środa, 10 grudnia 2014

Działaj lub giń. Rozdział 13 cz.2

                                                                           *Rachel*

Mówiłam kiedyś, że kocham kawiarnię Starbucksa? Dawniej, przed wypadkiem moich rodziców często przychodziłam do najbliższej i siedziałam tam z przyjaciółką. Więc, kiedy weszliśmy do pomieszczenia, pachniało nie tylko kawą ale i domem.
No właśnie, przyjaciółka. Byłam taka samolubna, że nawet nie pomyślałam co z Mary. A przyjaźniłyśmy się naprawdę długo. Gdyby to ona zniknęła, chciałabym pomóc w poszukiwaniach. Czy ona zrobiła to samo? Pewnie tak. Może nadarzy się okazja, aby ją odwiedzić. 
Teraz jechaliśmy pociągiem. Trasa prowadziła z Richmond. Później mieliśmy wysiąść w Waszyngtonie, i stamtąd lecieć samolotem do Nowego Jorku. 
Pociąg na szczęście był nowoczesny i mieliśmy własny przedział. Jechaliśmy dopiero niecałą godzinę, a ja już zaczęłam się nudzić. Zapytałam więc Logana:
-Jak wygląda szkolenie w Veilleurson?
Napił się wody z butelki i odwrócił się do mnie.
-Treningi, treningi, trochę wykładów i treningi. Polegają na bieganiu aż zemdlejesz i na rzucaniu sztyletami aż obetrzesz sobie rękę do krwi. Trochę sztuki walki wręcz, czyli bijesz się do nieprzytomności. Wykłady są ogólnie o Veilleurson, edomickim i o różnych Poza. - Uśmiechnął się złośliwie. - Już wiesz, czemu nie chciałem, abyś dołączała? 
Milczałam. Milczałam, co go jedynie bardziej zdenerwowało. Zacisnął usta, wstał i mruknął:
-Zaraz wracam.
Jason spojrzał na mnie bezradnie. Kilka godzin później zaczął mnie dopadać sen. Zasnęłam oparta o ramię Jasona.

Znowu ten sam dom, co śnił mi się kilka dni temu. Amber Woodruff stała przede mną z posępną miną. Ręce zaczęły mi drżeć.
-Powinniście udać się najpierw do Chicago, nie do Nowego Jorku - mruknęła - błąd. Wielki błąd. Słudzy Maldora są w drodze do Illinois. Nie zdążycie, jeśli nie udacie się do Chicago.
-Sami? Sługi Maldora są bardzo wyszkolone. - Odparłam i spojrzałam w jej czarne oczy.
-Nie będę długo mogła utrzymywać naszyjnika w tajemnicy. W Veilleurson aż roi się od zdrajców. Ci, którzy będą chcieli wam pomóc, mogą się okazać zdrajcami. - Jej głos brzmiał jak krzyk.
-Logan powiedział, że ma zaufanych ludzi - starałam się zachować spokój.
-Zastanów się, czy warto mu ufać. Podczas twojej wędrówki, kiedy byłaś młodsza też napotkałaś zdrajców. A byli to ci, których kochałaś. Miłość nas niszczy, Rachel. Wiem to z doświadczenia. Miłość to największy błąd w życiu tych, którzy chcą walczyć do końca. Ukochane osoby wpływają na nasze wybory i czyny. Dlatego Maldor jest zawsze dwa kroki przed nami. Nie pozwól, by cię to zniszczyło. 
-Ktoś cię zdradził, prawda? - zapytałam podchodząc bliżej.
-Przez tą osobę, zdradziłam mojego męża, którego naprawdę kochałam. Ta osoba powstrzymała mnie przed unicestwieniem Maldora. 
-To był Gustaw? To był Gustaw, prawda?
Kobieta-widmo milczała.
-Pospiesz się, Rachel - szepnęła. 

Kiedy znów się obudziłam, był środek nocy. Przetarłam oczy. "Miłość nas niszczy, Rachel. Wiem to z doświadczenia. Miłość to największy błąd w życiu tych, którzy chcą walczyć do końca." Co miała na myśli? Że mam nikogo nie kochać? 
Podniosłam się do pionu. Po mojej prawej drzemał Jason a przeciwko Logan. A koło niego siedziała jakaś sylwetka. Zakryłam usta, żeby nie pisnąć. 
-K-kim ty jesteś? - zapytałam szeptem.
Nieznajomy uniósł wzrok z nad jakiegoś dziennika. Miał szare oczy i ciemne, kręcone włosy. Uśmiechnął się drapieżnie i odłożył dziennik. Przekrzywił lekko głowę w prawo.
-Nie przedstawisz się? - zapytał.
-Czekam na pana. - Mruknęłam.
-Dobrze - oznajmił - miło mi cię poznać, Rachel. Nazywam się Barton Woodruff. Kojarzysz? 

_______________________________________________________________________
Oto druga część rozdziału. Wiem, krótka itp., ale wkrótce napiszę dłuuuuuuuugiego posta (czyt. dodatkowy rozdział) o historii Amber Woodruff. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni :)

niedziela, 7 grudnia 2014

Działaj lub giń. Rozdział 13 cz.1

-Temperatura ochłodzi się, na północy pojawią się pierwsze opady śniegu, we wschodnim stanie Montana mieszkańców czeka gołoledź...  
Po raz kolejny zmieniłam stację. 
-Rząd zdaniem radnych schodzi na złą drogę... 
Uderzyłam ręką w radio wyłączając je. Jęknęłam:
-Dlaczego na każdej stacji radiowej muszą paplać o polityce i temperaturze? - przeczesałam ręką włosy i wyjrzałam przez okno. - Gdzie my w ogóle jesteśmy? 
-Zaraz będziemy w Richmond. - Odparł Logan i zjechał na lewy pas.
-Jakoś go tu nie widzę. - Mruknęłam.
Sięgnęłam do plastikowego pudełka wciśniętego pomiędzy fotelami. Opakowanie było porysowane i lekko zniszczone. Otwarłam je i znalazłam trzy, srebrne płyty. Ponownie odpaliłam radio samochodowe i gdy tylko chciałam włożyć płytę do napędu, Logan mnie powstrzymał.
-Poczekaj - powiedział i ze skupieniem zaczął naciskać przyciski. Odwróciłam się do Jasona, który leżał i wyraźnie się nudził. Uniosłam brwi.
-Jason, wróciłeś do domu a ty śpisz?
-Moim domem jest Lyrian - westchnął i się wyprostował - ale chciałbym zajrzeć do rodziny. Wiem, że to niemożliwe, ale jestem strasznie ciekawy.
Rozumiałam go. Chciałabym powiedzieć to samo, ale moi rodzice byli martwi. Kiedy się odwróciłam z powrotem, na radiu pisało "Veilleurson". 
-Macie własną stację radiową? - zapytałam z niedowierzaniem.
-Yhm. - Kiwnął głową.
-Ostateczną europejską siedzibą Veilleurson został Rzym. Przeniesienie z Norwegii do Włoch będzie wymagało czasu,  lecz po ostatnich wydarzeniach siedziba nie nadaje się do dalszego użytku. - Rozbrzmiał po całym samochodzie aksamitny głos jakiejś kobiety. 
-Co się stało? - zapytałam.
-Zalało - roześmiał się - ta organizacja spada na psy.
Uniosłam z niedowierzaniem brwi.

                                                                            ***
W tym samym czasie, Nowy Jork, siedziba Amerykańskiego Veilleurson.

                                        *Przywódca Rady Zachodu Veilleurson, Henrick Grendale*

Po raz kolejny tego dnia obejrzałem się za ramię. Ciągle czułem, że ktoś mnie śledzi i obserwuje. Niestety, byłem już stary, na tyle stary, że zmysły mąciły człowiekowi w głowie. Mruknąłem coś pod nosem i wspiąłem się po kamiennych schodach.
Jak się okazało Augustus - czy jak mówili inni - Gus, czekał na mnie w moim gabinecie. Siedział z założonymi rękami i wbijał we mnie wzrok.
-Witaj, Henricku - powiedział ze zmrużonymi oczami.
-Chciałeś ze mną porozmawiać - powiedziałem i usiadłem w swoim fotelu - o czym?
-Wiesz, czasami, kiedy dobro nie istnieje, trzeba wybrać mniejsze zło. - Westchnął Gus.
-To chyba popełniłeś błąd, wybierając większe zło - odparłem oschle.
Nie ufałem temu człowiekowi. Był zły do szpiku kości.
-I właśnie o to chodzi - uśmiechnął się szatańsko - nie ma większego i mniejszego zła. Jest po prostu zło.
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Obojętnie, którą stronę ludzie wybiorą, umrą.
-Od kiedy ciebie i Maldora interesuje życie ludzi? Ludzie na wojnie zawsze umierali - zmrużyłem oczy.
-Nie musimy toczyć wojny - uśmiechnął się.
-Przestań mieszać mi w głowie. O co ci chodzi?
-Maldor chce pokoju, a nie wojny. Zarządza rokowań.
-I co? - wstałem od biurka zirytowany - myślisz, że nikt nie zrozumie, że to pułapka?
-To będą pokojowe rokowania - zachował spokój.
-Nie. Nie będą. Na miłość boską, nikt nie będzie tutaj ufał Maldorowi. Ten człowiek tylko chce namieszać w systemie. Ba, już namieszał. Przez niego nasza organizacja trwająca od trzystu lat została podzielona.
-Doskonale wiesz, która strona odniesie sukces sprzymierzając się z Maldorem.
Uderzyłem otwartą dłonią w drewno.
-Dość! - tego było za wiele. - Nie jestem głupcem, i Galloran także nim nie jest.
_________________________________________________________
Ponieważ ostatnio miałam niewiele czasu, rozdział został podzielony na dwie części :)


poniedziałek, 24 listopada 2014

Ważna informacja!

Musiałam to w końcu napisać ale... jeśli czytacie, komentujcie. To dla mnie bardzo ważne - wtedy wiem, że ktoś naprawdę to czyta a nie tylko wchodzi i zalicza mi jako wyświetlenie.
21 listopada blog miał ponad 50 wyświetleń. Ostatnio komentują tylko dwie osoby, czasami tylko jedna (bardzo im dziękuję, że czytają i komentują, jesteście super! ) ale na skalę wyświetleń to bardzo mało. 
 Dlatego proszę: czytasz? skomentuj. 
Dla mnie bardzo ważna jest opinia innych. Wiem, że popełniam mnóstwo błędów, może niektórym coś nie pasuje. Jestem otwarta na wszelkie propozycje odnośnie bloga. Czy to wygląd, fabuła, cokolwiek - macie pomysły, to piszcie. 
Mam nadzieję, że przypadkiem post nikogo nie uraził.

Miłego czytania.
Pozdrawiam, Nevanlyn. 

PS. Przeczytałeś/aś? Dodaj komentarz :)  



niedziela, 23 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 12

Dokończyłam edomicką frazę i spojrzałam w lustro by ocenić efekty. Nie musiałam się bardzo zmieniać - z resztą kto by zapamiętał idealnie detale mojej twarzy? Zmieniłam włosy - z kasztanowych do ramion  na ciemno brązowe do łopatek. Zmieniłam też kolor oczów - zamiast brązowych pojawiły się szaro-zielone.
Wyjrzałam zza okno. Była już noc, a mi się kleiły powieki. Zdmuchnęłam świecę i położyłam się na łóżku. Przykryłam się kołdrą i zapadłam w sen.

-Rachel! - usłyszałam jakiś kobiecy głos.
Rozejrzałam się. Stałam w jakimś staroświeckim, eleganckim domu. Zdawał się być opuszczony.
-Rachel! - ktoś panikował.
-Halo?! - zawołałam. - Jest tu kto?
Usłyszałam skrzypienie desek.
-Tutaj... - szepnął ktoś.
Skrzyżowałam ramiona.
-To nie jest śmieszne!
Nagle przede mną stanęła kobieta. Wyglądała jak duch - była cała biała i lekko przezroczysta. Długa suknia była brudna i podarta. W brzuchu miała nóż, z rany lała się czarna krew.
Chciałam uciec. To, co przede mną stało nie było człowiekiem ani niczym dobrym.
-Zaczekaj - tajemnicza istota chwyciła mnie za rękę - musisz mnie wysłuchać. Nie zrobię ci krzywdy.
-Kim jesteś? - zapytałam.
-Mam na imię Amber Woodruff. - Oznajmiła i uśmiechnęła się.
-Mam tak na nazwisko - powiedziałam powoli.
-Jestem twoją praprababką. Ty... musisz mnie wysłuchać.
Zamrugałam i zacisnęłam zęby.
-Słucham.
-W 1868 roku odkryłam jedną możliwość pokonania Maldora. W twoim... naszym Poza istnieje przedmiot, który aktywuje edomicki. Veilleurson go ma. Jest to mój naszyjnik, który zaklęłam do tej czynności. Człowiek, który dźgnął cię na ślubie twojej przyjaciółki miał na imię Gus. Znałam go. Mówił, że mi pomaga, ale mnie zdradził. Współpracował z Maldorem,  przed śmiercią to odkryłam. Stworzyłam kopię naszyjnika i dałam ją mojemu mężowi, Bartonowi. Oryginalny naszyjnik znajduje się w Chicago, w Stanach Zjednoczonych. Wiem, że chcesz dołączyć do veilleurów. Musisz znaleźć naszyjnik. Jest schowany z moimi dziennikami, w których wszystko jest opisane, w tym domu. Chodź. Pokażę ci.
Słuchałam jak oczarowana i poszłam za kobietą. Weszła na drugie piętro i otwarła jakieś drzwi. W środku znajdowała się elegancka sypialnia. Amber Woodruff podeszła do kredensu i otwarła szufladkę. Wyciągnęła z niej jakieś pudełko i je otwarła.
Zajrzałam do środka. Znajdowały się w nim jakieś stare dzienniki i srebrny naszyjnik z różą.
-To on. - Oznajmiła. - Musisz go znaleźć. Zawarte jest w nim zaklęcie... tak jakby... Słowo. Słowo niszczące Maldora. Obserwowałam cię cały czas. Wiem, że szukałaś Słowa, ale ono zniszczyło Orrucka. 
Pokiwałam głową.
-Żeby zniszczyć Maldora raz na zawsze musisz znaleźć ten naszyjnik, uaktywnić jego magię i wypowiedzieć następujące słowa: "Prehostivanore". Bez wisiorka one nie zadziałają. Ja... nie zdążyłam tego zrobić. Mogę ci tylko życzyć powodzenia. Wrogowie już o tym wiedzą. Musisz się pospieszyć. Może spotkasz mnie w następnym śnie. A teraz... obudź się. 


