ale co? To stworzenie?
-Nie. Energia, którą przelejesz w tą frazę.
-Mamo, ja wiem, że to trudne. Wiem, że ledwie ujdę z życiem, ale muszę ocalić Jasona. Nie chcę, żeby umarł. Wierzysz we mnie, mamo?
-Oczywiście, że w ciebie wierzę. Ponieważ jesteś zdeterminowana. Pamiętasz gdy Drake umarł...?
W oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
-Pamiętam.
-Miałaś wtedy w sobie mnóstwo energii. Przez gniew. Lecz determinacja i nadzieja są jeszcze silniejsze od gniewu i strachu. Kocham Cię, nieważne co się stanie. A teraz się obudź i wierz w siebie. I wszystko znikło.
***
Mimo, że dziewczyna nie wiedziała skąd te sny się biorą, wiedziała jakie jest ich przesłanie. Otworzyła gwałtownie oczy. Był już ranek, słońce zawisło u góry. Jasne promienie słońca opadały jej na twarz, tak, że musiała zmrużyć swoje ciemne oczy. Odgarnęła włosy do tyłu i wstała, podpierając się parapetu. Oparła się o niego i patrzyła w słońce. Patrzyła, w ognistą kulę. Patrzyła, w źródło wielkiej energii. Patrzyła, w źródło światła. Nagle coś ciemnego błysnęło. To niewielki ptak, przeleciał koło okna, przez chwilę przesłaniając słońce. I nagle ją oświeciło.
Chciała stworzyć smoka.
Smoka.
***
Smoki występowały w Poza w opowieściach, książkach, filmach i grach. Były przedstawione jako inteligentne, bystre, pradawne stworzenie słynące z ziania ogniem. Były potężne i niezwyciężone.
Rachel chciała takiego.
Niemal śmiejąc się ze szczęścia, porwała pergaminy i pobiegła schodami w dół i dotarła do holu. Wyszła przez główne drzwi i podążyła w stronę kępki drzew, gdzie usiadła na trawie.
Proces tworzenia istoty, polegał na zapadnięcie w trans i wyobraźnią trzeba było kształtować istotę. Na koniec nazywało się daną istotę, i po przelaniu energii, istota materializowała się przed daną osobą. Rachel odetchnęła kilka razy i spisała wszystko na jednej stronie wolnego pergaminu, aby łatwiej sobie wyobrazić smoka.
Gdy spisała wszystko zamknęła oczy. Otwarła je po kilku minutach i zaczęła wyśpiewywać frazy, po czym zapadła w świadomy, dziwny trans.
Tworzyła smoka.
***
Sama nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy zatwierdziła frazą, to co sobie wyobraziła. Zaczęła wypowiadać dalsze frazy, i gdy dotarła do linijki, w której materializowało się i przywoływało życie, zawahała się.
Ale powrotu już nie było.
Wylała z siebie całą swoją energię i siłę woli. Poczuła się tak, jakby więdła, tak, jakby uchodziło z niej życie. Dotarły do niej mroczki i zawroty głowy. Skronie zapulsowały jej bólem, jej ciało skręcało się w spazmach. Czuła, jak umierała.
***
Rachel siedziała na drewnianym krzesełku przed lustrem. Miała 17 lat, niedawno wróciła z Lyrianu, jednak to był sen. Jej matka podcinała jej włosy, które spadały na ziemię jasnym kręgiem.
-Mamo, pomóż mi. Pomóż. - Błagała w śnie. - Ja umrę.
-Kochanie, trzymaj się. Dasz radę..
-Nie.. ja nie dam rady. Ja umrę. Nie dam rady.
Dziewczyna spojrzała w lustro. Widziała siebie, prawie martwą. Widziała, jak uchodziło z niej życie.
Zalała się łzami.
-Mamo, pomóż mi.
Po policzku jej matki spływała łza.
I wszystko znikło.
Lecz się nie obudziła.
Pojawiła się w innym miejscu. Leżała na łóżku, miała zamknięte powieki.
Nie potrafiła ich podnieść. Czuła w głowie tylko głos matki.
-Nadzieja jest silniejsza niż strach, Rachel.
Głos powtórzył się kilka razy.
Po czym ucichł.
***
-Tatusiu, czy śmierć boli? - Zapytała się raz Rachel swojego taty, gdy miała 9 lat.
-Nikt tego nie wie, Rachel. - Odpowiedział.
-No ale.. czy przestaje się oddychać? Czy się wie, że się umiera?
Jej tata zamyślił się chwilę. Odpowiedział dopiero po kilku minutach:
-Człowiek traci świadomość. Traci poczucie czasu, głodu i potrzebę snu. Po śmierci nie tęskni za nami, tak jak my za nim. Po prostu znika. Jego dusza idzie do Nieba.
Rachel kiwnęła głową.
-Na razie się tym nie przejmuj. - Powiedział jej tata i chwycił ją za rękę.
***
-Mamo, pomóż mi. - Powiedziała Rachel siedząc przed lustrem. - Nie chcę umierać.
Matka dziewczyny zamknęła oczy.
-Pomogę. - Oznajmiła i je otwarła.
***
Kiedy z ciała Rachel odeszła ostatnia cząstka życia, trafiło w nią oślepiające światło i niesamowicie silna energia. Poczuła się tak, jakby uderzył w nią piorun. Wokół niej rozleciały się iskry, krzyknęła straszliwie, gdy siła odepchnęła ją kilka metrów w górę i przeniosła ponad siedem metrów w tył i uderzyła w grube drzewo. Straciła przytomność.
Ale przeżyła.
sobota, 19 kwietnia 2014
Rozdział 20
-Ej, wstawaj. - Carsalia szturchnęła Rachel. - Już jesteśmy na miejscu.
Rachel otworzyła zaspana oczy. Był już zmierzch. Potarła oczy, wstała z jękiem.
-Ile mam ci zapłacić?
Carsalia podała jej sumę, a dziewczyna zapłaciła. Gdy Rachel miała już zejść ze statku i wskoczyć do płytkiej wody, pani kapitan zapytała się jej?
-Jak wrócisz?
Rachel wzruszyła ramionami.
-Chyba będę tu przez dłuższy czas. Dziękuję za pomoc, Carsalio.
-Nie ma za co. A teraz idź, nie wiem co się tu czai, a lepiej żebyś wróciła na stały ląd cała i zdrowa.
-Będę ostrożna.
Po czym skierowała się przez plażę w głąb wyspy.
***
Rachel stanęła dumnie przed drzwiami biblioteki. Przyłożyła dłoń do drzwi, i wypowiedziała edomicką frazę. Ogromne drzwi otworzyły się cicho. Rachel rozglądała się chwilę po błyszczących kamieniach na ścianach, i marmurowej, lśniącej posadzce. Światło księżyca i gwiazd wlewało się leniwie przez ogromne okna. Dziewczyna przekroczyła próg, i skierowała się do jednego z korytarza. Podążała tak kilka minut, i o mało nie przegapiła drewnianej tacy, na której były magiczne kamienie-przewodnicy, z których chciała korzystać. Wybrała biały kamyk z srebrnymi żyłkami. Wypowiedziała słowo, dzięki któremu aktywowała kamień i przed nią wyrosła młoda kobieta z jasnymi włosami upiętymi w kok, odziana w błękitną szatę.
-Witaj, jestem Maya... ohh, znowu przybywasz? Czego potrzebujesz? - Zdziwiła się kobieta.
-Potrzebuję mapę, która doprowadzi mnie do Zaghary.
-Ah, tak. Zaghara.. a po co chcesz się tam dostać? Masz pewnie świadomość, że to po drugiej stronie naszej planety?
-Muszę odnaleźć lorda Jasona z Caberton, mojego przyjaciela. Wywieziono go w niewolę i boję się, że coś mu się stanie. - Powiedziała Rachel.
-Hm.. Z tego, co wiem, niewolnictwo w Zagharze jest trudne i zaledwie po kilkunastu miesiącach niewolnik umiera, po ciężkiej pracy.
O matko.. po kilkunastu miesiącach?
-O Boże! Ja nie zdążę! - Wymamrotała Rachel.
-To jest pewne. - Maya zaśmiała się nerwowo. - Mogę ci pomóc.
Rachel uniosła wzrok na Mayę.
-Jak?
Kobieta poprawiła widmowe włosy i rzekła prosto z mostu:
-W tej bibliotece mamy zwoje i księgi z frazami, które używali czarnoksiężnicy. Chodzi mi o frazy, które tworzyły przedmioty i stworzenia. Gdybyś stworzyła magiczne stworzenie, mogłabyś dać mu cechy psychiczne oraz fizyczne i ukształtować jego umysł. Gdyby stworzenie to, poruszało się w niesamowitym tempie mogłoby cię w miarę szybko przenieść do Zaghary. Posiadasz wielką moc, i to może ci się udać...
-Ale przecież istnieją frazy, dzięki którym można się teleportować - przypomniała Rachel.
-Tak ale, podejrzewam, że w Zagharze nigdy nie byłaś. A żeby przenieść się z miejsca, musiałabyś już kiedyś być w miejscu docelowym.
-Rozumiem. Przepraszam, zapomniałam.
-A więc została ci moja pierwsza propozycja.
-W takim razie zaprowadź mnie tam, gdzie te księgi i zwoje są.
-Jak sobie życzysz. - Odparła Maya i poszła przed siebie.
***
Gdy Rachel z Mayą dotarły tam gdzie miały dotrzeć, minęło półgodziny. Maya nagle się zatrzymała i schyliła się po jedną z ksiąg.
Była oprawiona w zieloną skórę. Na okładce widniały złote, edomickie znaki. Maya podała Rachel księgę i oznajmiła:
-Proszę. Nie radzę ci robić tego w bibliotece. Otóż, nie możesz jej sobie wziąć tak więc potrzebne frazy możesz przepisać na pergamin.
-Dobrze.
-Zaraz ci przyniosę pergaminy, pióro i atrament. Jeśli chcesz, chodź ze mną.
Zeszły na niższe piętro biblioteki i weszły do jakiegoś pokoju. Maya ściągnęła z półki pergamin i pióro. Podała to Rachel a po atrament poszła gdzie indziej. Po chwili wróciła ze szklanym słoikiem atramentu. Kobieta zaproponowała jeszcze:
-Jeśli chcesz, zaprowadzę cię do miejsca, gdzie możesz spokojnie usiąść...
-Dziękuję ci, ale poręczę parapetem przy oknie. Jesteś wielce szczodra, Mayo. Dziękuję.
Maya skłoniła się i odeszła. Rachel zabrała się do przeglądania księgi.
Rachel otworzyła zaspana oczy. Był już zmierzch. Potarła oczy, wstała z jękiem.
-Ile mam ci zapłacić?
Carsalia podała jej sumę, a dziewczyna zapłaciła. Gdy Rachel miała już zejść ze statku i wskoczyć do płytkiej wody, pani kapitan zapytała się jej?
-Jak wrócisz?
Rachel wzruszyła ramionami.
-Chyba będę tu przez dłuższy czas. Dziękuję za pomoc, Carsalio.
-Nie ma za co. A teraz idź, nie wiem co się tu czai, a lepiej żebyś wróciła na stały ląd cała i zdrowa.
-Będę ostrożna.
Po czym skierowała się przez plażę w głąb wyspy.
***
Rachel stanęła dumnie przed drzwiami biblioteki. Przyłożyła dłoń do drzwi, i wypowiedziała edomicką frazę. Ogromne drzwi otworzyły się cicho. Rachel rozglądała się chwilę po błyszczących kamieniach na ścianach, i marmurowej, lśniącej posadzce. Światło księżyca i gwiazd wlewało się leniwie przez ogromne okna. Dziewczyna przekroczyła próg, i skierowała się do jednego z korytarza. Podążała tak kilka minut, i o mało nie przegapiła drewnianej tacy, na której były magiczne kamienie-przewodnicy, z których chciała korzystać. Wybrała biały kamyk z srebrnymi żyłkami. Wypowiedziała słowo, dzięki któremu aktywowała kamień i przed nią wyrosła młoda kobieta z jasnymi włosami upiętymi w kok, odziana w błękitną szatę.
-Witaj, jestem Maya... ohh, znowu przybywasz? Czego potrzebujesz? - Zdziwiła się kobieta.
-Potrzebuję mapę, która doprowadzi mnie do Zaghary.
-Ah, tak. Zaghara.. a po co chcesz się tam dostać? Masz pewnie świadomość, że to po drugiej stronie naszej planety?
-Muszę odnaleźć lorda Jasona z Caberton, mojego przyjaciela. Wywieziono go w niewolę i boję się, że coś mu się stanie. - Powiedziała Rachel.
-Hm.. Z tego, co wiem, niewolnictwo w Zagharze jest trudne i zaledwie po kilkunastu miesiącach niewolnik umiera, po ciężkiej pracy.
O matko.. po kilkunastu miesiącach?
-O Boże! Ja nie zdążę! - Wymamrotała Rachel.
-To jest pewne. - Maya zaśmiała się nerwowo. - Mogę ci pomóc.
Rachel uniosła wzrok na Mayę.
-Jak?
Kobieta poprawiła widmowe włosy i rzekła prosto z mostu:
-W tej bibliotece mamy zwoje i księgi z frazami, które używali czarnoksiężnicy. Chodzi mi o frazy, które tworzyły przedmioty i stworzenia. Gdybyś stworzyła magiczne stworzenie, mogłabyś dać mu cechy psychiczne oraz fizyczne i ukształtować jego umysł. Gdyby stworzenie to, poruszało się w niesamowitym tempie mogłoby cię w miarę szybko przenieść do Zaghary. Posiadasz wielką moc, i to może ci się udać...
-Ale przecież istnieją frazy, dzięki którym można się teleportować - przypomniała Rachel.
-Tak ale, podejrzewam, że w Zagharze nigdy nie byłaś. A żeby przenieść się z miejsca, musiałabyś już kiedyś być w miejscu docelowym.
-Rozumiem. Przepraszam, zapomniałam.
-A więc została ci moja pierwsza propozycja.
-W takim razie zaprowadź mnie tam, gdzie te księgi i zwoje są.
-Jak sobie życzysz. - Odparła Maya i poszła przed siebie.
***
Gdy Rachel z Mayą dotarły tam gdzie miały dotrzeć, minęło półgodziny. Maya nagle się zatrzymała i schyliła się po jedną z ksiąg.
Była oprawiona w zieloną skórę. Na okładce widniały złote, edomickie znaki. Maya podała Rachel księgę i oznajmiła:
-Proszę. Nie radzę ci robić tego w bibliotece. Otóż, nie możesz jej sobie wziąć tak więc potrzebne frazy możesz przepisać na pergamin.
-Dobrze.
-Zaraz ci przyniosę pergaminy, pióro i atrament. Jeśli chcesz, chodź ze mną.
Zeszły na niższe piętro biblioteki i weszły do jakiegoś pokoju. Maya ściągnęła z półki pergamin i pióro. Podała to Rachel a po atrament poszła gdzie indziej. Po chwili wróciła ze szklanym słoikiem atramentu. Kobieta zaproponowała jeszcze:
-Jeśli chcesz, zaprowadzę cię do miejsca, gdzie możesz spokojnie usiąść...
-Dziękuję ci, ale poręczę parapetem przy oknie. Jesteś wielce szczodra, Mayo. Dziękuję.
Maya skłoniła się i odeszła. Rachel zabrała się do przeglądania księgi.
czwartek, 17 kwietnia 2014
700 wyświetleń + wygląd Rachel i Jasona =)
Hej. Tym razem nie rozdział, lecz post na luzie. Na początek chciałabym wam podziękować za 700 wyświetleń ^^ Dla mnie to całkiem dużo (lecz bardziej będę zadowolona z 1000 xd) i wam dziękuję. Dzięki, że czytacie mojego bloga. Dajecie mi motywacje :)
Drugą rzeczą jest wygląd dorosłej Rachel i Jasona. No bo sobie myślę: Kurde, jak oni mogliby wyglądać. Ja osobiście Rachel wyobrażam sobie mniej więcej tak:
(Jennifer Lawrence, Poradnik Pozytywnego Myślenia.)
A Jasona tak:
(Josh Hutcherson, Igrzyska Śmierci.)
Nie no, beka. Katniss i Peeta z Igrzysk XD, ale jeżeli chodzi o wygląd to naprawdę ich sobie tak wyobrażam. Oczywiście jako dorosłych.