                                                                       ***
-Nie wiem! Po prostu... pojawiła się w moim śnie i mi to powiedziała. - Powiedziałam po raz kolejny.
Kiedy się obudziłam pobiegłam prosto do Gallorana. On zwołał najbardziej zaufanych ludzi - Nicholasa, swojego doradcę, Jasona i Logana.
-Przeanalizujmy to od nowa. Pojawiła się w twoim śnie, i powiedziała ci jak zniszczyć Maldora. - Powiedział Logan. - Mówiła coś jeszcze?
-Hm.. wspominała o Anthonym. On mnie dźgnął. Tak naprawdę ma na imię Gus. Powiedział mi jak ma na imię, ale uznałam to za nie istotne.
Zapanowała cisza. Galloran odchrząknął.
-To jest bardzo istotne! - jęknął Logan. - Jest veilleurem po stronie Maldora.
-Co?! - odezwały się na raz cztery głosy.
-To wszystko zmienia - powiedział czarnowłosy Logan - on jest cholernie niebezpieczny. Taki pupilek rady. Musimy się jak najszybciej przenieść. Duch z twojego snu sam powiedział, że mamy się pospieszyć. Więc... nadszedł już czas. Musimy to zrobić.
Galloran zacisnął usta.
-Rób co do ciebie należy - powiedział.
Logan nabrał powietrza.
-Chwyćcie mnie za ręce - polecił mnie i Jasonowi.
Wykonaliśmy polecenie.
-Skupcie się. - Mruknął.
Zaczął mówić jakąś zupełnie nieznaną mi frazę. Zmarszczyłam brwi, ale miałam się skupić. Zamknęłam oczy i odetchnęłam. Rozumiałam edomicki. Gdyby przełożyć to na nasz język brzmiało by to "Do innego Poza".
Zanim zorientowałam się co się stało, nagle coś się zmieniło.

                                                                                  ***
Komnata zniknęła. Zamiast kamiennych płytek na podłodze, czułam, że stałam w polu. Otworzyłam oczy. Koło mnie stali Jason i Logan, zdezorientowani tak jak ja. Zboża muskały moje ramiona i tułów. Było ciepło, powoli wschodziło słońce. Powietrze było na pewno inne.
-Gdzie nas przywiało? - zapytał Jason.
Wymamrotałam frazę, ale zabrzmiała ona jak bezsensowny bełkot. Byliśmy w moim Poza.
W naszym Poza.
Logan pokręcił głową i wzruszył ramionami. Pole było ogromne, różniło się od tego, w którym wylądowałam gdy wróciłam z Poza po raz pierwszy. Nie dostrzegłam nigdzie żadnych ludzi ani domostw.
-Uprawy rolne. W promieniu 10 kilometrów musi być jakieś gospodarstwo. - Powiedział Logan i ruszył przez wysokie zboża.
Dobry Boże, wróciłam do domu. Zerknęłam na nasze ubrania. Nie powinny być dla innych ludzi dziwne - wszyscy mieliśmy zwyczajne spodnie i koszule, która była na mnie za duża, a nogawki musiałam podwinąć aż trzy razy.
-Tam! - zawołał Logan i wskazał ręką jakiś obiekt, kilometr od nas.
Stał tam niewielki dom z zagrodą i stodołą. Pobiegliśmy w tamtą stronę. Ostre liście cięły mi ramiona i policzki. Starałam się dogonić Logana, ale biegł bardzo szybko. Potykałam się o różne kamienie, i modliłam się, aby w trawie nie było żadnych żmii i węży.
Pole się skończyło, ja byłam cała zdyszana. Domostwo nie wyglądało na bogate. Było całe drewniane, wokół były drzewa. Weszliśmy na ganek i Jason zastukał w drzwi.
Cisza.
Odczekaliśmy kilka sekund, minut.
-Halo? - zawołał Logan i ponownie zastukał.
Żadnej odpowiedzi. Czarnowłosy otworzył drzwi, które ku mojemu zdumieniu - były otwarte.
-Jest tu kto?
Znów nikt nie odpowiedział. Weszliśmy do środka. Wnętrze było zwyczajne, niczym nie wyróżniające się. Przeszliśmy przed przedpokój i wkroczyliśmy do salonu.
Był cały zalany krwią.
Na podłodze leżała jakaś starsza kobieta i mężczyzna. Mieli poderżnięte gardła. Zatkałam dłonią twarz, aby nie krzyknąć. To był koszmarny widok. Przytrzymałam się ściany, nagle zaczęło  mi się kręcić w głowie i żółć podeszła mi do gardła. Boże.
-Ktoś tu był. - Powiedział ponuro Jason i Logan pokiwał głową.
W milczeniu podszedł do zwłok i dotknął ich skóry. Przeszły mnie dreszcze.
-To się stało niedawno. Ich skóra jest jeszcze ciepła. - Podniósł się z kucek i przeszedł po pokoju. - Znajdźcie jakieś ubrania, pieniądze. Musimy się stąd wydostać.
Poszłam w stronę pomieszczenia kuchennego. Na stole były dwa kubki niedopitej kawy i gazeta. Wzięłam ją do ręki i przeczytałam napis na stronie tytułowej:
"Moje Richmond" 
Zawołałam do moich towarzyszy:
-Jesteśmy chyba na obrzeżach Richmond - zamknęłam gazetę - w Wirginii.
Logan coś mruknął i zasunął szufladę.
-Masz jakiś pomysł gdzie trzymają pieniądze? - zawołał Jason.
Zamyśliłam się. Otworzyłam szafkę kuchenną. Talerze, kubki i... 200 dolarów w banknotach.
-Chyba mamy gotówkę! - zawołałam i wzięłam pieniądze.
Popędziłam na drugie piętro i otworzyłam pierwsze lepsze drzwi. Okazało się, że to łazienka. Zamknęłam drzwi i otwarłam inne - sypialnia. Weszłam do schludnego pokoju i podeszłam do brązowej szafy. Wisiały tam różne sukienki, płaszcze i buty. W komodzie znalazłam luźną, białą bluzkę mniej więcej w moim rozmiarze i szare, znoszone jeansy. Wciągnęłam na siebie te ubrania i z ulgą stwierdziłam, że nie muszę podwijać nogawek. Wygrzebałam jeszcze zielony sweter i wyszłam z pokoju. Zbiegłam po schodach na dół. Logan i Jason również byli przebrani.
-Gotowi? - zapytał Logan.
Skinęliśmy głową. Chcieli już wyjść, kiedy ich zatrzymałam:
-Policja dowie się o nich. Jak znajdą nasze odciski palców, to jak to wytłumaczymy?
Zapanowała cisza.
-Znajdź kluczyki, widziałam jakiś samochód na dworze - powiedziałam Jasonowi.
Podeszłam do kuchenki gazowej. Odkręciłam gaz.
-Masz kluczyki?! - zapytałam.
-Tak!
Na stole znajdowały się zapałki. Otworzyłam opakowanie i wzięłam jedną. Otarłam czubek zapałki o opakowanie i pojawił się płomień.
-Biegnijcie! - krzyknęłam, rzuciłam zapałkę na dywan, który natychmiast zajął się ogniem i sama pobiegłam do drzwi.
Jason i Logan biegli już w stronę zielonej terenówki. Podbiegłam od strony pasażera i wskoczyłam do samochodu. Logan zajął miejsce z przodu, Jason z tyłu. Chłopak włożył kluczyki to stacyjki i samochód ożył. Obejrzałam się w stronę domostwa - z okien unosił się dym. Nagle dach się zapadł.
-Jedź! - krzyknęłam i ten wcisnął pełny gaz.
Terenówką szarpnęło, i rzuciła się do przodu. Oddalaliśmy się od płonącego domu. I nagle usłyszeliśmy huk. Dom wybuchnął, wszędzie były płomienie, dach i deski wyrzuciło w górę.
Nam nic się nie stało.
Odetchnęłam z ulgą i oparłam się. Wyjrzałam zza okno - mijaliśmy pole, słońce wisiało już nad horyzontem.
-Co teraz? - zapytałam.
-Musimy dotrzeć do centrum Richmond. Uzupełnić zapasy i kupić bilety na pociąg. Tak będzie najszybciej. Potem do Nowego Jorku. Tam znajduje się siedziba Veilleurson.
-A co z Chicago i naszyjnikiem Amber?
Chłopak pokręcił głową.
-Nie wiem. Nie wszyscy veilleur są źli. Mam kilka zaufanych znajomych. Pomogą nam zdobyć naszyjnik.

sobota, 22 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 11

Po powrocie do Trensicourt każdego dnia zastanawiałam się - czy to był dobry wybór?
Wybrałam dołączenie do jakiejś organizacji, o której nie miałam zielonego pojęcia. Co jeśli Logan miał rację? Co jeśli Veilleurson chce mnie po prosu wykorzystać? Pomysł dołączenia tam incognito był dobry, lecz... Nie wiem, może będzie jakaś luka w naszym planie? Logan twierdził, że veilleurowie są wyszkoleni i zabójczo niebezpieczni.
No właśnie, jest jeszcze Logan. O nim też nic nie wiem. Zjawił się tu tylko po to, aby zaproponować dołączenie do Veilleurson. A może tylko mnie pilnował? Dlaczego zwlekał tak długo? Czemu pojawił się dopiero wtedy, kiedy umierałam?
-Myślę, że masz prawo podejmować własne decyzje. - Stwierdził, kiedy pewnego dnia przechadzaliśmy się po ogrodach Trensicourt. - Ale nigdy tam nie byłaś. Veilleurson... rządzi wszystkim.
-A dlaczego ty dołączyłeś? - zapytałam.
Przez chwilę czasu się zastanawiał, lecz doczekałam się odpowiedzi:
-Nie tylko ty jedyna chcesz raz na zawsze zabić Maldora. Zabił moich rodziców, dwie siostry i brata.
Zatrzymałam się gwałtownie.
-O Boże, tak mi przykro...
-To nie twoja wina. - Machnął ręką. - I tak za nimi bardzo nie tęsknię. Traktowali mnie... no cóż tu ukrywać, źle. Ale radzę sobie. I oto chodzi w życiu: przetrwać wszelkie przeciwności losu i iść dalej, naprzód. Jakbym stanął w miejscu choć na chwilę, w życiu bym się nie ruszył.
Skinęłam głową.
-Kiedy tam wyruszymy? - zapytałam. - W ogóle.. to daleko?
-W tym Poza nie ma już siedziby naszej organizacji.
-Co? Dlaczego? - zmarszczyłam brwi. - Przeniesiemy się do innego Poza?
-Tak, przeniesiemy się do twojego Poza.
-Chcesz mi powiedzieć, że wracam do domu? - zapytałam z niedowierzaniem.
-I to jeszcze w prawidłowym czasie - klasnął w dłonie i uśmiechnął się do mnie. - W jakim roku wróciłaś tutaj?
-2019... chyba. - Odparłam niepewnie.
-No widzisz. Tu minął rok, tam minął rok. Więc wrócisz w...
-2020! - krzyknęłam uradowana. - Logan, to wspaniale, wreszcie wrócę do domu. Byłeś tam?
-To znaczy gdzie? - mrugnął do mnie.
-W moim Poza.
-I to nie raz. Mieszkałem tam nawet. W Stanach Zjednoczonych. Chicago... - ostatnie słowo powiedział rozmarzonym tonem. - Jest tam znacznie lepiej niż tu. Ale tam nie ma edomickiego.
-Bez edomickiego da się żyć, gdy nie jest potrzebny. - Powiedziałam.

                                                                         ***
Kiedy wróciłam do swojej komnaty ogarnęło mnie poczucie... bezpieczeństwa. Pchnęłam drzwi i weszłam do niewielkiego, przytulnego pokoju. Otwarłam kredens, w którym leżał mój plecak, ten sam, który wzięłam z mojego świata. Był już zakurzony - w środku znalazłam rozładowanego IPhone. Czy mogłabym go naładować... frazą? Miałam ochotę się roześmiać. Wymamrotałam prostą frazę i telefon ożył. Uniosłam brwi i weszłam w menu. Telefon pokazywał datę 20 września 2019 roku, a godzinę 03:19. Weszłam w "wiadomości". Zjechałam na dół i kliknęłam w zakładkę "mama". Ostatnia wiadomość brzmiała tak:
"Cześć, jedziemy już do ciotki. Wrócimy około 21:00. Kocham cię, mama." 
Doskonale pamiętałam tą wiadomość. Wysłała mi ją matka przed wypadkiem samochodowym moich rodziców, którzy zginęli. Miałam ochotę płakać, ale wiedziałam, że to niemożliwe. Wypłakałam już wszystkie moje łzy.
Wstałam i skrzywiłam się. Mimo tego, że rana brzucha nie była już dla mnie zagrożeniem, wciąż bolała. Ktoś zapukał do drzwi. Podeszłam do nich szybkim krokiem i je otworzyłam.
-Cześć - powiedział Jason.
-Hej... właśnie chciałam z tobą pogadać. Wejdź.
Odsunęłam się, aby zrobić mu przejście. Zamknęłam ciężkie drzwi. Usiedliśmy na fotelach.
-Więc jak się czujesz? - zapytał niepewnie.
-Dobrze, chociaż czasami pobolewa. - Wzruszyłam ramionami. - Wszystko będzie dobrze.
W okno zaczęło coś stukać - deszcz. Ciemne chmury zawisły nad Trensicourt. Błysnęło i rozległ się głośny grzmot.
-Chciałabym się o coś ciebie zapytać. - Powiedziałam. - Nie znam Logana dobrze. Powiedział mi, że baza Veilleurson znajduje się w naszym Poza... i wiem, że to również twój dom i byłoby to egoistyczne z mojej strony nie proponując ci udać się tam ze mną.
Jason zamrugał.
-Rachel, ja... nie wiem czy mogę. Tobie zaproponowano dołączenie do tej organizacji, nie mnie.
-I co z tego? - zapytałam ze zmrużonymi oczami. - Nie chciałbyś wrócić na trochę do domu? Poza tym... Przecież również jesteś Pozaświatowcą, takim jak ja. Jason proszę...
Chłopak westchnął.
-Dobra. Ale jak będą się pytać, kim ja jestem i co tam robię to ty bierzesz winę na siebie.
-Nie ma sprawy. - Uśmiechnęłam się. - Dziękuję ci.

Minęły dwa tygodnie a wszystko przemijało tak jak zawsze - codziennie narady, nowe propozycje i przemyślenia. Można powiedzieć, że wszystko było w porządku. Mieszkańcy królestwa byli spokojniejsi, bardziej szczęśliwi. Powoli zbliżała się jesień - świadczyły o tym kolorowe liście na drzewach i chłodniejsza,  bardziej kapryśna pogoda. Czasami świeciło słońce i było ciepło - a czasami padał deszcz i niemiłosiernie wiało.
Na naradach panowało napięcie. Przecież atak Maldora mógł nastąpić w każdej chwili, a królestwo było niechronione, teraz, gdy mieszkańcy się odprężyli. Żołnierze ćwiczyli codziennie, z każdym dniem zwiększali swoje umiejętności. Czasami przechodziłam obok nich i oglądałam treningi. Tyle młodych ludzi, a tylu mogło nie przeżyć. Logan zaakceptował mój pomysł z dołączeniem Jasona. Chociaż nie był zbyt ucieszony, zrozumiał moją decyzję.
Ja również trenowałam. Codziennie biegałam po lesie, zwiększałam swoją odporność. W szermierce szło mi coraz lepiej. Czasami wychodziłam na polanę z Loganem, który uczył mnie różnych sztuczek. Wczesnymi rankami latałam z Płomieniem i obserwowałam okolicę. Płomień polubił Logana, a on był nim zafascynowany.
-Logan, a właśnie... - powiedziałam, kiedy głaskał smoka po nosie - co ze smokiem?
-W twoim Poza nie ma edomickiego. Veilleurson, czasami, aby nauczyć nowicjuszy różnych sztuczek, aktywuje ją, ale tylko na kilka godzin. Płomień jest przepełniony edomickim, więc gdyby przeniósł się do tamtego Poza... po prostu by znikł - wytłumaczył - przykro mi.
Spojrzałam ze smutkiem na smoka.
-Będzie mi ciebie brakować.
-Wiem.

-Rachel, już czas. - Oznajmił Logan pewnego wieczoru. - Jutro musimy się przenieść, inaczej wylądujemy w innym czasie.
Spojrzałam na niego.
-Wiem... ja... tylko muszę się pożegnać z innymi, okej?
Pokiwał głową.
-Jason jest gotowy? - zapytał.
-Myślę, że jest. Trzeba mu powiedzieć.

                                                                           ***
Zapukałam do komnaty Gallorana.
-Wejść! - rozległ się ciepły głos.
Otworzyłam drzwi. Król siedział przy stole i pisał coś białym piórem.
-Ach, to ty. - Powiedział i uśmiechnął się. - Słyszałem, że jutro wyruszacie.
-Tak... chciałam się po prostu pożegnać. I poprosić o jakieś rady. - Oznajmiłam i wytarłam spocone ręce w spodnie.
-Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Proszę, usiądź - wskazał ręką wygodne krzesło.
Usiadłam i oparłam się.
-Więc... czy był pan kiedyś w tej organizacji?
-Nie, aczkolwiek nie raz mi to proponowano - przetarł dłonią oczy.
-Dlaczego pan odmówił? - zapytałam bez chwili namysłu.
-W tej organizacji są ludzie, którzy współpracują z Maldorem. Moim zdaniem, to właśnie oni proponowali mi dołączenie do tej organizacji. - Spojrzał mi w oczy. - Musisz uważać. Wiele ludzi tutaj, to veilleurowie. Póki jesteś tutaj, powinnaś zmienić wygląd edomickim. Ludzie cię obserwują. Wiedzą jak wyglądasz.
-Jak wyjaśnicie nasze zniknięcie? - zmarszczyłam brwi.
-Ogłosimy, że wysłano was na misję dyplomatyczną do Nia-Zo. - Odparł.
-Uwierzą? - uniosłam brwi.
-Edomickim stworzymy waszą "kopię". Będą wyglądać wiarygodnie. Płomień poleci na wschód, a szpiedzy pewnie za nim. To taka przynęta. Później zniknie i zawróci. A inni będą was szukać w tamtym kraju.
Uśmiechnęłam się na myśl błądzących szpiegów po dalekim kraju.
-Brzmi dobrze. - Stwierdziłam.
-Życzę ci powodzenia z całego serca. Musisz uważać.
-I tak zrobię. - Zapewniłam.

____________________________________________________________________
Przepraszam, za taki długi okres bez rozdziału ;/ kolejny pojawi się znacznie szybciej =) 



sobota, 8 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 10

-... człowieku, o co ty się czepiasz? - usłyszałam pierwszy głos.
-Mógłbyś mnie posłuchać?! - zagrzmiał drugi głos. - Na serio myślisz, że będę ci ufać, kiedy nagle znalazłeś się w zamku w Meridanie? Nawet nie byłeś zaproszony na wesele!
Westchnienie. Szuranie stopami.
Trudno było mi odróżniać dźwięki. Głowa mnie tak bolała, jakby ktoś uderzał w nią młotem.
-Kto powiedział, że nie? - zapytał kpiąco pierwszy głos.
-Ja. - Warknął drugi głos.
Parsknięcie śmiechem.
-Czy ktoś ci kiedyś mówił, że jestem kuzynem Octaviana? - zapytał groźnie pierwszy głos.
Logan. Logan i... Jason? Całą siłą woli starałam się nie otworzyć oczu i unieść brwi.
-Nie. Nikt mi nie mówił. - Przyznał się Jason. - Co nie oznacza, że to trochę dziwne, że wcześniej cię nie widziałem.
Wyraźnie dostrzegłam, że Jason przemawiał już spokojniejszym głosem.
-Było bardzo dużo ludzi, a Octavian nie raczył zaprosić mnie do stolika dla rodziny. - Logan mówił bardzo wolno, a na ostatnie słowa nacisnął tak, że przeszły mnie dreszcze.
Nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam na nich.
Jason stał z założonymi rękami, Logan opierał się nonszalancko o framugę. Pierwszy mnie dostrzegł.
-Rachel... - zaczął i podszedł do mnie. - Jak się czujesz?
Zamrugałam i zmarszczyłam brwi.
-Dziwnie... w każdym razie głowa mi pęka. I... brzuch mnie boli. Bardzo. -Dotknęłam dłonią opatrunku. Skrzywiłam się. - Co się stało?
Jason zaczął mówić pierwszy.
Szarzy Jeźdźcy wdarli się do piwnic, gdzie byli schronieni wszyscy goście. Galloran i Corinne odparli atak magów, a strażnicy związali resztę i wsadzili do celi. Ale Octavian zniknął. Kiedy wyszli na górę, zobaczyli płomienie. Król z córką i kilkoma innymi ugasili płomienie.
-Odpoczywają teraz. - Uśmiechnął się lekko Jason kiedy zakończył opowiadać.
Nadeszła kolej Logana, by opowiedział jak mnie znalazł.
-Wyszedłem się spotkać z przyjacielem. W sali balowej było bardzo duszno, a musieliśmy koniecznie porozmawiać. Natknąłem się na kilku uzbrojonych ludzi. Nie byli strażnikami, a było ich za dużo, więc skryłem się. Chciałem przejść lewym skrzydłem zamku, tak jak ty, Rachel i nagle poczułem dym. Pobiegłem w tamtą stronę i znalazłem ciebie. Miałaś sztylet wbity w brzuch. - Zmarszczył brwi na ostatnie słowa. - Przeniosłem cię do komnaty z dala od ognia. Kiedy ugaszono płomienie wszyscy zaczęli cię szukać, a ja chciałem sprowadzić pomoc. - Zerknęłam na Jasona. Chodził w kółko po pokoju, jakby nie mógł słuchać tej opowieści. - Uleczyli cię trochę za pomocą edomickiego, ale nie wiemy czy to wystarczy. - Zerknął na Jasona. - Ja też próbowałem, lecz...
-Umiesz edomicki? - przerwałam mu powoli.
Pokiwał głową.
-Ta... to i owo.
-Kto cię nauczył? - spytałam.
-Kim ty w ogóle jesteś? - zirytował się Jason.
-Jason... - zaczęłam ale mi przerwał:
-Co "Jason"? Nie wiesz kim on jest, a ty tak po prostu z nim rozmawiasz. - Sapnął.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
-Wyjdź. - Powiedziałam.
-Słucham? - spytał, jakbym zapytała się go czym jest ta świecąca kula na niebie.
-Wyjdź. - Powtórzyłam.
Parsknął gniewnie i wyszedł trzaskając drzwiami. Logan tylko się zaśmiał.
-To nie jest śmieszne. - Westchnęłam. - Ale Jason ma racje. Kim jesteś?
-No, więc - zaczął Logan - urodziłem się tutaj, w Birde. Przez większość czasu... - przerwał.
Zagryzł wargę i spojrzał na mnie poważnie.
-Jest coś, o czym musisz wiedzieć.
Nie wytrzymałam jego spojrzenia, tych krystalicznych, niebieskich oczu.
-O czym powinnam wiedzieć? - uniosłam brwi.
Wziął głęboki wdech i po woli wypuścił powietrze.
-Jestem veilleur. I Anth...
-Czym jesteś? -przerwałam i  zmarszczyłam brwi.
-Veilleur... o Boże.. Rachel... - zasłonił dłonią usta. - Ty o niczym nie wiesz?
-Nie rozumiem. - Powiedziałam powoli. Byłam zaniepokojona. - Wytłumaczysz czy będziesz się trząść jak małe kocię? - zażartowałam by osłabić napięcie. Nie udało się.
Wstał i zaczął chodzić w kółko po pokoju gorączkowo się nad czymś zastanawiając.
-Ej - usiadłam na łóżku. - O co ci chodzi?
Pokręcił głową.
-Nie mogę - jęknął - zaraz wracam.
Po czym wyszedł na korytarz. Chwilę później wszedł Jason i zapytał się:
-Czemu wyszedł tak, jakbyś mu powiedziała, że jego rodzina zaraz umrze i musi tam natychmiast się udać?
Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem. Wspomniał, że jest veilleur.
Jason zastygnął w miejscu.
-No nie - jęknęłam - ty też wyjdziesz i mnie zignorujesz?
Nic nie odpowiedział.
-Rachel - powiedział powoli. - Powiedział ci coś jeszcze? - wyraźnie wymawiał każde słowo.
-Nie - odparłam krótko.
-Przepraszam cię, ale muszę iść do Gallorana. - Poinformował mnie i wyszedł.
Miałam już tego dość. Wstałam z łóżka, ubrałam prostą suknię leżącą na krześle i wyszłam z komnaty, jednak strażnik zagrodził mi przejście.
-Powinna panienka odpoczywać. - Oznajmił uprzejmie, ale ostrzegawczo.
-Czuję się już lepiej - odparłam słodko. - Chcę teraz porozmawiać z Galloranem, więc jeśli można...
-Nie. Galloran uczestniczy w ważnym spotkaniu.
-Nie obchodzi mnie to. - Syknęłam.
Strażnik jakby zdziwiony chciał mnie zatrzymać ale unieruchomiłam go edomicką frazą. Zorientowałam się, że Galloran jest w sali narad - skoro "uczestniczy w ważnym spotkaniu". Wparowałam bez pukania do sali.
-...że wie, nie chciałem... - Logan nagle odwrócił się od Gallorana i zlustrował mnie wzrokiem.
W sali, przy mapie taktycznej zgromadzili się Galloran, Corinne, Jason, Logan i jakiś człowiek, którego nie rozpoznawałam.
-Czy ktoś mi wytłumaczy do jasnej cholery o co chodzi?