Jeśli tak to tak :<
Zapraszam do przeczytania trylogii Igrzysk Śmierci <333
xd
Yyy.. to na tyle ;D Kolorowych i branoc, Pozaświatowcy :**
Drugą rzeczą jest wygląd dorosłej Rachel i Jasona. No bo sobie myślę: Kurde, jak oni mogliby wyglądać. Ja osobiście Rachel wyobrażam sobie mniej więcej tak:
(Jennifer Lawrence, Poradnik Pozytywnego Myślenia.)
A Jasona tak:
(Josh Hutcherson, Igrzyska Śmierci.)
Nie no, beka. Katniss i Peeta z Igrzysk XD, ale jeżeli chodzi o wygląd to naprawdę ich sobie tak wyobrażam. Oczywiście jako dorosłych.
Jeśli tak to tak :<
Zapraszam do przeczytania trylogii Igrzysk Śmierci <333
xd
Yyy.. to na tyle ;D Kolorowych i branoc, Pozaświatowcy :**
Rozdział 19
Dziewczynę obudziły w środku nocy ciężkie kroki na skrzypiących schodach, na korytarzu. Podniosła się lekko i od razu zamarła. Powoli i cicho zeszła z łóżka. Wyciągnęła z pod poduszki sztylet i podeszła do okna, jak najdalej drzwi. Kroki stawały się coraz głośniejsze. Co się do licha dzieje, pomyślała. Nagle usłyszała przekręcany zamek drzwi. Drewniane, słabe drzwi otwarły się i zaskrzypiały. Rachel wypowiedziała szybko frazę, dzięki której była niewidzialna.
Do pokoju wkroczyli dwaj zakapturzeni mężczyźni. Mieli gołe ramiona, mieli tatuaż przedstawiający wilka. Rachel zdusiła okrzyk.
Szarzy Jeźdźcy.
Dziewczynie zakręciło się w głowie, lecz po kilku minutach odzyskała jasność umysłu. Mężczyźni przeszukiwali jej pokój. Oni są źli, pomyślała. Nikt inny, tylko oni.
Wypowiedziała uśmiercającą frazę. Mężczyźni padli głośno na podłogę. Skrzywiła się. Szepnęła kolejną frazę, i mężczyźni zniknęli.
Nie było ich już. Nie było.
Wzmocniła drzwi zaklęciami, takimi, że nikt nie otworzy tych drzwi, dopóki Rachel nie zdejmie czaru. Wróciła do łóżka, i rozmyślając nad tym, jak Szarzy Jeźdźcy ją znaleźli i czego chcieli, zasnęła.
***
Otwarła oczy o wschodzie słońca. Wstała z jękiem z łóżka i je pościeliła. Ubrała się, spakowała i zeszła na dół. Ku jej szczęściu oberżysta już wstał. Powiedziała:
-Dziękuję za pobyt, jednak się spieszę i śniadanie prosiłabym na wynos. Prosiłabym pięć pasków suszonego mięsa i dwa bochenki chleba.
Mężczyzna podał jej to, zapłaciła i wyszła. Poszła w stronę stajni, odebrała konia, wsiadła na niego i pojechała do portu.
Gdy już tam przybyła, zaczęła szukać osoby, która mogłaby ją przewieźć przez Morze Śródlądowe i pozostawić na wyspie, gdzie znajdowała się Celestynowa Biblioteka. Kilku kapitanów jej odmówiło. Gdy była już zawiedziona, jakaś kobieta oznajmiła:
-Ja cię mogę przewieźć, ale za odpowiednią sumkę.
Rachel uśmiechnęła się.
-Ile chcesz?
***
Już drugi dzień płynęła na małym statku. Kapitanem była kobieta w średnim wieku, o ciemnych włosach i szarym oku (bo jedne straciła i miała zamiast tego czarną przepaskę na oko, jak u pirata). Jej twarz pokrywały liczne blizny, ale mimo tego była ładna. Rachel darzyła ją zaufaniem, nie tylko dlatego, że miała doświadczenie żeglarskie, ale także, ponieważ nie wypytywała ją o to kim jest, i czego szuka w Celestynowej Bibliotece.
Podczas przerwy na jedzenie i odpoczynek, zarzuciła kotwicę i siadła na przeciwko Rachel.
-Jeśli chcesz, opowiem Ci jak straciłam oko. - Oznajmiła wesoło, gdy dziewczynę dręczyły nudy.
-Z przyjemnością. - Rachel uśmiechnęła się wesoło.
-Gdy zaczynałam swoją przygodę z żeglarstwem, byłam jeszcze młodą, głupią kobietą. Zamiast być zwykłym marynarzem, postanowiłam zostać piratem. Dołączyłam do załogi na meridońskim okręcie Hrane Somrate, co w języku angielskim oznaczałoby Czarna Chmura...
-Czyli jesteś z Meridonu? - Przerwała jej Rachel.
-Tak - zgodziła się kobieta. Po chwili wykrzyknęła: - O matko, gdzie moje maniery?! Płyniemy drugi dzień a ja nawet się nie przedstawiłam. Jestem Carsalia. A ty?
-Kate. - Skłamała Rachel.
-Świetnie. A więc gdy dołączyłam do tamtej załogi, szybko awansowałam. Miałam wysokie umiejętności, jeśli chodzi o szermierkę. Gdy byłam już zastępcą kapitana, popłynęliśmy splądrować jedną wioskę, na jednej z meridońskich wysp. Niestety, wyspa ta była dobrze broniona i doszło do wielkiej walki. Wtedy jeden ze strażników broniących wyspy, musnął mnie mieczem po twarzy, i straciłam przez to oko. O mało się nie wykrwawiłam na śmierć! Gdy oznajmiłam kapitanowi, że odchodzę z załogi, zostawił mnie bez słowa. Popłynęłam więc do Lyrianu i do dziś przewożę ludzi przez Morze Śródlądowe.
-Przykro mi, że straciłaś oko. - Stwierdziła Rachel.
-Oj tam. Nie jest tak źle, no i nie wyglądam na zwyczajną panią, która przewozi ludzi przez te wody.
-Racja.
Carsalia podniosła się i oznajmiła hardym tonem:
-No, czas ruszać. Za niedługo powinniśmy dotrzeć.
Do pokoju wkroczyli dwaj zakapturzeni mężczyźni. Mieli gołe ramiona, mieli tatuaż przedstawiający wilka. Rachel zdusiła okrzyk.
Szarzy Jeźdźcy.
Dziewczynie zakręciło się w głowie, lecz po kilku minutach odzyskała jasność umysłu. Mężczyźni przeszukiwali jej pokój. Oni są źli, pomyślała. Nikt inny, tylko oni.
Wypowiedziała uśmiercającą frazę. Mężczyźni padli głośno na podłogę. Skrzywiła się. Szepnęła kolejną frazę, i mężczyźni zniknęli.
Nie było ich już. Nie było.
Wzmocniła drzwi zaklęciami, takimi, że nikt nie otworzy tych drzwi, dopóki Rachel nie zdejmie czaru. Wróciła do łóżka, i rozmyślając nad tym, jak Szarzy Jeźdźcy ją znaleźli i czego chcieli, zasnęła.
***
Otwarła oczy o wschodzie słońca. Wstała z jękiem z łóżka i je pościeliła. Ubrała się, spakowała i zeszła na dół. Ku jej szczęściu oberżysta już wstał. Powiedziała:
-Dziękuję za pobyt, jednak się spieszę i śniadanie prosiłabym na wynos. Prosiłabym pięć pasków suszonego mięsa i dwa bochenki chleba.
Mężczyzna podał jej to, zapłaciła i wyszła. Poszła w stronę stajni, odebrała konia, wsiadła na niego i pojechała do portu.
Gdy już tam przybyła, zaczęła szukać osoby, która mogłaby ją przewieźć przez Morze Śródlądowe i pozostawić na wyspie, gdzie znajdowała się Celestynowa Biblioteka. Kilku kapitanów jej odmówiło. Gdy była już zawiedziona, jakaś kobieta oznajmiła:
-Ja cię mogę przewieźć, ale za odpowiednią sumkę.
Rachel uśmiechnęła się.
-Ile chcesz?