                                                                         ***
-Veilleur, tłumacząc na nasz język znaczy "Strażnik". - Wytłumaczył Galloran.
Wszyscy usiedli przy stole. Podano im herbaty, i zaczęli słuchać króla.
-To osoby z organizacji Veilleurson. Strażnicy głównie pilnują Poza. Dbają o to, żeby każdy był na swoim miejscu. Nikt nie może od tak przejść sobie z Poza do Poza. Wyjątkiem są osoby, które mają bardzo ważny cel. - Kontynuował król.
-Veilleur mają w prawie każdym Poza bazę, miejsce gdzie mogą się spotkać. Wysyłają każdego na różne misje. Moją misją było odnalezienie ciebie, Rachel. - Dodał Logan.
Wszystkie spojrzenia skierowano na niego.
-Rada Veilleurson chce, abyś dołączyła do Veilleurów. - Oznajmił prosto z mostu Galloran.
-Czemu? - zapytałam.
-Głównie z powodu twojego edomickiego. Mogłabyś doprowadzić naszą organizację do porządku. - Odparł Logan. - Nie rób tego. - Zamknął oczy.
-Dobra, nie wiem o co chodzi. - Uniosłam ręce w geście poddania. - Dlaczego nigdy nie słyszałam o tej organizacji? Dlaczego twoim zdaniem mam nie dołączać? I nie chodzi mi o to, że chcę dołączyć. Po prostu... nie rozumiem.
-Veilleurson to bardzo tajna organizacja. Tylko nieliczni o niej słyszeli, a jeśli już to opowiadają o niej tak samo, jak opowieści o duchach. Cóż... nie powinnaś dołączać, bo moim zdaniem wykorzystają ciebie jako broń. Dzieją się tam ostatnio straszne rzeczy. Pogłoski mówią, że Rada chce pomóc Maldorowi w zdobyciu waszego królestwa. Nasza organizacja podzieliła się na dwie grupy: ta, która pomaga Maldorowi, i ta, która chce go zniszczyć. Wiem, Rachel, że trudno ci to pojąć, ale powinnaś o tym wszystkim wiedzieć. Gdybyś chciała dołączyć, musiałabyś przejść cholernie trudne szkolenie polegające na tym, jak długo wytrzyma twoja psychika. Bierze się wtedy grupę ludzi, każąc robić im różne zadania. Biorą najsilniejszych.
-Aha. Czyli jest jakaś organizacja, która pilnuje Poza i pomaga Maldorowi, tak? - upewniłam się.
-Tak. Pamiętasz tego faceta co mnie napadł w Trensicourt? To był ten z pierwszej grupy.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
-Tylko... jest jeszcze jedna rzecz. - Westchnął Galloran. - Ci, którzy chcą, abyś dołączyła, chcą również pokonać Maldora. Mogłabyś wtedy dołączyć incognito, ułatwiliby ci i przyspieszyli szkolenie i mogłabyś być wtedy szpiegiem.
-Dobry pomysł... - powiedziałam ale mi przerwano:
-Nie, Rachel, nie dobry pomysł. Nie rozumiecie, co tam się dzieje. - Zirytował się Logan.
-Jeśli dzięki temu pokonamy Maldora, to zgodzę się na wszystko. - Oznajmiłam pewnie, chociaż się tak nie czułam. - Dlaczego we mnie nigdy nie wierzycie?
-To nie tak. - Pokręciła głową Corinne. - Wierzymy w ciebie, ale Veilleurson... - westchnęła, jakby nie wiedziała co powiedzieć. - To nie jest zabawa.
-A ty, Jason? - zapytałam błagalnie.
-Myślę, że dasz radę. - Zamknął oczy.
-To twoja decyzja. - Poddał się Logan. - Pomogę ci, jak chcesz.\
Zastanowiłam się. Wyobraziłam sobie Veilleurson jako tajemniczą i tajną organizację, która brutalnie szkoli ludzi. Czy rzeczywiście tak było? A może tylko przesadzali?
-Trzeba spróbować. - Oznajmiłam. - Stworzyłam smoka. Byłam dźgnięta nożem i miałam zatruty bełt wbity w żebra. Dwa razy przedostałam się z mojego Poza do Lyrianu. Naprawdę nie mogę spróbować z jakąś organizacją? Nie ma rzeczy niemożliwych. Skoro mamy opcje, trzeba z nich korzystać.
-Do odważnych świat należy. - Zgodził się Logan.

____________________________________________________________
Jak sobie wyobrażacie Logana? Ja mniej więcej tak ;)


wtorek, 4 listopada 2014

Działaj lub giń. Rozdział 9

Odetchnęłam, kiedy poczułam chłodny wiatr. Odwróciłam się do drzwi, by wrócić kiedy kątem oka dostrzegłam ruch po mojej prawej stronie. Zmarszczyłam brwi i puściłam klamkę. Obserwowałam przez chwilę tamtą stronę, gdy znów coś się pojawiło. Weszłam w cień, by nie było mnie widać. Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy. Kiedy je znów otworzyłam, ruszyłam na palcach w stronę drewnianych drzwi, gdzie usłyszałam kolejny dźwięk. Nagle coś trzasnęło a ja aż podskoczyłam. Szarpnęłam za klamkę, lecz drzwi nie chciały się otworzyć.
-Cholera. - Szepnęłam.
Podeszłam do innych drzwi. Otworzyłam je z ulgą i weszłam po kamiennych stopniach prowadzących na wyższe piętro. Dostrzegłam cień i cichą rozmowę. Momentalnie zawróciłam i przemknęłam lewym korytarzem. Schowałam się za rogiem, kucnęłam i ujrzałam kilka ciemnych sylwetek. Torivorzy? Nie... Błysnęło światło i zapaliła się pochodnia rozświetlając twarze pięciu mężczyzn. Zmarszczyłam brwi. Kim oni... O mój Boże.
Szarzy Jeźdźcy.
Serce mi przyspieszyło. Wszyscy balują, co się stało ze strażnikami? Ilu jest Szarych Jeźdźców? W jednym momencie zrozumiałam. Maldor wybrał sobie idealną okazję aby nas zaskoczyć. Parsknęłam cicho i wysunęłam sztylet schowany w bucie, ale zatrzymałam rękę. Wyszeptałam prawie bezgłośnie frazę zamrażającą i skupiłam się na najwyższym mężczyźnie. Nic się nie stało, Szary Jeździec dalej szedł za swoim towarzyszem. Syknęłam zdenerwowana. No jasne, mogłam się tego domyślić od razu. Nie wparowaliby do zamku, wiedząc, że co najmniej trzy osoby dobrze władają edomickim. Wstałam i wzięłam sztylet do ręki po czym pobiegłam myśląc co mogę zrobić. Jeśli zejdę na dół i pobiegnę do naszych, natknę się na nich. Jeśli pobiegnę górą, też się mogę na nich natknąć. Ile ich tu może być? Wyszłam zza rogu i potknęłam się o coś miękkiego.
-Cholera jasn... - przerwałam z szeroko otwartymi oczami.
Przede mną leżał strażnik. Martwy. Całą twarz miał zbryzganą krwią, z jego piersi wystawał nóż. Pospieszyłam się i zdecydowałam się wysłać Galloranowi i Corinne wiadomość.
-Słyszycie mnie? - zapytałam telepatycznie.
Chwila ciszy.
-Tak. - Usłyszałam Corinne w głowie. - Coś się stało?
-Corinne posłuchaj mnie uważnie. Na zamku są Szary Jeźdźcy...
-Żartujesz...
-Natknęłam się na razie na pięciu. Są uodpornieni na edomicki. Nie wiem ile ich jest, znalazłam martwego strażnika.
-To nie wróży nic dobrego. - W mojej głowie rozległ się głos Gallorana.
-Jesteście nadal w sali balowej? - zapytałam.
-Wyszłam na chwilę na korytarz. Gdzie jesteś, Rachel?
-W jakimś korytarzu... nie wiem. Chwila... jestem koło biblioteki. Co robimy?
-W sali balowej jest tajne przejście. Odprowadzimy gości do schronu w piwnicach. Rachel, spróbuj się przemknąć lewym skrzydłem zamku. Zazwyczaj jest niedostępny, korzysta z niego tylko obsługa. Jeśli ci się nie uda, zawróć i po prostu wyjdź z pałacu, dobrze?
-Ale co jeśli...
-Zaufaj mi. Wiem co robię. Jak tylko spotkasz strażników poinformuj ich o sytuacji. Jak spotkasz obsługę, karz im schować się w schronie. W moim imieniu.
Przygryzłam spanikowana wargę.
-Dobra.
Zawróciłam i skierowałam się w lewą stronę zamku. W korytarzu, który teraz mijałam było mnóstwo luster. Przyćmione światła świec i pochodni powodowało, że czułam się jak w horrorze. Pozwoliłam sobie zerknąć w lustro. Ujrzałam zmęczoną i ubrudzoną dziewczynę z długimi, brązowymi włosami i przestraszonymi oczami. Skarciłam siebie za to, że byłam w takim stanie.
Po kilku minutach, zdyszana oparłam się o ścianę, ale szybko zmieniłam zdanie. Przede mną leżał kolejny martwy strażnik. Zrobiło mi się niedobrze, lecz zmusiłam siebie do pochylenia się nad nim i wyszarpnięcia z jego lodowatej dłoni szabli. Usłyszałam, że ktoś się zbliża. Zza rogu wyszedł jakiś przysadzisty facet z wąsem i brodą. Odwrócił się do mnie i jego twarz wykrzywił grymas wściekłości. Dobył miecza i rzucił się na mnie. Ja zwinnie odskoczyłam w lewo i przebiłam jego bok szablą, lecz w takie miejsce, by go nie zabić. Zaciągnęłam go do pobliskiej, pustej komnaty i rąbnęłam go rękojeścią sztyletu, by go na chwilę unieruchomić. Podeszłam do okna i ucięłam sznur z zasłony. Przywiązałam mojego jeńca do krzesła i go przeszukałam. Łatwo rozpoznałam naszyjnik chroniący przed edomickim, po szybkim ruchem go zerwałam. Wypowiedziałam frazę, i Szary Jeździec się obudził.
-Odpowiadaj na wszystkie moje pytania, to uleczę twoją ranę i puszczę cię wolno. - Mruknęłam.
-I tak mnie nie wypuścisz. - Wysapał przez zaciśnięte zęby.
Wyszeptałam kolejna frazę. Tłumacząc na nasz język mogłoby to oznaczać coś w rodzaju "A teraz powiesz mi wszystko co chcę od ciebie usłyszeć."
-Jak masz na imię?
-Jack.
-A więc Jack... czemu Szarzy Jeźdźcy są w zamku?
-Maldor przeteleportował nas tutaj. Mamy dostarczyć księżniczkę i wasze głowy.
-Jakie "wasze"? - zmarszczyłam brwi.
-Twoją, Jasona... i reszty. - Odparł.
-Co chcecie zrobić? - zmrużyłam oczy.
-Naszym celem było wdarcie się do zamku. Mieliśmy zabić wszystkich strażników i dostać się w sam środek przyjęcia.
-Ilu was jest?
-Czterech zwiadowców. Pięciu zabójców, dwóch łuczników. Pozostałe pięć to szamani.
-Szamani? - uniosłam brwi.
-Edomici. Tacy jak ty. - Ostanie słowa aż wypluł z siebie.
-Są silni? Od ilu lat się uczą? - byłam już szczerze spanikowana.
-Dwóch silnych. Maldor osobiście ich uczył. Reszta to początkowi adepci. - Jego rana coraz bardziej krwawiła.
-Kto jest waszym dowódcą? - zadałam ostatnie pytanie.
-Anthony. - Przymknął oczy.
-Dzięki za odpowiedzi. - Wyszeptałam i uleczyłam go.
Uniósł na mnie wzrok.
-Gnij w piekle. - Warknął.
Przekrzywiłam głowę na bok. Jego zachowanie w ogóle mnie nie dotknęło.
-Cóż. Może cię jednak tu zostawię.
Zatrzasnęłam drzwi i coś rzuciło mną o przeciwległą ścianę. Roztrzaskałam głową ogromne lustro. Przed oczami zatańczyły mi mroczki, a z nosa kapały krople krwi.
-I znów się spotykamy. - Rozbrzmiał przy moim uchu głos, a mnie przeszedły dreszcze. Anthony. - Za każdym razem stoisz mi na drodze. Jesteś niezwykle upierdliwa, Rachel. I tępa.
Zaśmiałam się ironicznie.
-No widzisz, sam nie jesteś lepszy.
-No to może czas, żebyś się o czymś dowiedziała, przed twoją... hmm.. no cóż, nie ukrywajmy - śmiercią.
-Dajesz. - Syknęłam. - Co to za ciekawostka o twojej cudownej osobie?
-Chciałbym, żebyś wiedziała, że jesteśmy bardzo podobni do siebie. Nie wiem czy wiesz, ale dawniej nazywałem się Gus. Miałem cudowną dziewczynę, Amber Woodruff. Co prawda zdradzała swojego męża, ale nie przeszkadzało nam to.
-Czemu mi to mówisz? - uniosłam jedną brew.
-Na prawdę myślałaś, że tylko ty i Jason jesteście z Poza? - parsknął.
-Jesteś Pozaświatowcą? - zapytałam.
-Brawo! 10 punktów dla panny Woodruff. - Klasnął w dłonie. - Żyłem w dziewiętnastym wieku...
-Przecież był dwudziesty pierwszy wiek. - Parsknęłam.
Pokręcił głową. Po policzku zjechała mi kropla krwi.
-Ty naprawdę nie rozumiesz? Portale są bardzo zmienne. Kiedy tu mija dzień, tam mogą minąć lata, a nawet wieki. Mogłaś wrócić do nas w 2018 roku, ale teraz może być tam rok 1315. Tylko w ciągu przesilenia letniego, czas w obu Poza mija równo. - Wytłumaczył.
-Ale skoro... - wykorzystałam jego nieuwagę i przejechałam sztyletem po jego ramieniu.
Chwycił za mą rękę i wykręcił ją. Pisnęłam cicho. Pchnął mnie na ziemię przez co uderzyłam się w brodę i zaczął kopać mnie w brzuch.
-Kopiesz leżącego? - wycharczałam. - Gdzie twój honor, Szary Jeźdźcze?
Uśmiechnął się ponuro.
-Jaki honor? - Zaśmiał się i wbił mi nóż w brzuch, a z moich ust pociekła krew.
To koniec... o mój Boże, to koniec... Zaczęłam panikować. Zaraz umrę... o mój Boże, o mój Boże...
-Miałem dostarczyć twoją głowę, ale jednak cię tu zostawię byś sobie spłonęła. - Szepnął mi na ucho.
Musiałam bardzo się wysilić, by zobaczyć co robi. Wziął pochodnię i rzucił ją na dywan.
-Żegnaj Rachel. - Mruknął i odszedł.
Ogień zaczął się szybko rozprzestrzeniać. Spojrzałam na swoją ranę. Prawie zemdlałam. Zacisnęłam usta, ujęłam rękojeść w dłonie i z całej siły szarpnęłam. Jęknęłam z bólu. Czułam, że słabłam. Nagle przed moimi oczami pojawiła się jakaś sylwetka. Ujrzałam przystojną twarz Logana. Skąd się on tu wziął?
-Przyszedłeś mnie dobić? - wyszeptałam.
Zamknęłam oczy, czułam, że odpływam w sen. Wieczny sen. Nagle Logan wymierzył mi cios w policzek - to przywróciło mnie do rzeczywistości.
-Hej. Hej, Rachel. Nie możesz zasnąć, rozumiesz? - potrząsnął mną.
-Yhm. - Mruknęłam.
-Rachel! - warknął na mnie.
-Posłuchaj mnie. - Mój głos był taki słaby... - Szarzy Jeźdźcy są w zamku. Uodpornieni na edom...
-Wiem, wiem. Ćśś... - pogładził mnie po włosach.
Jedną ręką przytrzymał moje plecy, drugą włożył pod kolana, po czym mnie uniósł.
-Rachel słyszysz mnie? - zapytał.
-Tak. - Wyszeptałam, chociaż prawie nic nie widziałam.
-Wsłuchaj się w bicie mojego serca. - Zażądał, a ja na ostatnich siłach wykonałam jego polecenie.
Bum, bum, bum. Skupiłam się tylko na uderzeniach jego serca.
-Słyszysz? - szepnął.
-Tak.

________________________________________________________
Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział wam się spodobał :D

czwartek, 30 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 8

                                                                     *Rachel*

Po zakończonej uroczystości służący rozstawili stoły, nakryli je i przygotowali, a kucharze dostarczyli wyśmienity posiłek. Zasiadłam przy stoliku z Jasonem, Farfalee, Jasherem, Delissą, Nolinem, Kerickiem, Aramem i jego żoną. Galloran jako oficjalny i ważny gość zasiadł obok Corinne i jej męża Octaviana.
W srebrnych i złotych misach były sałatki, owoce, różne rodzaje mięsa, ziemniaki, inne warzywa i słodkości takie jak ciasta czy cukrowe wyroby. Wszystko było takie pyszne, że gdy się objadłam zrobiło mi się niedobrze. Wytarłam usta i przeprosiłam innych:
-Muszę się przewietrzyć.
Poszłam w stronę drzwi i wyszłam na dziedziniec. Na dworze zapadł zmrok, zrobiło się chłodno. W oknach paliły się światła dzięki czemu nie było tak ciemno.

                                                                     
                                                                          ***
                                                                      *Maldor*

Kiedy Anthony wyszedł Maldor zastanowił się i zawołał Anthony'ego z powrotem.
-Zmieniłem zdanie. - Westchnął. - Corinne ma pozostać żywa. Będzie... ceną zakładniczką. - Spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Tak jest. - Skłonił się Anthony i wyszedł pospiesznie z komnaty jego pana.
Maldor dokończył picie wina, dotknął swojego naszyjnika z gwiazdą i westchnął do siebie:
-Czemu on nie działa do jasnej cholery?
Naszyjnik należał do Amber Woodruff, praprababki Rachel. Przed swoją śmiercią w młodym wieku (trzydzieści lat) zgromadziła mnóstwo energii w tym naszyjniku, by zabić Maldora, lecz jego sługa zbliżył się do niej by mu zaufała, i została zamordowana przez niego. Człowiek ten miał na imię Gus.

                                                                               ***
Ameryka Północna, stan Illinois. Chicago, 1887

Dym papierosowy unosił się w powietrzu. Wysoki mężczyzna zerknął za róg ciemnej uliczki i sprawdził, czy nikogo tam nie ma. Skończył palić cygara i ruszył beztrosko przed siebie z dłońmi włożonymi w ciepłe kieszenie. Minął jedną, następnie drugą przecznicę i zatrzymał się przed barem. Z wnętrza dobiegał rechot, pewnie jakiegoś pijanego hazardzisty. Wszedł do baru i omiótł go wzrokiem. W lewym kącie niczym przejmująca się para całowała się. Przy stolikach ludzie grali w pokera albo pili piwo. Mężczyzna miał wielką ochotę dosiąść się do jednego ze stolików i dołączyć się do gry, lecz miał teraz zupełnie inne sprawy do załatwienia.
Nagle poczuł coś zimnego, ostrego. Zmarszczył brwi. Ktoś za nim stał, ktoś z kim miał się tutaj spotkać.
-Masz to co miałeś przynieść? - rozległ się przy jego lewym uchu groźny szept.
-Tak. - Odparł siląc się na spokojny ton.
-A więc, Bartonie, witaj. Kopę lat. - Ostry przedmiot znikł i drugi mężczyzna go poklepał po ramieniu.
Skierowali się do stolika w kącie i rozsiedli się wygodnie.
-Zjemy? - zapytał Gus.
-Nie przyszedłem tu, by z tobą jeść posiłek. Uwierz mi, jest wiele innych osób, z którymi chciałbym to zrobić. Nie zaliczasz się do tej listy, niestety. - Odparł oschle Barton i zdjął płaszcz.
-Och, nadal się gniewasz o Amber? Musiałem ją zabić, wiedziała za dużo i w dodatku działała przeciw... - Zaśmiał się Gus i Barton mu przerwał:
-Posłuchaj, Gus. Jeśli zaraz nie zamkniesz tej przeklętej mordy to sam cię zabije, tu i teraz. Naprawdę myślisz, że wybaczę ci morderstwo mojej żony...?
-Woodruff, nie wściekaj się. Mam jej dzienniki, znalazłem na strychu. A ty, zapewne masz naszyjnik.
-Mam. - Uśmiechnął się Barton, ale tylko buzią. Jego oczy pozostały zabójczo wściekłe. Wyciągnął srebrny naszyjnik w kształcie gwiazdy.  Gus podał mu torbę z dziennikami i tak dokonali wymiany.
-Niestety... - Gus wstał i podszedł do zdziwionego Bartona. - Nie wierzę, że jesteś takim idiotą.
Wyciągnął pistolet i strzelił w lampę tym samym niszcząc jedyne źródło światła. Wyciągnął nóż i poderżnął Bartonowi gardło.
-Dobranoc, Bartonie. - Wyszeptał do trupa, wmieszał się w tłum i wyszedł zakładając cylinder.

                                                                    ***
Po powrocie do domu Gus otworzył dziennik Amber i zaczął przeglądać:

13.11.1868
Barton nie wie, że go zdradzam. Gus jest dla mnie dobry. Daje mi wszystko, co mi trzeba, Barton zawsze traktował mnie jak zepsutą zabawkę. Chociaż byliśmy razem w Poza, to nie była ta epicka miłość, którą każda kobieta chciałaby przeżyć. Ciąży jednak na mnie poczucie winy, i nie wiem co z tym zrobić.


28.11.1868
Odkryłam to. Chociaż edomicki był dostępny tylko w Poza, wyszukałam zaklęcie, które mogło je uaktywnić w naszym świecie. Swój był napisany po edomicku, a zaklęcie wymaga śmierci rzucającego. Nie chcę umierać, ale to jest potrzebne, jeśli chcemy tu sprowadzić Maldora i jednocześnie zabić go. Niestety moja córka Carmen, jeszcze nie posiada zdolności, a potrzebuję drugiej osoby, która mogłaby to zaklęcie rzucić. Oraz wystarczająco silnej, co praktycznie nieumożliwia mi działania.

1.12.1868.
Powiedziałam Gusowi. On nie chce, żebym umierała, lecz zgadza się ze mną w kwestii powagi sytuacji. Nie wiem co będzie dalej, a czas płynie.

30.12.1868
Wiem co robić. Muszę zgromadzić potrzebną energię i umieścić ją w moim naszyjniku. Utrzyma mnie przy życiu.

12.01.1869
Podejrzewam Gusa o współpracę z Maldorem. Ciągle dopytuje się mnie o moją księgę zaklęć, naszyjnik a potem znika bez śladu i wraca dopiero po kilku dniach. Nie mogę mu już ufać. 

Gus mruknął pod nosem:
-I zobacz jak skończyłaś. Żałosne.
Zamknął dziennik.

____________________________________________________________________
Dzisiaj rozdział troszkę innych, ale mam nadzieję, że się spodoba ;)


czwartek, 23 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 7

 Słońce zawisło nisko nad horyzontem, by zwolnić miejsce na niebie księżycowi. Po tym, kiedy się obudziłam, zjedliśmy posiłek składający się z bochenka chleba i pasma kurczaka. Wszyscy się odświeżyli, i wkrótce przyleciał Płomień.
Burza trochę go poturbowała, więc się nie zdziwiłam kiedy wrócił zmęczony z lekko uszkodzonym skrzydłem. Jedną frazą zasklepiłam jego ranę i znikła po chwili bez śladu. Galloran podszedł do nas i oznajmił:
-W nocy będzie zimno. Wiem, że jesteście wszyscy zmęczeni, ja w sumie też, niestety musimy dojść do najbliższej wioski. Po północy powinniśmy dojść do miasteczka o nazwie Westholly. Tam zjemy dobrą strawę i prześpimy się w wygodnych łóżkach.
Chyba wszyscy nadal odczuwali kołysanie po długim rejsie więc nie wiem, jak Galloran sobie to wyobrażał. Otuliłam się cieplej płaszczem.
-I radzę się przebrać. Wszyscy mamy na ubraniach mnóstwo soli morskiej. Wasze bagaże są na statku, więc.. wiecie.
Poszłam w stronę statku tak jak kilka innych osób. Weszłam na pokład i skierowałam się do swojej kabiny. Otworzyłam pakunek i wyciągnęłam granatowy płaszcz z kapturem, zwykłą białą koszulę i spodnie. Błyskawicznie się przebrałam i wzięłam pakunek ze sobą - w czasie drogi może się przydać.

                                                               ***

                                                            *Corinne*
Na zamku w Birde panowało zamieszanie. W pałacu dekoracje były białe niczym śnieg, wszyscy byli zabiegani i podenerwowani.
Ja z resztą też.
Stanęłam przed ogromnym lustrem. Miałam na sobie białą sukienkę z dołem obsypanym różami z materiału. Włosy upięte w kok, welon długi do ziemi. Moja służąca pisnęła:
-Na Boga! Ómorfe, wyglądasz katapilitqe!
-Desponis, Bria ma rację. Każda chciałaby tak wyglądać. - Dodała Pess.
-Och. - Westchnęłam.
Dzisiaj był mój wielki dzień. Kilka miesięcy temu książę Meridanu i miłość mojego życia, Octavian, oświadczył mi się.
-Brio i Pess, nie wiecie czy moi przyjaciele z Lyrianu przybyli już do Birde? - zapytałam.
Pokojówki pokręciły głowami.
-Nie wiemy, nasza pani. Lecz pójdziemy zapytać. - Skłoniły się nisko a ja przeczesałam swoje jasne włosy.
Wiedziałam, że o tej porze roku szaleją sztormy więc się bardzo zamartwiałam o mojego ojca i przyjaciół. Rozległo się ciche pukanie do jasnych drzwi mojej komnaty. Podbiegłam szybko do nich i otwarłam je. A wnet ujrzałam jakiegoś służącego.
-Tak? - zapytałam.
-Pani - skłonił się - Goście z zachodu przybyli.
Kamień spadł mi z serca, i moja twarz rozpromieniła się.
-Och, to cudownie! Proszę im powiedzieć, że spotkamy się przed ceremonią, lecz nie tutaj. Proszę zwołać ich do sali obrad.
-Jak sobie pani życzy. Kiedy zwołam ich, wrócę do pani.
-Nie trzeba, pójdę od razu.

                                                                 ***
                                                             *Rachel*
Miejscowość Birde była przepiękna i ciepła. Wszystkie budynki były białe, pałac był ogromny. Wybudowany z białego marmuru stał dumnie na zielonym wzgórzu. Niedaleko było miasto, pod samym wzgórzem. Ludzie byli bogaci, szczęśliwi i zdrowi. Nie uszło mojej uwadze, że wszyscy są zwiewnie ubrani, tylko my odziani w podróżne stroje jesteśmy strasznie spoceni.
Teraz wszyscy oglądali salę obrad. Z tego co nam powiedziano Corinne za chwilę powinna przyjść.
Drzwi się otwarły i stanęła w nich młoda i przepiękna kobieta. Wyglądała niczym anioł w porównaniu do nas. Zmarszczyłam brwi. Kto to? To jest...
-Corinne! - Pisnęłam i przytuliłam ją.
Służący stanął obok niej i krzyknął na mnie:
-Proszę nie dotykać panny młodej! Strażnicy!!!
-Wis, uspokój się. - Odparła zażenowana Corinne. - Wyjdź stąd.
Oczy Wisa rozszerzyły się.
-Tak jest, moja pani. - Mruknął i wyszedł z sali obrad.
Corinne się rozpromieniła.
-Przepraszam za niego. - Roześmiała się.
Machnęłam ręką i powiedziałam:
-Miło cię widzieć.
-Tęskniłam za wami. Ojcze! - Corinne rzuciła się w ramiona Gallorana i przytuliła go.
W oczach Gallorana zakręciły się łzy. Nagle jednak w drzwiach stanął jakiś człowiek i oznajmił:
-Już czas, pani. - Zwrócił się do Corinne.
Przygryzła wargę i mruknęła do nas:
-Spotkamy się później. Teraz czas wziąć ślub - roześmiała się.
Stanęliśmy na balkonach, by móc dobrze widzieć całą uroczystość. Sala Tronowa była wyłożona marmurowymi płytkami. Kolumny podtrzymujące sufit teraz były ozdobione biały różami - jak wszystko w tej sali przez co wyglądała magicznie. Mój smok, chociaż nie był mały, zmieścił się na dole, przy drzwiach. Ludzie byli na początku przestraszeni, ale Corinne ich uspokoiła, mówiąc, że ten smok uratował jej przyjaciela i jest bezpieczny.
Nagle muzyka rozbrzmiała w całej sali i Corinne prowadzona przez Gallorana za ramię przeszła powoli po czerwonym dywanie rozwiniętym aż do tronów. Galloran podał jej ramię księciu i stanęli zapatrzeni w siebie. Szczęście Corinne i Octaviana dało  się wyczuć z daleka.
Z zbyt daleka.