***
Już drugi dzień płynęła na małym statku. Kapitanem była kobieta w średnim wieku, o ciemnych włosach i szarym oku (bo jedne straciła i miała zamiast tego czarną przepaskę na oko, jak u pirata). Jej twarz pokrywały liczne blizny, ale mimo tego była ładna. Rachel darzyła ją zaufaniem, nie tylko dlatego, że miała doświadczenie żeglarskie, ale także, ponieważ nie wypytywała ją o to kim jest, i czego szuka w Celestynowej Bibliotece.
Podczas przerwy na jedzenie i odpoczynek, zarzuciła kotwicę i siadła na przeciwko Rachel.
-Jeśli chcesz, opowiem Ci jak straciłam oko. - Oznajmiła wesoło, gdy dziewczynę dręczyły nudy.
-Z przyjemnością. - Rachel uśmiechnęła się wesoło.
-Gdy zaczynałam swoją przygodę z żeglarstwem, byłam jeszcze młodą, głupią kobietą. Zamiast być zwykłym marynarzem, postanowiłam zostać piratem. Dołączyłam do załogi na meridońskim okręcie Hrane Somrate, co w języku angielskim oznaczałoby Czarna Chmura...
-Czyli jesteś z Meridonu? - Przerwała jej Rachel.
-Tak - zgodziła się kobieta. Po chwili wykrzyknęła: - O matko, gdzie moje maniery?! Płyniemy drugi dzień a ja nawet się nie przedstawiłam. Jestem Carsalia. A ty?
-Kate. - Skłamała Rachel.
-Świetnie. A więc gdy dołączyłam do tamtej załogi, szybko awansowałam. Miałam wysokie umiejętności, jeśli chodzi o szermierkę. Gdy byłam już zastępcą kapitana, popłynęliśmy splądrować jedną wioskę, na jednej z meridońskich wysp. Niestety, wyspa ta była dobrze broniona i doszło do wielkiej walki. Wtedy jeden ze strażników broniących wyspy, musnął mnie mieczem po twarzy, i straciłam przez to oko. O mało się nie wykrwawiłam na śmierć! Gdy oznajmiłam kapitanowi, że odchodzę z załogi, zostawił mnie bez słowa. Popłynęłam więc do Lyrianu i do dziś przewożę ludzi przez Morze Śródlądowe.
-Przykro mi, że straciłaś oko. - Stwierdziła Rachel.
-Oj tam. Nie jest tak źle, no i nie wyglądam na zwyczajną panią, która przewozi ludzi przez te wody.
-Racja.
Carsalia podniosła się i oznajmiła hardym tonem:
-No, czas ruszać. Za niedługo powinniśmy dotrzeć.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Rozdział 18
Minął prawie cały miesiąc, zanim dotarła nad Morze Śródlądowe. Zmęczona, wygłodniała i brudna, dotarła do wioski Durna, leżącej nad tym morzu. Było późne popołudnie, strażnicy mieli za niedługo zamknąć bramy tejże wioski. Podjechała do bramy na swej klaczy. Jeden ze strażników spytał:
-Kto tam?
Rachel wymyśliła sobie pseudonim, taki, żeby nie została przypadkiem rozpoznana.
-Kate Vaught, z profesji podróżniczka, przybywam z zachodu, z wioski Tern.
Strażnik zmarszczył brwi, lecz po chwili zapytał:
-Czego szukasz w Durnie?
-Schronienia. Ostatnie dni i noce są bardzo deszczowe, chciałabym się przespać w jakiejś gospodzie i zjeść porządny posiłek.
-Dobrze. - Zgodził się strażnik i przepuścił Rachel.
Dziewczyna wjechała do wioski. Niemal natychmiast dostrzegła stajnię, do której podjechała. Powiedziała do stajennego, niskiego, przysadzistego mężczyzny o czarnych włosach:
-Witaj. Czy mogłabym oddać moją klacz panu w opiece, na jedną noc i dzień?
-Ta. - Mruknął mężczyzna. - Jakie ma imię?
-Canny. - Odparła Rachel.
Zsiadła z konia i oddała wodze stajennemu.
-Wie pan może, gdzie znajdę tanią gospodę? - Zapytała.
Zamyślony stajenny przygryzł wargę. Po krótkiej chwili powiedział:
-Hm.. Tam, za rogiem, znajduje się Gospoda pod Wodorostem. Co prawda, jest tania, ale uważaj, kręcą się tam niezbyt przyjemne typki.
-Dziękuję. Będę uważać.
-Drobiazg.
Dziewczyna skierowała się tam, gdzie wskazał stajenny. Po kilku minutach, przed nią wyrósł dwu-piętrowy, drewniany budynek. Nad drzwiami wisiał szyld:
Gspoda pod Wodostm
Co prawda, brakowało kilka liter, ale Rachel nie musiała długo rozszyfrowywać wyblakłych liter. Przekroczyła próg gospody. Dotarł do niej niezbyt przyjemny zapach. Pomieszczenie było słabo oświetlone, w kominku ledwo się paliło. Przy stołach był z tuzin osób, z czego większość dojrzało Rachel. Dziewczyna niepewnie podeszła do lady. Oberżysta był chudy i blady, był łysy i miał nieprzyjazny wyraz twarzy.
-Czego? - Mruknął nie patrząc na Rachel.
-Jakąś rybę. Dorsz może być. - Odparła dziewczyna.
Oberżysta zawołał swoją żonę-kelnerkę:
-Te, tam, podaj tej babce dorsza.
Określenie "babka" zdenerwowało Rachel. Mimo tego, zachowała spokojny wyraz, lecz emocje zwyciężyły:
-Babce, powiadasz? - Mruknęła spokojnie.
Oberżysta uniósł na nią wzrok i zmrużył oczy. Odpowiedział po chwili:
-Nie szukaj tutaj problemów, kobieto.
-Jasne. - Uśmiechnęła się sztucznie.
Odwróciła się od lady i podeszła do wolnego stolika, w rogu. Naciągnęła mocniej kaptur. Po 15 minutach, pani o okrągłej figurze, podeszła do stołu Rachel i podała jej dorsza. Kobieta złapała ją za ramię i mocno ścisnęła. Powiedziała szeptem:
-Uważaj. Tu jest niebezpiecznie.
-Będę ostrożna. - Uspokoiła ją.
-Mam nadzieję.
Kiedy Rachel jadła, co chwilę wyczuwała wzrok innych 'gości'. Mimo tego, spokojnie zamówiła pokój na drugim piętrze, poszła do niego, uporządkowała swoje rzeczy i zasnęła na twardym łóżku.
-Kto tam?
Rachel wymyśliła sobie pseudonim, taki, żeby nie została przypadkiem rozpoznana.
-Kate Vaught, z profesji podróżniczka, przybywam z zachodu, z wioski Tern.
Strażnik zmarszczył brwi, lecz po chwili zapytał:
-Czego szukasz w Durnie?
-Schronienia. Ostatnie dni i noce są bardzo deszczowe, chciałabym się przespać w jakiejś gospodzie i zjeść porządny posiłek.
-Dobrze. - Zgodził się strażnik i przepuścił Rachel.
Dziewczyna wjechała do wioski. Niemal natychmiast dostrzegła stajnię, do której podjechała. Powiedziała do stajennego, niskiego, przysadzistego mężczyzny o czarnych włosach:
-Witaj. Czy mogłabym oddać moją klacz panu w opiece, na jedną noc i dzień?
-Ta. - Mruknął mężczyzna. - Jakie ma imię?
-Canny. - Odparła Rachel.
Zsiadła z konia i oddała wodze stajennemu.
-Wie pan może, gdzie znajdę tanią gospodę? - Zapytała.
Zamyślony stajenny przygryzł wargę. Po krótkiej chwili powiedział:
-Hm.. Tam, za rogiem, znajduje się Gospoda pod Wodorostem. Co prawda, jest tania, ale uważaj, kręcą się tam niezbyt przyjemne typki.
-Dziękuję. Będę uważać.
-Drobiazg.