                                                                ***
Maldor kręcił się po pokoju i co chwilę wyglądał za okno. W końcu się zirytował i warknął na jego służącą:
-Przyprowadź mi tu tego Anthony'ego. Już!
Służka pokornie schyliła głowę i wyszła pospiesznie na korytarz. Nie musiał czekać długo, bowiem Anthony właśnie miał do niego iść. Drzwi otworzyły się i stanął w nich.
-Anthony. - Rozbrzmiał niski głos Maldora.
-Wzywałeś mnie.
-Tak. I chciałem zapytać, dlaczego nikt mi nie powiedział o ślubie w Meridanie? Czyż to Octavian nie jest po naszej stronie, by żenić się z córą mego wroga?
Anthony zamrugał.
-Uznaliśmy, że wiedziałeś o ślubie. Octavian postanowił się do niej zbliżyć, by wydobyć więcej informacji.
Maldor spojrzał na niego kpiąco.
-Octavian to mocne ogniwo. - Oznajmił Maldor. - Jeśli przejdzie na ich stronę, nasze szanse spadną...
Czarnoksiężnik zaniemówił, jakby go oświeciło.
-Anthony, Galloran i jego czarodziejka są na ślubie?
-Tak. - Odezwał się powoli Anthony.
Maldor zaśmiał się i pokręcił głową.
-Co z niego za głupiec. Kiedy on wyjeżdża, mogę zająć jego ziemie. Ale nie zależy mi na jego królestwie. Zależy mi na jego śmierci więc...
-Więc?
Podszedł do niego i spojrzał mu w oczy.
-Więc, mój drogi, wyślesz piętnastu ludzi na dziedziniec i przeteleportuję ich do Birde. A kiedy wrócą, chcę głowy Gallorana, Rachel, Jasona i Corinne.
Anthony odwzajemnił uśmiech.
-Jak sobie życzysz.

________________________________________________
Jejku, przepraszam was za długi okres bez rozdziału, ale miałam dużo nauki. Postaram się to szybko nadrobić ;)

niedziela, 12 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 6

-To wariatka! - orzekł Galloran kiedy powiedziałam mu o zmianie kursu na południe. - Chce nas zabić!
-Pani kapitan może mieć rację, królu. - Stwierdził Aram. 
Za dnia był maluchem, a w nocy olbrzymem. Chyba przyzwyczaił się do swojej większej postaci, bo jego głos miał chyba zabrzmieć... stanowczo? Nie udało mu się i król nie zauważył jego starań. 
-Sam jestem i byłem żeglarzem. Wiem co to znaczy odpowiedzialność za swoją załogę i ludzi. Gdyby pani Carsalia nie była pewna swojego, przysięgam, że nie ryzykowałaby. - Dodał.
Jason pokręcił głową.
-Czy popłyniemy tam czy gdzieś indziej, i tak będziemy musieli spotkać się ze sztormem. Oko Motyla to chyba jeden z największych sztormów na tym morzu. 
Król ukrył twarz w dłoniach i wymamrotał:
-Kto jest za płynięciem na południe?
Aram, Jason, Ja, Jasher, Farfalee i Delissa, Kerick i Halco podnieśliśmy rękę. Za to żona Arama oraz kilka innych nasienników spuściło wzrok. 
Usta Gallorana ułożyły się w "o"
-Osiem do trzech? Zaiście, jak zginiemy to miejcie pretensje nie do mnie. - Warknął król.
Nagle statkiem zatrząsnęło. Podparłam się o ścianę, by nie upaść. 
-Zbliżacie się do sztormu. - W mojej głowie rozległ się głos. Płomień.
-Myślisz, że damy radę? - zapytałam.
-Chyba tak.
-"Chyba"... no to możesz planować nasz pogrzeb. - Syknęłam.
Płomień parsknął. Liczyłam na jeszcze jakąś wiadomość ale był już za daleko. Po mojej minie, wszyscy wiedzieli o co chodzi.
Wpływamy w Oko Motyla.

                                                                       ***
Wróciłam na pokład i podeszłam do jednego z marynarzy. Był bogato ubrany. Zapytałam:
-Ty jesteś Ror? 
-Ta. Czego chcesz? - wymamrotał.
-Jaka jest sytuacja? - spytałam.
-Ech, to dopiero będzie katorga. 
-Słucham? - nie wiedziałam co oznacza owe słowo.
-"Katorga" to w gwarze marynarskiej długi rejs. - Wytłumaczył mi.
W tym samym czasie Carsalia chodziła po statku i wykrzykiwała komendy:
-Tak trzymać! Głupie kwintasy, szybciej wiosłować! Nie, nie, nie! Midszip! Słyszysz? MIDSZIP!!! Drugi, do mnie!
Ror westchnął i powiedział:
-Nienawidzę sztormów, wiesz? Wtedy trudno położyć się dobrze na kurs.
Szczęka mi opadła, kiedy słyszałam te dziwne i niezrozumiałe słowa. 
-Ludzie, mocniej wiosłować! Mocniej! Jak przepłyniecie przez nasze Oczko, to dam wam się sklarować w Meridonie!
A wiatr zaczął mocniej wiać. Targał mi włosy więc schowałam je pod kaftan. 
-Nieźle co? - Jason stanął przy mnie.
-Rozumiesz co oni mówią? - zapytałam.
-Nie, ale fajnie się ich słucha. 
Przewróciłam oczami. Odwróciłam się i zobaczyłam ogromną falę. 
-Jason! - krzyknęłam żeby się odwrócił. 
Ku mojemu zdziwieniu fala nas nie zalała. 
-Chodź, szybko. - Zawołał i pobiegliśmy pod pokład. 
Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie Galloran dyskutował na temat rejsu.
-Zaczyna się. - Oznajmił Jason. 
Farfalee, Aram i Jasher oraz Kerick spojrzeli po sobie. 
-Idziemy w takim razie pomóc. - Oznajmili i wyszli za Jasonem. 
Król wstał i zaczął składać mapy. 
-Niech pan tu zostanie. - Poprosiłam.
-Eh, Rachel, nie mogę siedzieć bezczynnie. - Westchnął.
-Nie siedzi pan bezczynnie. - Sprzeciwiłam się. - Pójdę już pomagać. 
Trudno mi było wejść po schodach, po statek z trudem pokonywał wielkie fale. Potknęłam się i uderzyłam się w głowę. Przed oczami pojawiły mi się mroczki. Zamrugałam i z trudem wstałam. Dotknęłam zranionego miejsca i wyczułam kilka kropel krwi. Starłam je dłonią i pobiegłam w górę. Otworzyłam drzwiczki i ujrzałam prawdziwy chaos: Załoga biegała i wykonywała rozkazy, które Carsalia wykrzykiwała. Nasiennicy ustawili się przy wiosłach i starali się włączyć w rytm reszty. Szybko im to poszło i statek trochę przyspieszył.

                                                                         ***
Coś się zmieniło. Wyczuł to chyba, każdy bo nagle przestało kołysać i wszystko się uspokoiło. Ale nagle nad wodą opadła gęsta mgła, która ograniczała widoczność do pięćdziesięciu stóp.
-Przepłynęliśmy sztorm? - ktoś zapytał głośno.
Przygryzłam dolną wargę, sama nie wiedząc jakiej odpowiedzi się spodziewać. "Tak" oznaczało przepłynięcie sztormu, ale czemu się pojawiła ta mgła? Z kolei "nie" mogło oznaczać najgorsze. Jednak odpowiedź kapitana nie wyraziła, tego, ani tamtego.
-Nie wiem. - Mruknęła Carsalia.
Zamrugałam, bo wilgoć spowodowała, że łzy pociekły mi z oczu.
-Opuścić kotwicę i wiosła. - Rozkazała kapitan.
Marynarze zdziwieni wykonali polecenie. Wyszukałam umysłem Płomienia. Kiedy odnalazłam jego świadomość, przesłałam mu myśli:
-Gdzie jesteś? Przepłynęliśmy sztorm? 
Jego odpowiedź dobiegała jakby z oddali:
-Nie. Przygo.. a.. sze..
-Słucham?
-Uwaga!!! - ryknął marynarz obserwujący z bocianiego gniazda.
Najpierw usłyszałam ogłuszający ryk, następnie przed nami pojawiła się fala wielka jak góra.
-Kryć się! - Krzyknął Ror i ktoś pociągnął mnie za rękę.
-Pod pokład. - Warknął Jason.
-Ale.. - zaprotestowałam.
Udało mi się wyrwać z jego stalowego uścisku i podbiegłam pod maszt oceniając sytuację. Najszybciej, jak potrafiłam, pojawiłam się na dziobie statku.
-Co ty wyprawiasz? - ktoś krzyknął.
Zebrałam jak najwięcej woli i wymamrotałam silną frazę. Fala się stopniowo zaczęła zamarzać. W mgnieniu oka wyrosła przed nami góra lodowa. Utrzymałam zaklęcie i wypowiedziałam drugą frazę. Zamrożona fala rozbiła się na miliony kawałeczków. Ludzie zaczęli wiwatować, szczęśliwi że ominęła ich walka z takim żywiołem.
Upadłam na kolana, a przed moimi oczami pojawiła się czerń.

                                                                              ***
Otworzyłam lekko powieki. Oślepiło mnie słońce. Było mi przyjemnie. Ciepło. Zaraz, zaraz...
Gdzie ja jestem.
Pod sobą czułam rozgrzany piach. Moja dłoń powędrowała do głowy. Miałam nałożony jakiś wilgotny okład. Spróbowałam się podnieść, ale moja głowa eksplodowała bólem, tak więc podarowałam sobie takie wysiłki.
-Obudziła się! - usłyszałam znajomy głos.
Farfalee stała nade mną z rozpromienioną twarzą.
-Co się stało? - mój głos był ochrypły.
-Przepłynęliśmy sztorm. - Wytłumaczyła.
Jej uśmiech mocno zbladł.
-Co się stało? - powtórzyłam.
-Niektórzy.. nie przeżyli tego rejsu. - Powiedział ktoś inny. Kerick? Tak, to on.
-Kto? - wychrypiałam. - Kto?
-Dwie osoby z załogi, Ror, i... Halco. - Farfalee przygryzła wargę.
Halco... Halco, to był ten nasiennik, który podróżował z nami w Eberze.? Tak, chyba tak.
-Przykro mi.. - wymamrotałam. - Gdzie jesteśmy w takim razie? - zmieniłam szybko temat.
-Jak to gdzie? - zaśmiał się Jason. - W Meridonie!

___________________________________________________________________
Tak jak chcieliście, będę pisać w l.p =) Rozdział pojawił się trochę szybciej, bo tak jakoś nagle dostałam weny xD Mam nadzieję, że się będzie Wam podobać. A Rozdział 7 już w przyszłym tygodniu ;)

środa, 8 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 5

Na początku pytanie: Czy mam zmienić formę z os. 3 l.p na os. 1 l.p? W książkach, które czytam ciągle narratorem są główni bohaterzy i trudno mi tak pisać. Wiem, że są osoby, które lubią kiedy się pisze w trzeciej osobie, więc chciałabym wam tylko uświadomić, że gdybym pisała to w pierwszej osobie to:
-Mogłabym zdecydowanie bardziej otworzyć przed wami bohaterów (Czasami kiedy piszę, nie potrafię określić za bardzo uczuć Rachel i nie mam weny)
-Zdecydowanie ciekawiej by się to czytało.
-Byłoby mi łatwiej XD
Więc proszę, piszcie w komentarzach:
-"Niech zostanie tak jak jest"
lub
-"Zmień na os. 1"
Jeśli nie jesteście pewni jakbym pisała w os. 1 ten rozdział będzie właśnie w takiej formie.
_____________________________________________________________