Dziewczyna skierowała się tam, gdzie wskazał stajenny. Po kilku minutach, przed nią wyrósł dwu-piętrowy, drewniany budynek. Nad drzwiami wisiał szyld:
Gspoda pod Wodostm
Co prawda, brakowało kilka liter, ale Rachel nie musiała długo rozszyfrowywać wyblakłych liter. Przekroczyła próg gospody. Dotarł do niej niezbyt przyjemny zapach. Pomieszczenie było słabo oświetlone, w kominku ledwo się paliło. Przy stołach był z tuzin osób, z czego większość dojrzało Rachel. Dziewczyna niepewnie podeszła do lady. Oberżysta był chudy i blady, był łysy i miał nieprzyjazny wyraz twarzy.
-Czego? - Mruknął nie patrząc na Rachel.
-Jakąś rybę. Dorsz może być. - Odparła dziewczyna.
Oberżysta zawołał swoją żonę-kelnerkę:
-Te, tam, podaj tej babce dorsza.
Określenie "babka" zdenerwowało Rachel. Mimo tego, zachowała spokojny wyraz, lecz emocje zwyciężyły:
-Babce, powiadasz? - Mruknęła spokojnie.
Oberżysta uniósł na nią wzrok i zmrużył oczy. Odpowiedział po chwili:
-Nie szukaj tutaj problemów, kobieto.
-Jasne. - Uśmiechnęła się sztucznie.
Odwróciła się od lady i podeszła do wolnego stolika, w rogu. Naciągnęła mocniej kaptur. Po 15 minutach, pani o okrągłej figurze, podeszła do stołu Rachel i podała jej dorsza. Kobieta złapała ją za ramię i mocno ścisnęła. Powiedziała szeptem:
-Uważaj. Tu jest niebezpiecznie.
-Będę ostrożna. - Uspokoiła ją.
-Mam nadzieję.
Kiedy Rachel jadła, co chwilę wyczuwała wzrok innych 'gości'. Mimo tego, spokojnie zamówiła pokój na drugim piętrze, poszła do niego, uporządkowała swoje rzeczy i zasnęła na twardym łóżku.
środa, 9 kwietnia 2014
Rozdział 17
Z każdym dniem Rachel odzyskiwała siły. Ćwiczyła edomicki, biegała, rozciągała się i trenowała jeździectwo. Dochodziła do siebie. Wszystko było dobrze, oprócz zmiany jej wyglądu.
Nie osłabiała jej siły, lecz niszczyła skórę, ciało i włosy. Skóra była sucha i szorstka, z każdym dniem coraz bardziej, a włosy zrobiły się naprawdę zniszczone i coraz częściej wypadały. Pomimo tego, znikły jej piegi. A ćwiczyła, bo miała plan.
Po kilku tygodniach, gdy w pełni odzyskała siły, poszła popołudniu do gabinetu Gallorana. Zapukała w drzwi, usłyszała głos Gallorana:
-Wejść.
Otwarła drzwi i przekroczyła próg. Siadła na krześle i powiedziała:
-Witaj. Mam dwie sprawy. Jedna, prośba o oddanie księgi, tej co ukradłam Szarym Jeźdźcom. Druga sprawa, czy mogłabym wyruszyć do Zaghary...?
-Rachel, nie! Po pierwsze, jest to za daleko, po drugie, wysłałem tam już oddział, po trzecie jesteś zbyt cenna, żeby cię stracić! - Oburzył się król. - Co do księgi, spaliłem ją. Ciążyła na niej klątwa.
-Jak pan mógł!? - Warknęła Rachel. - Ryzykowałam życie, żeby to księgę zdobyć, a pan tak po prostu ją spalił!? A poza tym, chcę odnaleźć Jasona. Pan nie może mi niczego zakazywać.
-Droga Rachel, na księdze była klątwa. - Oznajmił spokojnie Galloran. - Poza tym masz rację. Nie mogę ci niczego zakazywać. Po prostu nie chcę, żeby ci coś się stało.
-Ale ja się martwię o Jasona. - Mruknęła Rachel i wyszła z jego pokoju.
***
Gdy słońce zaszło, Rachel wróciła do swojej komnaty. Wzięła plecak, który wzięła z Lyrianu i zaczęła pakować najważniejsze rzeczy - prowiant, bukłak, kompas i nóż oraz pieniądze. Założyła już płaszcz, gdy sobie coś przypomniała. O cholera, potrzebna mi mapa, pomyślała.
Wypowiedziała frazę, czyniącą człowieka niewidzialnym. Gdy "znikła" otworzyła cicho drzwi i bezszelestnie pobiegła przez korytarz do skarbca.
Musiała pokonać wiele klatek schodowych, korytarzy i przejść aby tam dotrzeć. Gdy dotarła, wypowiedziała edomicką frazę otwierającą drzwi, i przeszła przez wielkie wrota do skarbca. Przeszła na stanowisko map.
Przeglądała kilkanaście minut. Gdy przejrzała wszystko, zrezygnowała. Wróciła tą samą drogą do swojej komnaty, gdy w połowie drogi pomyślała: Celestynowa Biblioteka. To tam.
Pomknęła do pustego, wiecznie otwartego pokoju. Był na najniższym piętrze, a Rachel nie chciała wychodzić przez główne wejście, żeby ją nie zauważono. Magią sprawiła, że szyba w oknie zniknęła. Chwiejnie weszła na parapet. Przełożyła nogi przez okno, skoczyła na trawę.
Nie zdołała stłumić jęku. Mimo tego, pobiegła przez miasto, do stajni niedaleko bramy. Mijała niewidzialna, przechodniów i gdy dotarła do stajni, odwiązała swojego konia. Osiodłała go prędko, wskoczyła na niego, i galopem pomknęła w stronę zamykającej się bramy.
Zdążyła w ostatniej chwili.
Zmęczona, zdjęła zaklęcie niewidzialności i koń kłusem pobiegł przez ciemny, nocny las, na wschód, w kierunku odległej o wiele staj, Celestynowej Biblioteki.
Nie osłabiała jej siły, lecz niszczyła skórę, ciało i włosy. Skóra była sucha i szorstka, z każdym dniem coraz bardziej, a włosy zrobiły się naprawdę zniszczone i coraz częściej wypadały. Pomimo tego, znikły jej piegi. A ćwiczyła, bo miała plan.
Po kilku tygodniach, gdy w pełni odzyskała siły, poszła popołudniu do gabinetu Gallorana. Zapukała w drzwi, usłyszała głos Gallorana:
-Wejść.
Otwarła drzwi i przekroczyła próg. Siadła na krześle i powiedziała:
-Witaj. Mam dwie sprawy. Jedna, prośba o oddanie księgi, tej co ukradłam Szarym Jeźdźcom. Druga sprawa, czy mogłabym wyruszyć do Zaghary...?
-Rachel, nie! Po pierwsze, jest to za daleko, po drugie, wysłałem tam już oddział, po trzecie jesteś zbyt cenna, żeby cię stracić! - Oburzył się król. - Co do księgi, spaliłem ją. Ciążyła na niej klątwa.
-Jak pan mógł!? - Warknęła Rachel. - Ryzykowałam życie, żeby to księgę zdobyć, a pan tak po prostu ją spalił!? A poza tym, chcę odnaleźć Jasona. Pan nie może mi niczego zakazywać.
-Droga Rachel, na księdze była klątwa. - Oznajmił spokojnie Galloran. - Poza tym masz rację. Nie mogę ci niczego zakazywać. Po prostu nie chcę, żeby ci coś się stało.
-Ale ja się martwię o Jasona. - Mruknęła Rachel i wyszła z jego pokoju.
***
Gdy słońce zaszło, Rachel wróciła do swojej komnaty. Wzięła plecak, który wzięła z Lyrianu i zaczęła pakować najważniejsze rzeczy - prowiant, bukłak, kompas i nóż oraz pieniądze. Założyła już płaszcz, gdy sobie coś przypomniała. O cholera, potrzebna mi mapa, pomyślała.
Wypowiedziała frazę, czyniącą człowieka niewidzialnym. Gdy "znikła" otworzyła cicho drzwi i bezszelestnie pobiegła przez korytarz do skarbca.
Musiała pokonać wiele klatek schodowych, korytarzy i przejść aby tam dotrzeć. Gdy dotarła, wypowiedziała edomicką frazę otwierającą drzwi, i przeszła przez wielkie wrota do skarbca. Przeszła na stanowisko map.
Przeglądała kilkanaście minut. Gdy przejrzała wszystko, zrezygnowała. Wróciła tą samą drogą do swojej komnaty, gdy w połowie drogi pomyślała: Celestynowa Biblioteka. To tam.
Pomknęła do pustego, wiecznie otwartego pokoju. Był na najniższym piętrze, a Rachel nie chciała wychodzić przez główne wejście, żeby ją nie zauważono. Magią sprawiła, że szyba w oknie zniknęła. Chwiejnie weszła na parapet. Przełożyła nogi przez okno, skoczyła na trawę.
Nie zdołała stłumić jęku. Mimo tego, pobiegła przez miasto, do stajni niedaleko bramy. Mijała niewidzialna, przechodniów i gdy dotarła do stajni, odwiązała swojego konia. Osiodłała go prędko, wskoczyła na niego, i galopem pomknęła w stronę zamykającej się bramy.
Zdążyła w ostatniej chwili.
Zmęczona, zdjęła zaklęcie niewidzialności i koń kłusem pobiegł przez ciemny, nocny las, na wschód, w kierunku odległej o wiele staj, Celestynowej Biblioteki.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Rozdział 16
Rachel siedziała na drewnianym krzesełku przed lustrem. Miała 17 lat, niedawno wróciła z Lyrianu, jednak to był sen. Jej matka podcinała jej włosy, które spadały na ziemię jasnym kręgiem.
-Mamo, co się ze mną stało? - Zapytała dziewczyna. - To nie jest zwyczajny sen.
Jej mama się uśmiechnęła.
-Jesteś na skraju życia i śmierci, Rachel. To nie tylko dzieje się w twoim umyśle. Nie mogę ci powiedzieć. Jestem martwa, tak jak twój tata, ale istnieje pewny sekret, którego nie mogę ci zdradzić.
-Dlaczego?
-Po prostu nie mogę. Kocham cię, nieważne co się stanie. A teraz się obudź.
I wszystko znikło.
***
Dziewczyna otworzyła gwałtownie oczy i szybko nabrała powietrza. Zaczęła pospiesznie mrugać i oddychać. Cały czas kręciło się jej w głowie.
Rachel leżała na łóżku, w ciemnym pomieszczeniu. Na początku niczego nie pamiętała ze swojego snu, lecz chwilę później wszystko sobie przypomniała. Przypomniały się też jej wszystkie zdarzenie sprzed jakiegoś czasu, na Północnych Rubieżach. Nie wiedziała gdzie jest księga.
Była odziana w szarą, zwykłą tunikę do kolan. Dziewczyna była cała spocona, ręce i nogi się jej trzęsły. Nie dość, że nie wiedziała gdzie była, dopadł ją przeolbrzymi głód. Wstała, nogi miała jak z waty, nie potrafiła ich podnieść. Zaczęła nimi szurać, w kierunku drzwi, których prawie nie widziała przez mrok. Drżącymi dłońmi otwarła je, wyszła na jasny korytarz zamku Trensicourt.
Podążała korytarzem, w jakimś kierunku. Nie przeszła kilku metrów, już miała mroczki. Kości ją bolały, jakby od wielu dni ich nie używała.
W rzeczywistości tak było.
Wyszła zza rogu i wpadła na strażnika. Zapytał się jej pospiesznie, i przytrzymał ją:
-Panno Rachel, co się stało? Powinna pani odpoczywać, niech pani wróci do pokoju. Jesteś jeszcze za słaba, żeby samodzielnie się poruszać.
Rachel chciała coś powiedzieć, jednak jej się nie udało. Gardło miała zaschnięte, nie potrafiła z siebie wydusić nawet jęku. Po prostu pokręciła głową, z trudem wyrwała się strażnikowi, i pomknęła przed siebie. W końcu się potknęła i przewróciła. Podparła się prawą ręką, w ramieniu nastąpiła fala bólu. Zacisnęła oczy, przypomniał się jej obraz drzewca strzały sterczącej z ramienia.
Żółć podeszła jej do gardła, wstała i poszła przed siebie.
Nareszcie trafiła na gabinet Gallorana. Przed drzwiami stał kolejny strażnik. Rachel wskazała ręką drzwi. Gdy strażnik nie odpowiedział, próbowała się dostać do drzwi. Odepchnął ją bez słowa. Zakręciło się jej w głowie. Uderzyła strażnika z całej siły za ucho. Stracił przytomność, upadł ciężko.
Rachel otworzyła drzwi i stanęła w progu. Za biurkiem siedział Galloran, podniósł wzrok na Rachel. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć. W końcu rzekł:
-Rachel. Obudziłaś się.
Dziewczyna kiwnęła głową, zamknęła drzwi i podeszła do biurka.
-Jak się czujesz? - Zapytał król.
Rachel pokręciła głową, wskazała swoje gardło. Galloran podał jej pergamin i pióro, rzekł:
-Napisz.
Rachel po chwili naskrobała kilka zdań:
Źle się czuję. Bardzo źle. Gdzie ta księga? Co z Jasonem? Co się stało?
Pisząc, dziewczyna spojrzała na swoje dłonie. Były biało-szare. A jej włosy były kruczoczarne. Dopisała na kartce:
Co się ze mną stało?!
Galloran odpowiedział natychmiast:
-Przez 3 tygodnie przekazywałem ci wszystkie niezbędne rzeczy do życia. Leczyli cię, ale to, co miałaś w ramieniu, to nie strzała. Tylko bełt z kuszy. Był zatruty. Co do księgi, także nie była zwyczajna. Pamiętasz Księgę, którą znalazł Jason? Tak samo z tą księgą. Tylko ta księga zmieniła również twój wygląd, nie bełt. Jason został wywieziony do niewoli, do pustynnej krainy Zaghary. Wysłałem już ludzi, żeby go odbić, ale wiele miesięcy potrwa, zanim go odnajdą. Powinnaś coś zjeść, napić się a następnie odpocząć.
-Mamo, co się ze mną stało? - Zapytała dziewczyna. - To nie jest zwyczajny sen.
Jej mama się uśmiechnęła.
-Jesteś na skraju życia i śmierci, Rachel. To nie tylko dzieje się w twoim umyśle. Nie mogę ci powiedzieć. Jestem martwa, tak jak twój tata, ale istnieje pewny sekret, którego nie mogę ci zdradzić.
-Dlaczego?
-Po prostu nie mogę. Kocham cię, nieważne co się stanie. A teraz się obudź.
I wszystko znikło.
***
Dziewczyna otworzyła gwałtownie oczy i szybko nabrała powietrza. Zaczęła pospiesznie mrugać i oddychać. Cały czas kręciło się jej w głowie.
Rachel leżała na łóżku, w ciemnym pomieszczeniu. Na początku niczego nie pamiętała ze swojego snu, lecz chwilę później wszystko sobie przypomniała. Przypomniały się też jej wszystkie zdarzenie sprzed jakiegoś czasu, na Północnych Rubieżach. Nie wiedziała gdzie jest księga.
Była odziana w szarą, zwykłą tunikę do kolan. Dziewczyna była cała spocona, ręce i nogi się jej trzęsły. Nie dość, że nie wiedziała gdzie była, dopadł ją przeolbrzymi głód. Wstała, nogi miała jak z waty, nie potrafiła ich podnieść. Zaczęła nimi szurać, w kierunku drzwi, których prawie nie widziała przez mrok. Drżącymi dłońmi otwarła je, wyszła na jasny korytarz zamku Trensicourt.
Podążała korytarzem, w jakimś kierunku. Nie przeszła kilku metrów, już miała mroczki. Kości ją bolały, jakby od wielu dni ich nie używała.
W rzeczywistości tak było.
Wyszła zza rogu i wpadła na strażnika. Zapytał się jej pospiesznie, i przytrzymał ją:
-Panno Rachel, co się stało? Powinna pani odpoczywać, niech pani wróci do pokoju. Jesteś jeszcze za słaba, żeby samodzielnie się poruszać.
Rachel chciała coś powiedzieć, jednak jej się nie udało. Gardło miała zaschnięte, nie potrafiła z siebie wydusić nawet jęku. Po prostu pokręciła głową, z trudem wyrwała się strażnikowi, i pomknęła przed siebie. W końcu się potknęła i przewróciła. Podparła się prawą ręką, w ramieniu nastąpiła fala bólu. Zacisnęła oczy, przypomniał się jej obraz drzewca strzały sterczącej z ramienia.
Żółć podeszła jej do gardła, wstała i poszła przed siebie.