Odkąd postawiłam stopę na statku, wiedziałam, że nie uda nam się ominąć sztormu. Statek kołysał się mocno na falach, słońca nie było widać za grubą warstwą chmur. Nagle mocno zakołysało i przy mnie pojawił się Jason.
-Nie uda nam się. - Syknęłam, bo potknęłam się i Jason musiał mnie przytrzymać.
-Płomień jest mądry, ale sam nie wiem czy to dobry pomysł. Rzucamy się w paszczę lwa. - Przyznał Jason.
Zaśmiałam się cicho sama nie wiedząc czy to było śmieszne. W sumie.. nie wiem. Usłyszałam w oddali donośny głos:
-Odbijamy!
Łysy, dobrze zbudowany marynarz odwiązał cumy i grupa ludzi podniosła kotwicę. Statek od razu zaczął się kołysać. "Spokojny" - bo tak się nazywał - odbił od brzegu. Mewy i inne ptaki przeleciały nisko z południowego wschodu. Przełknęłam ślinę i zeszłam pod kadłub szukając Gallorana. Zapukałam do jego drzwi.
-Wejść! - rozległ się donośny głos.
Król pochylał się nad mapą wraz z Farfalee, Jasher wyglądał przez okienko.
-Myślę, że nie zdążymy. - Obwieściłam półgłosem. - Burza przesuwa się naprawdę szybko.
-Bezpośrednio w naszą stronę? - zapytał Galloran.
-Na północny wschód, w naszą stronę. Za niecałe pół godziny zacznie mocno wiać aż w końcu trafimy wpłyniemy w sztorm. - Stwierdził Jasher z przekąsem.
Galloran zacisnął usta. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym zwrócił się do mnie i Jashera:
-Rozkażcie w moim imieniu zmianę kursu bardziej na północ, oraz załogę do wioseł.
-Dobrze. - Kiwnęłam głową i wspięłam się po schodkach na pokład. Uderzył mnie wiatr i zamrugałam. Delissa, ładna nasienniczka, która podróżowała z nami w dawnych czasach mruknęła do mnie:
-Wypłynięcie w środek sztormu to szaleństwo.
-Zmienimy kurs na północny wschód. Właśnie idę powiedzieć kapitanowi...
-Pani kapitan. - Poprawiła mnie Delissa i odeszła do magazynu z jedzeniem.
Wzruszyłam ramionami i zerknęłam w stronę bocianiego gniazda. Stał tam Jason i rozglądał się uważnie. Uśmiechnęłam się lekko i przeszłam przez statek do sternika. Wysoka, kobieta, z ciemnymi włosami do ramion oglądała coś przez lunetę.
-Przepraszam - mruknęłam.
Kobieta odwróciła się do mnie. Miała czarną opaskę na oko, kogoś mi przypominała. Zaraz, zaraz, to...
-Carsalia? - pisnęłam.
Ciemnowłosa wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
-Miałam rację! To byłaś ty! A inni mi nie wierzyli...
-Nie wiedziałam, że ludzie znają mnie z wyglądu, poza tym zakrywałam swoją twarz. - Zdziwiłam się - zwłaszcza, że wyglądam teraz inaczej niż sprzed kilku lat.
-Jasne, że nie wiedzą. Mają cię za legendarną postać i nie wielu z nich było w Trensicourt by zobaczyć twój pomnik. Ja byłam jeszcze zanim cię poznałam. - Wzruszyła ramionami.
-Jak zostałaś kapitanem tego okrętu? - zmieniłam temat zawstydzona.
-Aaa, mało mi płacili, więc wybrałam się na zachód w poszukiwaniu dobrej pracy. Z odłożonych pieniędzy wraz z moim przyjacielem Rorem, który jest moim zastępcom kupiliśmy okręt oraz załogę. Tak się zdarzyło, że Ror był  bogaty więc mamy odpowiedni statek i ludzi.
Zerknęłam w stronę czarnych chmur.
-Galloran mnie tu przysłał by rozkazać ci płynąć bardziej na północ. Naszym zdaniem ominiemy w ten sposób sztorm...
-Czekaj, czekaj. Jak popłyniemy skręcimy na północny zachód sztorm i tak nas dopadnie.
-Ale..
-Wiem, wiem rozkazy króla i bla bla bla. - Byłam szczerze zaskoczona jej zachowaniem. - Obliczyliśmy prędkość wiatru. Naprawdę, uwierz mi, powinniśmy właśnie płynąć bardziej na południe.
-Co? - parsknęłam. - Wpłynąć w serce burzy?
-Nie, nie i nie. - Przewróciła oczami. - Zahaczymy o sztorm ale nie wpłyniemy bezpośrednio w niego. Jego obrzeża są naprawdę gwałtowne, więc wolę nie mówić co by się zdarzyło gdybyśmy wpłynęli w serce. A jak popłyniemy na północ, dowiemy się.
-Wolę nie wiedzieć. - Zacisnęłam usta.
Carsalia zaśmiała się.
-Wiesz, to bardzo mocny sztorm. Nazywa się Oko Motyla. - Wytłumaczyła mi kobieta.
-Nazywacie sztormy? - Uniosłam brwi.
-Eta, to nie jest zwykły sztorm. On istnieje na tym morzu od... wieków! Naprawdę, przysięgam na moją załogę że w życiu nie widziałam czegoś takiego. - Wskazała ręką czarne chmury na południowym zachodzie. - Ten sztorm się przemieszcza. Zazwyczaj szaleje na południu, lecz co kilkanaście lat wypływa na północ i niszczy wszystko na swojej drodze.
Wytrzeszczyłam oczy:
-Powiedz, że chcesz mnie nastraszyć.
-Nieee, no coś ty. Mówię prawdę.
-Żartujesz, że chcesz wpłynąć w sztorm.
-Nie żartuję. Ojej, trzeba szybko płynąć bo za chwilę zacznie mocno wiać. - Odwróciła się w stronę głównego pokładu i krzyknęła do załogi: - Eta! Załogo, do wioseł. Szybciej, szybciej. Kierunek południe. Cała naprzód!!!
-Albo masz racje, albo chcesz nas zabić. - Wymamrotałam.
-Uwierz mi skarbie, że wiem co robię.

piątek, 3 października 2014

Ogłoszenie

Kochani, przepraszam, że tak długo nie ma rozdziałów, ale szkoła mnie przytłacza - ciągle jakieś testy, sprawdziany plus treningi i nie ma czasu na bloga. Obiecuję, że w przyszłym tygodniu pojawi się piąty rozdział =)

Pozdrawiam wszystkich :D 

Nevanlyn.

czwartek, 18 września 2014

Działaj lub giń. Rozdział 4

Podróż na zachodnie wybrzeże nie trwała długo. Galloran, Rachel, Jason, Farfalee, Jasher, Aram i jego żona, oraz kilku innych nasienników, z którymi podróżowali za dawnych lat: Kerick, Halco, Andrus, Delissa i Nollin. Jechali razem z oddziałem zbrojnych, a Rachel latała na smoku i obserwowała okolicę z góry.
-Masz rację - stwierdził wtedy Galloran - przydadzą się dodatkowe oczy.
Rachel wsiadła na smoka i ten wzleciał do góry. Stęskniła się trochę za tym, więc zamknęła oczy i rozkoszowała się chłodnym wiatrem.

                                                                    ***

Wysunięty Posterunek był niewielkim miasteczkiem z dużym portem. Przy porcie zostało zacumowano mnóstwo statków, w mieście panował ruch, za pewne wywołany między innymi przybyciem Gallorana. Rachel zleciała na ziemię i zeskoczyła ze smoka na ziemię. Przed jej oczami zatańczyły mroczki. Oparła się o smoka, by dojść do siebie. Starsza rada miasteczka, wyszła na spotkanie z Galloranem. Klęknęli przed nim, kiedy ten i wszyscy inni zeszli z koni.
-Powstańcie. - Zażądał Galloran.
-Królu. - Skinęli głowami. - To zaszczyt gościć Waszą Wysokość w Wysuniętym Posterunku. Przygotowaliśmy dla pana ucztę w głównym budynku, i pokoje w naszej najlepszej gospodzie. Pomyśleliśmy, że jesteście zmęczeni podróżą na zachód - powiedział najwyższy z nich.
-Owszem, miło będzie odpocząć. Szczerze dziękujemy. Czy statek jest gotowy? - zapytał król zerkając na port.
-Oczywiście, Wasza Wysokość. - Energicznie pokiwał głową -  zapasy i załoga gotowa.
-To cudownie. Prosiłbym o nakarmienie naszych koni oraz o odświeżeniu ich.
-Zabiera je pan na statek? - zdziwił się rozmówca Gallorana.
-Nie, ale są już zmęczone, bardziej niż my.
-Ach, tak rozumiem. A ten smok? - spojrzał nieufnie na Rachel i Płomienia.
-Smok nie będzie stwarzał zagrożenia. - Zapewnił Galloran.
Rachel podeszła bliżej z założonymi rękami.
-To stworzenie nie może polować na terenie naszego miasta i atakować pasących się zwierząt na pobliskich łąkach. - Oznajmił mężczyzna spokojnie.
-To stworzenie nie będzie polować na wasze zwierzęta ani ich straszyć. - Westchnęła Rachel. - Przykro mi, będziesz musiał się trochę oddalać w czasie polowania. - Posłała myśli do smoka.
Westchnął w myślach, ale Rachel wiedziała, że się zgodził.
-W takim razie, zapraszam na ucztę! - rzekł uradowany mężczyzna i poprowadził ich do siedziby Wysuniętego Posterunku.

                                                                       ***
Uczta była skromna. Jeden, ogromny stół został nakryty czerwonym, wyblakłym materiałem.  Stały na nim misy z mięsem, owocami i innym jedzeniem, oraz dzbany z winem, wodą i chyba herbatą. Posiłek trwał krótko, wieczorem wszyscy razem poszli do gospody "Złote piaski".  Przed jej pokojem postawiono strażnika, aby dziewczyna była bezpieczna. Oparła głowę na poduszce, kiedy ktoś zapukał w drzwi.
-Proszę. - Zawołała i w drzwiach pojawił się strażnik.
-Lord Jason pyta się, czy może wejść. - Oznajmił.
-Tak, oczywiście. - Zgodziła się i przetarła oczy.
Strażnik mruknął coś i Jason wszedł do jej pokoju, ubrany w swój podróżny strój.
-Mogę siąść? - zapytał wskazując krzesło.
-Jasne. - Kiwnęła głową.
Opadł na krześle, wyraźnie zmęczony.
-I jak ci się tu podoba? - zapytała Jasona Rachel.
-Średnio. Strasznie tu duszno i wilgotno. Przynajmniej wiatr wieje od zachodu, bo bym się tu udusił.
Jason miał racje, w tym mieście panowały tropiki i Rachel ciągle była zlana potem.
-No racja.
-Zauważyłaś, że Meridan ma coś z Gredz.. Gre.. jak to było?
-Grecji? - podsunęła mu dziewczyna.
-Tak, tak. - Spuścił wzrok zakłopotany. Było mu wstyd, że już nie pamiętał państw z jego świata.
-Rzeczywiście. Budowle przypominają greckie.
Kiedy się nie odezwał, spytała:
-Mogę się o coś ciebie zapytać?
Uniósł brwi w pytającym geście.
-Czy uważasz, że powinnam wrócić do swojego świata?
Jason wydawał się zszokowany.
-Że.. że co?
-Jeden musi zostać, drugi wrócić. Naruszyłam przepowiednię.
-Matko, Rachel, nie. Rozmawiałaś o tym z Galloranem?
-Tak.
-I co powiedział? - Jason się wyprostował.
-Że może miałam odejść, by kiedyś wrócić. - Przewróciła oczami.
-On może mieć rację.
-Wątpię, chociaż chciałabym, żeby tak było. - Westchnęła.
-Powinienem już iść. Jest późno, a musimy wcześnie wstać.
-Racja.

                                                                          ***
Obudziły ją bębniące krople deszczu. Wstała, przeciągając się i zobaczyła chmury wiszące nisko nad niebem. No no, pogoda się chyba zmieniła, pomyślała. Wyszukała umysłem swojego smoka, Płomienia. Był daleko więc posłała myśli mocniej, niż dotychczas:
-Myślisz, że będzie sztorm? 
Minęła chwila, zanim rozległa się odpowiedź:
-Tak. Chyba wyruszymy za kilka dni.
Westchnęła, bo chciała już wypłynąć na morze i spotkać się z Corinne.
-A to pech. Upolowałeś coś?
-Tak, owcę.
Zaklęła pod nosem.
-Mówiłam ci coś! Teraz mieszkańcy tego miasta będą do mnie mieli pretensje..
-Spokojnie, spokojnie. Ta owca uciekła od stada. Była wycieńczona, więc postanowiłem skrócić jej cierpienia i ją zjeść.
-Niech ci będzie. Idę coś zjeść.
Przebrała się w koszulę z długimi rękawami i w długie spodnie. Zasznurowała wysokie buty, i zeszła po skrzypiących schodach na śniadanie.
Zastała tam Gallorana, Jashera, Farfalee i Jasona, oraz kilka strażników.
-O Rachel, w samą porę! - rzekł uradowany król.
Dziewczyna podeszła do nich i przywitała się. Dosiadła się do ich stołu.
-A więc nie wypłyniemy dzisiaj? - zapytał Jasher.
-Nie, nie chcemy chyba natrafić na sztrom. - Odparł Galloran.
-Płomień poinformował mnie, że prawdopodobnie będzie sztorm - odezwała się Rachel.
-W takim razie nie płyniemy dzisiaj. - Westchnął Jason.
-Taki byłby rozsądny wybór. - Zgodził się król i dokończył jeść śniadanie.
-Ale spóźnimy się na ślub. - Przypomniała dziewczyna.
-Rachel ma racje - powiedziała cicho Farfalee - mogłabyś polecieć na Płomieniu i rozpoznać sytuację? - zwróciła się do niej.
-Jasne, że tak. Po śniadaniu spotkam się z nim kilometr od miasta i obejrzymy wszystko z góry - zapewniła i zjadła kęs chleba z wołowiną.
-To świetnie. W tym czasie ja z wami obejrzę statek. - Postanowił król.
Po skończonym posiłku Rachel poszła do pokoju po płaszcz. Wyjrzała przez okno, i stwierdziła, że już tylko mży. To dobrze, przynajmniej nie zmoknę. Posłała mentalną wiadomość Płomieniowi, i nie czekając na jego odpowiedź wyszła z gospody na deszcz. Zerknęła w stronę stajni po czym zadecydowała, że nie potrzebny jej koń. Przecież to niedaleko. Skierowała się uliczką do południowej bramy. Mijając przechodniów słyszała niepokojące słowa. Budziła postrach, między innymi przez smoka, ale też dlatego, że znała świetnie edomicki i mogłaby słowem zmienić ich życie w piekło.
Uznawano ją za mroczną i tajemniczą postać, choć wcale taka nie była. Postanowiła to zignorować. Strażnik stojący przy bramie zapytał:
-Dokąd to idziesz?
Zdjęła kaptur, pozwalając mu rozpoznać ją. Kiwnął tylko głową.

                                                                           ***
Płomień wzniósł się w górę, na tyle, by móc ocenić pogodę. Rachel postanowiła zostać na dole, a Płomień będzie podsyłał jej obrazy. Chmury. Deszcz. Wzburzone wody oceanu. Ciemne niebo ze strony zachodniej.  Gwałtowne fale. Lekko chwiejące się drzewa. Port. Statki.
-Dobra, starczy. - Rachel otworzyła oczy i obrazy znikły. - Wracam do miasta.
-Zaczekaj. Mam pomysł. - Zleciał na ziemię. - Jeśli wyruszymy teraz, sztorm nas ominie.
-Tak? - Rachel była szczerze zaskoczona. - Ominąć tak rozległy sztorm?
-Owszem, sztorm jest na zachodzie, co nam będzie mogło przeszkodzić, ale wiatr wieje na południe. Jeśli wyruszymy teraz, sztorm nas ominie. - Powtórzył.
Spojrzała na niego niepewnie. Owszem, był bardzo mądry, owszem może mieć rację, ale każdy może się mylić.
-Obyś miał rację - syknęła i ruszyła do miasta.
Chciała dotrzeć do miasta jak najszybciej, nie było czasu na zwlekanie. Pobiegła przez ścieżkę i już po kilku minutach była przy bramie. Ruszyła po kilku sekundach odpoczynku szybkim krokiem. Mieszkańcy zerkali na nią nie pewnie, lecz nie było czasu na rozmyślanie. Wpadła z hukiem do gospody i jej spojrzenie natknęło się na Gallorana pochylającego się nad mapą. Zadyszana wypaliła:
-Jeśli ruszymy teraz, ominie nas sztorm.
-Ale...
Posłała mu kilka obrazów i od razu zrozumiał.
-Idź poinformować innych, a ja poinformuję radę miasta że wypływamy. - Postanowił, zwijając mapę.
-Dobrze.
Weszła po drewnianych schodach i zapukała do drzwi Jasona.
-Wejdź. - Dobiegł głos ze środka, więc weszła.
Jason siedział na łóżku i ostrzył miecz.
-Wyruszamy teraz. Wiatr wieje na południe, więc bardzo możliwe, że uda nam się ominąć sztorm.
Wyszła z jego pokoju i zapukała do kilku innych, informując Arama z jego żoną, Sandrą. Nie mogła znaleźć innych, więc wróciła do swojego pokoju i spakowała swoje rzeczy. Zeszła na dół gdzie czekali nasiennicy.
-Wiecie już? - spytała szybko.
-Tak. Galloran powiedział, że mamy zaczekać na resztę i zaprowadzić was do statku.
Po chwili reszta zeszła, i wszyscy skierowali się do portu.


                                                                     

piątek, 5 września 2014

Działaj lub giń. Rozdział 3

  Coś tu nie pasowało. Las nagle przemienił się w bór pełen mgły i śniegu. Rachel zaczęła się trząść z zimna i ruszyła dalej. Nie znała swojego celu - musiała tam iść. Szła, by przed czymś uciec. Coś ją goniło, nie była pewna, co takiego. Bose stopy zapadały się pod śniegiem. Były całe różowe, o dziwo nie zamarznęły. Nagle usłyszała wycie, prawdopodobnie wilka. Przyspieszyła kroku, ale las się nie kończył. Znów usłyszała wycie, po czym złowrogie warknięcie. Obróciła się, i zobaczyła coś, co można by było skrzyżować z wilkiem i niedźwiedziem. Zaczęła biegnąć, a stwór ruszył za nią. Rachel cała drżała z zimna, ale musiała się stąd wydostać. Biegnij, biegnij - powtarzała. Zaczęła dyszeć ze zmęczenia, ostra kolka paliła ją w boku, a stwór się zbliżał coraz bardziej. Mknąc przez labirynty splątanych, ogołoconych z liści drzew i potykając się o wystające korzenie, zakręciło się jej w głowie. Zdesperowana, próbowała zgubić zwierza, ale ten nie dawał za wygraną. Nogi czuła, jakby były z waty. Potykając się o nie, w końcu upadła zwierz stanął przed nią i warknął. Ślina pociekła mu z paszczy.
-Nie, proszę nie! - krzyczała. 
Stwór poharatał pazurami jej ręce, nogi i twarz. Próbowała wykrzyczeć edomicką frazę, ale nie mogła, czuła się jakby ktoś jej napchał waty do ust. Cała zakrwawiona i pokaleczona zaczęła płakać. To koniec, nie udało jej się. Następnie otwarte rany, wilko-niedźwiedź zaczął je lizać, jakby krew była jego ulubionym napojem. Każde muśnięcie szorstkim językiem bolało, tak samo, jak posypywanie ran solą. 
-Zostaw mnie! - szarpała się, ale nie mogła się ruszyć. 
Zwierzę zaczęło znów ranić, po czym zanurzyło swe kły w brzuchu Rachel...

                                                                           ***
Gwałtownie otworzyła oczy. Miała je wilgotne, policzki słone od łez. Ręce jej drgały. Była cała spocona. Przeczesała palcami włosy i odrzuciła kołdrę. Kiedy wstała, zakręciło jej się w głowie. Ubrała płaszcz i wyszła z pokoju. Jak zawsze, przy jej pokoju stał jeden wartownik, pogrążony w półśnie. Na widok Rachel, ożywił się i zapytał:
-A dokąd to panienka idzie?
-Przejść się. - Odparła Rachel i ruszyła swoją drogą, wiedząc, że wartownik jej na to pozwoli. Zapomniała ubrać kapci, od lodowatych kafelków miała dreszcze. Przez okna zamku wlewała się srebrna poświata księżyca. Rachel nie potrafiła określić, która godzina. Nagle zakręciło jej się w głowie tak bardzo, że omal się nie przewróciła. Podparła się ręką ściany, i usiadła na parapecie opierając się o kamienną ścianę. Okno wychodziło na biedniejszą strefę Trensicourt. Mieszkali tam ludzie, którzy byli biedni, głodni i schorowani. Na widok takich ludzi, Rachel serce pękało. Otworzyła okno, by wleciało świeże powietrze. W zamku nocą było dość duszno. Przewiesiła nogi przez okno, i wystarczyłoby tylko kilkanaście centymetrów, żeby spadła. W jej stanie mogłoby się wydawać szalone, ale pamiętajmy, że jednym słowem może zawisnąć w powietrzu. Odetchnęła cichutko i zaczęła myśleć, o tym co zrobiła, i co trzeba zrobić. Wróciłam do Lyrianu. Naruszyłam przepowiednię, przez co Lyrian najprawdopodobniej upadnie. Wyruszyłam na polowanie na Szarych Jeźdźców. Pojmano nas. Można powiedzieć, że zdradziłam Gallorana, chociaż nie do końca. Próbowałam wyłudzić informacje. Uciekłam. Uciekając, trafił mnie bełt z jakąś trucizną, nie wiem co się ze mną dzieje. Jasona wywieziono na inny kontynent, jako niewolnika. Z trudem odzyskałam siły. Nie posłuchałam się króla. Ukradłam mapę, uciekłam do Celestynowej Biblioteki. Przez moją głupotę o mało nie zabiłam się, ale stworzyłam smoka. Poleciałam na nim do Zaghary. Odbiłam Jasona. Był atak na zamek, a ja nic nie mogłam zrobić. Schowałam się jak tchórz i czekałam. Na szczęście nic się nie stało. Ocaliłam od śmierci zdrajczynię Szarych Jeźdźców, przez co wiemy o powrocie Maldora. Czeka nas wojna, nic nie robimy tylko dyskutujemy o liczbie wojowników. Pojadę na ślub mojej przyjaciółki, Corinne. Dobrze, a co trzeba zrobić? Pokonać Maldora, chronić Gallorana i wrócić do domu. 
Rachel schowała twarz w dłoniach.
Jaka ze mnie egoistka! Wróciłam, bo nie miałam nikogo, i ten wymiar czeka zagłada. Cholera jasna.
Nagle zobaczyła w korytarzu jakiś ruch. Zmrużyła oczy i dostrzegła ciemną sylwetkę? Torivor? Nie, nie wyczuwała obecności takiego stworzenia. Zaczęła się rozglądać tak, żeby nie ruszać głową. Na korytarzu nie było żadnych wartowników, przez co Rachel czuła się trochę nieswojo. Usłyszała szelest, który można dopasować do dźwięku wyciąganego miecza. Zadrżała. Nie wiedziała co ma zrobić. Siedziała na parapecie, nogi miała podciągnięte do brody. Opierała się o framugę okna, była skierowana plecami do tajemniczego osobnika. Ten się zbliżał i w końcu stanął przy Rachel, która udawała, że śpi. Nóż wysunął się z pochwy i...
Rachel wyszeptała frazę unieruchamiającą mężczyznę. Tak, wiedziała, że to mężczyzna. Była tego pewna. Fraza zadziałała na ułamek sekundy. Co jest do jasnej...
Rachel gwałtownie otworzyła oczy. Wyciągnęła rękę, by z całej siły odepchnął nóż ale ten przystawił go do gardła dziewczyny.
-Nie ruszaj się, to nic ci się nie stanie. - Wyszeptał.
Rozpoznała ten głos. Anthony.
-Czego chcesz? -warknęła cicho.
-Informacji. Gdzie jest księga? - zapytał się jej.
-Jaka księga? - uniosła brwi.
-Ta, którą ukradłaś naszemu dowódcy. - Przycisnął mocniej jej nóż do gardła.
-Galloran ją spalił. - Wytłumaczyła cicho, zadowolona z jego reakcji:
-Że co do jasnej cholery? - warknął.
-Nie ma jej. - Uśmiechnęła się.
-Łżesz! - jego cichy ton sprawiał ją o dreszcze.
-No coś ty. Ja nigdy nie kłamię. - Syknęła i wypowiedziała frazę uduszającą.
Nic.
Nic się nie stało.
Nawet nie zadrżał.
Zupełnie nic.
-Nie mądrze, panno Rachel, wyjątkowo niepochopnie. - Uśmiechnął się obnażając zęby.
Zaatakowała plecionką fraz. Żadna nie zadziałała, a jeśli już to na chwilę, jedynie ułamek sekundy.
-Jaja sobie robisz. - Syknęła i podparła się ściany. Zakręciło się jej w głowie.
-Wszyscy zginiecie. - Westchnął. - A szkoda.
Spoliczkowała go. Wstała i uderzyła łokciem oszołomionego Anthony'ego w żebro. Chwycił się tam, wyciągnął nóż i zamachnął się nożem.
Minął ją o kilka cali, spróbowała go kopnąć, kiedy ten zwinnie odskoczył. Próbując go uderzyć, potknęła się, i upadła uderzając się w głowę. Zobaczyła mroczki przed oczami. Mężczyzna wyciągnął miecz do ostatniego ciosu, kiedy ta wyjęła sztylet z koszuli nocnej i przejechała nim po nodze Szarego Jeźdźca. Zawył z bólu i upadł na ziemię. Krzyk przyciągnął uwagę wartowników. Przybiegli po krótkiej chwili.

                                                                             ***
-Tak po prostu nie zadziałały twoje frazy? - Galloran uniósł brwi. Dopił herbatę.
-Tak. Czułam, jakby broniła go jakaś blokada.
-Dobrze więc. Chciałbym ci coś pokazać. Chodź ze mną.
Razem wstali z foteli i udali się na parter zamku. Mijając strażników, ci kłonili się przed królem i Rachel. Król wyciągnął klucz, i zatrzymali się przy drewnianych drzwiach. Rachel skojarzyła, że jest to archiwum. Kiedy weszli, zobaczyła mnóstwo szaf i pułek, zakurzonych skrzyń i różnych przedmiotów. Edomicką frazą zapalił lampkę. Rachel zamrugała kilka razy. Galloran podszedł do jednej z półek i wyciągnął małą skrzynkę. Otworzył ją, i wziął do ręki mały wisiorek z rzemyków. Podszedł do Rachel i pokazał jej to.
-Wiesz co to jest? - zapytał.
Pokręciła głową. Odruchowo dotknęła swojej bransoletki, którą dostała od Jasona. Pomuskała ją palcami.
-Jak pamiętasz, Zokar był pomysłowym czarnoksiężnikiem. Żeby buntownicy go nie atakowali, stworzył naszyjniki, które chroniły od fraz - wytłumaczył cierpliwie Galloran.
-Wszystkich? - Rachel wytrzeszczyła oczy.
-Tak, ale nie wiadomo, czy nie istnieją przypadkiem frazy, które potrafią to przełamać.
-Na pewno muszą. - Oznajmiła Rachel.
-Też tak myślę - zgodził się Galloran.
-Czyli... jest to dzieło samego Zokara?
-Owszem. Lepiej będzie, jak to schowam, bo nie mam pojęcia, jak to jest zaklęte. - Po czym odłożył rzemyk do skrzyneczki.
Wyszli z archiwum.
-Przykro mi Rachel, z powodu tego ataku. Jestem z ciebie dumny.
Rachel uśmiechnęła się blado, co jej nie wyszło.
-Coś cię trapi?
Zerknęła na niego.
-Myślę, że nie powinnam była tu wracać. - Rzuciła prosto z mostu.
Galloran przystanął. Przez chwile zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu rzekł:
-Myślę, że to było przeznaczenie. Nie wiadomo, co by się stało gdybyś tu ciągle była. Może twoim przeznaczeniem było wrócić po kilku latach. Mimo tego, lepiej żebyś została. Jestem coraz starszy, i coraz łatwiejsze frazy przechodzą mi z trudem. Mam prawie pięćdziesiąt lat. Mój umysł nigdy nie dojdzie do dobrego stanu.