Nareszcie trafiła na gabinet Gallorana. Przed drzwiami stał kolejny strażnik. Rachel wskazała ręką drzwi. Gdy strażnik nie odpowiedział, próbowała się dostać do drzwi. Odepchnął ją bez słowa. Zakręciło się jej w głowie. Uderzyła strażnika z całej siły za ucho. Stracił przytomność, upadł ciężko.
Rachel otworzyła drzwi i stanęła w progu. Za biurkiem siedział Galloran, podniósł wzrok na Rachel. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć. W końcu rzekł:
-Rachel. Obudziłaś się.
Dziewczyna kiwnęła głową, zamknęła drzwi i podeszła do biurka.
-Jak się czujesz? - Zapytał król.
Rachel pokręciła głową, wskazała swoje gardło. Galloran podał jej pergamin i pióro, rzekł:
-Napisz.
Rachel po chwili naskrobała kilka zdań:
Źle się czuję. Bardzo źle. Gdzie ta księga? Co z Jasonem? Co się stało?
Pisząc, dziewczyna spojrzała na swoje dłonie. Były biało-szare. A jej włosy były kruczoczarne. Dopisała na kartce:
Co się ze mną stało?!
Galloran odpowiedział natychmiast:
-Przez 3 tygodnie przekazywałem ci wszystkie niezbędne rzeczy do życia. Leczyli cię, ale to, co miałaś w ramieniu, to nie strzała. Tylko bełt z kuszy. Był zatruty. Co do księgi, także nie była zwyczajna. Pamiętasz Księgę, którą znalazł Jason? Tak samo z tą księgą. Tylko ta księga zmieniła również twój wygląd, nie bełt. Jason został wywieziony do niewoli, do pustynnej krainy Zaghary. Wysłałem już ludzi, żeby go odbić, ale wiele miesięcy potrwa, zanim go odnajdą. Powinnaś coś zjeść, napić się a następnie odpocząć.
środa, 2 kwietnia 2014
Rozdział 15
Rachel obudziła się gwałtownie. Leżała na drewnianej pryczy w swojej celi. Dotarł do niej zapach dymu. Wstała z jękiem i podeszła cicho do krat. Na korytarzu było ciemno i spokojnie. Lecz nikogo tam nie było. Po kilku minutach usłyszała krzyk strażnika, szczęk mieczy i upadające ciała. Co jest? - pomyślała. Z każdą minutą dym się zagęszczał, w końcu dotarł do jej celi. Kiedy zaczęła się krztusić, zaczęła bezradnie szarpać kraty. Krzyknęła kilka razy. Nagle usłyszała odgłosy szybkich kroków, zmierzających do jej celi. Wpadł tam Vharon i dwóch strażników.
-Szybko - mruknął Vharon. Strażnicy pociągnęli Rachel w stronę wyjścia.
-Co się dzieje? - Sapnęła Rachel.
Vharon i strażnicy milczeli. Prowadzili ją - a raczej ciągnęli - przez korytarze, do wyjścia. Gdy ujrzała światło dzienne zobaczyła wokół siebie chaos. Ludzie biegali, krzyczeli i robili wokół siebie harmider. Strażnicy prowadzili ją do jakiegoś budynku.
Tuż przed nimi wyrosnął Czatownik.
Mężczyźni zatrzymali się z otwartymi ustami. Vharon zaczął uciekać, aż wtopił się w tłum ludzi. Czatownik przeszył ciała strażników ostrymi mieczami. Padli w bezruchu. Rachel nie odzyskała w pełni sił, by kontaktować się telepatycznie, więc powiedziała do Czatownika:
-Muszę coś wziąć stąd. To ważne.
Po czym pomknęła do siedziby Vharona. Czatownik pobiegł za nią. Wpadła przez ciężkie drzwi do jego siedziby. Było tu kilka ludzi - strażników. Jeden chciał ją uderzyć, lecz umknęła mu. Sprintem pobiegła do biura Vharona, na drugim piętrze budynku. Drzwi były zamknięte. Strażnicy zbliżali się, Rachel zaryzykowała i wypowiedziała edomicką frazę otwierającą zamki. Udało jej się, ale dopadły ją takie zawroty głowy i mroczki, że cały świat stał się jedną, wielką plamą. Chwiejąc się doszła do biurka i zaczęła zrzucać pergaminy papieru i wiele innych rzeczy.
Szukała księgi, którą raz na oczy widziała, ukradkiem. Weszła wtedy do tego gabinetu by porozmawiać z Vharonem. Wtedy ją pospiesznie zamknął i odłożył w miejsce którego nie widziała.
Uderzyła się w skroń o róg stołu. Miejsce to zapulsowało bólem. Rachel szukała dalej.
I znalazła.
Książka była oprawiona w szarą skórę, na jej okładce widniało oko. Gdy tylko Rachel ją wzięła, poczuła dziwną energię.
Strażnicy wpadli z mieczami do pokoju. Była okrążona, za sobą miała wielkie okno. Pozostało jej ostatnie wyjście. Wdech. Nadal świat przed jej oczami był rozmazany, a może bardziej.
Wydech.
Z całej siły - jaka jej pozostała - skoczyła na brudną szybę, aby spaść z trzech metrów.
Rozbiła się na tysiące kawałków. Rachel - i kawałki szkła - spadły na ziemię. Przeszywający ból stóp rozszedł się po łydkach dziewczyny aż dotarł do kolan. Przez chwilę nie mogła się ruszać, stała a kałuży szkła. Jej twarz i odsłonięta skóra była zakrwawiona i poharatana od szkła. Na szczęście, jej oczy nie ucierpiały. Gdy chwilowy ból minął, pobiegła na przód, przez rozmazany świat. Biegła tak szybko, że już nie widziała ludzi i świata. Widziała jedną, wielką plamę. Adrenalina krążyła w jej żyłach, nie czuła kolki ani ran.
Po chwili ujrzała Czatownika, stał sto metrów od niej. Pobiegła w jego stronę i wtedy usłyszała krzyk:
-Łucznicy!
Strzały ze świstem przeszyły powietrze.
Jedna z nich trafiła Rachel.
Zatrzymała się gwałtownie. Z jej ramienia wystawało drzewce strzały.
Świat przed jej oczami stał się czerwony.
Później czarny.
A potem już nic.
-Szybko - mruknął Vharon. Strażnicy pociągnęli Rachel w stronę wyjścia.
-Co się dzieje? - Sapnęła Rachel.
Vharon i strażnicy milczeli. Prowadzili ją - a raczej ciągnęli - przez korytarze, do wyjścia. Gdy ujrzała światło dzienne zobaczyła wokół siebie chaos. Ludzie biegali, krzyczeli i robili wokół siebie harmider. Strażnicy prowadzili ją do jakiegoś budynku.
Tuż przed nimi wyrosnął Czatownik.
Mężczyźni zatrzymali się z otwartymi ustami. Vharon zaczął uciekać, aż wtopił się w tłum ludzi. Czatownik przeszył ciała strażników ostrymi mieczami. Padli w bezruchu. Rachel nie odzyskała w pełni sił, by kontaktować się telepatycznie, więc powiedziała do Czatownika:
-Muszę coś wziąć stąd. To ważne.
Po czym pomknęła do siedziby Vharona. Czatownik pobiegł za nią. Wpadła przez ciężkie drzwi do jego siedziby. Było tu kilka ludzi - strażników. Jeden chciał ją uderzyć, lecz umknęła mu. Sprintem pobiegła do biura Vharona, na drugim piętrze budynku. Drzwi były zamknięte. Strażnicy zbliżali się, Rachel zaryzykowała i wypowiedziała edomicką frazę otwierającą zamki. Udało jej się, ale dopadły ją takie zawroty głowy i mroczki, że cały świat stał się jedną, wielką plamą. Chwiejąc się doszła do biurka i zaczęła zrzucać pergaminy papieru i wiele innych rzeczy.
Szukała księgi, którą raz na oczy widziała, ukradkiem. Weszła wtedy do tego gabinetu by porozmawiać z Vharonem. Wtedy ją pospiesznie zamknął i odłożył w miejsce którego nie widziała.
Uderzyła się w skroń o róg stołu. Miejsce to zapulsowało bólem. Rachel szukała dalej.
I znalazła.
Książka była oprawiona w szarą skórę, na jej okładce widniało oko. Gdy tylko Rachel ją wzięła, poczuła dziwną energię.
Strażnicy wpadli z mieczami do pokoju. Była okrążona, za sobą miała wielkie okno. Pozostało jej ostatnie wyjście. Wdech. Nadal świat przed jej oczami był rozmazany, a może bardziej.
Wydech.
Z całej siły - jaka jej pozostała - skoczyła na brudną szybę, aby spaść z trzech metrów.
Rozbiła się na tysiące kawałków. Rachel - i kawałki szkła - spadły na ziemię. Przeszywający ból stóp rozszedł się po łydkach dziewczyny aż dotarł do kolan. Przez chwilę nie mogła się ruszać, stała a kałuży szkła. Jej twarz i odsłonięta skóra była zakrwawiona i poharatana od szkła. Na szczęście, jej oczy nie ucierpiały. Gdy chwilowy ból minął, pobiegła na przód, przez rozmazany świat. Biegła tak szybko, że już nie widziała ludzi i świata. Widziała jedną, wielką plamę. Adrenalina krążyła w jej żyłach, nie czuła kolki ani ran.
Po chwili ujrzała Czatownika, stał sto metrów od niej. Pobiegła w jego stronę i wtedy usłyszała krzyk:
-Łucznicy!
Strzały ze świstem przeszyły powietrze.
Jedna z nich trafiła Rachel.
Zatrzymała się gwałtownie. Z jej ramienia wystawało drzewce strzały.
Świat przed jej oczami stał się czerwony.
Później czarny.
A potem już nic.
wtorek, 1 kwietnia 2014
Rozdział 14
-Czego ode mnie oczekujesz? - Zapytała Rachel kilka dni później.
Odziana w czarny płaszcz wyglądała mrocznie. Vharon usiadł przy stole i odpowiedział:
-Dysponuję informacją. Informacją, która może odmienić wszystko.
-Jaką informacją? - Dopytywała się Rachel.
Przez cały czas miała ściśnięte gardło. Fakt, że zdradziła Gallorana by uratować Jasona nie dawał jej spokoju.
-Jak widzisz - Vharon odchrząknął - Czatownicy są z innego Poza, prawda?
-Prawda.
-Tak więc są jeszcze inne Poza. Na przykład twoje, ale nigdy nie zrozumiem jak tu wróciłaś. Mniejsza o to, inne Poza są zamknięte dla nas. Są to różne światy, jedne puste, jedne pełne. Nikt tego nie zrozumie.
-Aha. Ale jaka jest ta informacja?
Vharon milczał przez długą chwilę. W końcu odparł:
-Jesteś bardzo ciekawska. Skąd mam wiedzieć, że gdy tylko odzyskasz możliwość wypowiadania fraz edomickich, to nie uciekniesz i nie przekażesz wszystkiemu Galloranowi?
Tym razem Rachel milczała. Vharon kontynuował:
-Masz skłonności zdradzieckie. Widzę to po tobie i twoich oczach.
Rachel wzruszyła ramionami.
-Kiedy tępiliśmy twoich rozproszonych szczurów, pojmaliście mnie i Jasona. Nie darzę was szacunkiem a przede wszystkim zaufaniem.
Twarz Vharona pociemniała od gniewu.
-W takim razie, dlaczego do nas dołączyłaś?! - Warknął Vharon.
-Żeby uratować Jasona. Proste. Gdybyś mnie nie zaszantażował, to bym nigdy się z wami nie sprzymierzyła.
-A niech cię...! - Zaczął Vharon ale Rachel przerwała beznamiętnie:
-A co ty sobie myślałeś? I tak ci nie pomogę. Wolę gnić w lochach niż ci pomagać. Nie masz takich zdolności, żeby mnie kontrolować.
Tym razem to Rachel się uśmiechnęła.
-Hm.. Skoro wolisz gnić w lochach to proszę bardzo. - Vharon się uśmiechnął - Strażnicy! Do lochów ją!
Mężczyźni pilnujący budynku weszli do niego. Bezlitośnie zerwali dziewczynę z krzesła i pociągnęli ją do wyjścia. Rachel się nie szarpała. Uśmiechała się złowieszczo.
***
Popchnęli Rachel do ciemnej celi. Była brudna, wilgotna i śmierdząca. Drzwi-kraty zamknęły się ze zgrzytem. Rachel została sama.
***
Tygodnie mijały, a grupa, która miała odbić Rachel i Jasona przejeżdżała już przez góry. Dzień za dniem przebywali kolejne staje. W końcu wyłonili się z zimnej zasłony drzew. Tak jak kilka tygodni temu Rachel, Jason i Szarzy Jeźdźcy podjechali do wzgórza, tak samo uczynili oni. Zatrzymali się gwałtownie przy skraju ciemnej skały - nie wzgórza. Ujrzeli miasto otoczone wielkimi górami.
-Czatownicy - zaczęła Angela - wiecie co robić. Tylko nie hałasujcie za bardzo.
Torivorowie pomknęli przed siebie.
Odziana w czarny płaszcz wyglądała mrocznie. Vharon usiadł przy stole i odpowiedział:
-Dysponuję informacją. Informacją, która może odmienić wszystko.
-Jaką informacją? - Dopytywała się Rachel.
Przez cały czas miała ściśnięte gardło. Fakt, że zdradziła Gallorana by uratować Jasona nie dawał jej spokoju.
-Jak widzisz - Vharon odchrząknął - Czatownicy są z innego Poza, prawda?
-Prawda.
-Tak więc są jeszcze inne Poza. Na przykład twoje, ale nigdy nie zrozumiem jak tu wróciłaś. Mniejsza o to, inne Poza są zamknięte dla nas. Są to różne światy, jedne puste, jedne pełne. Nikt tego nie zrozumie.
-Aha. Ale jaka jest ta informacja?
Vharon milczał przez długą chwilę. W końcu odparł:
-Jesteś bardzo ciekawska. Skąd mam wiedzieć, że gdy tylko odzyskasz możliwość wypowiadania fraz edomickich, to nie uciekniesz i nie przekażesz wszystkiemu Galloranowi?
Tym razem Rachel milczała. Vharon kontynuował:
-Masz skłonności zdradzieckie. Widzę to po tobie i twoich oczach.
Rachel wzruszyła ramionami.
-Kiedy tępiliśmy twoich rozproszonych szczurów, pojmaliście mnie i Jasona. Nie darzę was szacunkiem a przede wszystkim zaufaniem.
Twarz Vharona pociemniała od gniewu.
-W takim razie, dlaczego do nas dołączyłaś?! - Warknął Vharon.
-Żeby uratować Jasona. Proste. Gdybyś mnie nie zaszantażował, to bym nigdy się z wami nie sprzymierzyła.
-A niech cię...! - Zaczął Vharon ale Rachel przerwała beznamiętnie:
-A co ty sobie myślałeś? I tak ci nie pomogę. Wolę gnić w lochach niż ci pomagać. Nie masz takich zdolności, żeby mnie kontrolować.
Tym razem to Rachel się uśmiechnęła.
-Hm.. Skoro wolisz gnić w lochach to proszę bardzo. - Vharon się uśmiechnął - Strażnicy! Do lochów ją!
Mężczyźni pilnujący budynku weszli do niego. Bezlitośnie zerwali dziewczynę z krzesła i pociągnęli ją do wyjścia. Rachel się nie szarpała. Uśmiechała się złowieszczo.
***
Popchnęli Rachel do ciemnej celi. Była brudna, wilgotna i śmierdząca. Drzwi-kraty zamknęły się ze zgrzytem. Rachel została sama.
***
Tygodnie mijały, a grupa, która miała odbić Rachel i Jasona przejeżdżała już przez góry. Dzień za dniem przebywali kolejne staje. W końcu wyłonili się z zimnej zasłony drzew. Tak jak kilka tygodni temu Rachel, Jason i Szarzy Jeźdźcy podjechali do wzgórza, tak samo uczynili oni. Zatrzymali się gwałtownie przy skraju ciemnej skały - nie wzgórza. Ujrzeli miasto otoczone wielkimi górami.
-Czatownicy - zaczęła Angela - wiecie co robić. Tylko nie hałasujcie za bardzo.
Torivorowie pomknęli przed siebie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


