czwartek, 18 września 2014

Działaj lub giń. Rozdział 4

Podróż na zachodnie wybrzeże nie trwała długo. Galloran, Rachel, Jason, Farfalee, Jasher, Aram i jego żona, oraz kilku innych nasienników, z którymi podróżowali za dawnych lat: Kerick, Halco, Andrus, Delissa i Nollin. Jechali razem z oddziałem zbrojnych, a Rachel latała na smoku i obserwowała okolicę z góry.
-Masz rację - stwierdził wtedy Galloran - przydadzą się dodatkowe oczy.
Rachel wsiadła na smoka i ten wzleciał do góry. Stęskniła się trochę za tym, więc zamknęła oczy i rozkoszowała się chłodnym wiatrem.

                                                                    ***

Wysunięty Posterunek był niewielkim miasteczkiem z dużym portem. Przy porcie zostało zacumowano mnóstwo statków, w mieście panował ruch, za pewne wywołany między innymi przybyciem Gallorana. Rachel zleciała na ziemię i zeskoczyła ze smoka na ziemię. Przed jej oczami zatańczyły mroczki. Oparła się o smoka, by dojść do siebie. Starsza rada miasteczka, wyszła na spotkanie z Galloranem. Klęknęli przed nim, kiedy ten i wszyscy inni zeszli z koni.
-Powstańcie. - Zażądał Galloran.
-Królu. - Skinęli głowami. - To zaszczyt gościć Waszą Wysokość w Wysuniętym Posterunku. Przygotowaliśmy dla pana ucztę w głównym budynku, i pokoje w naszej najlepszej gospodzie. Pomyśleliśmy, że jesteście zmęczeni podróżą na zachód - powiedział najwyższy z nich.
-Owszem, miło będzie odpocząć. Szczerze dziękujemy. Czy statek jest gotowy? - zapytał król zerkając na port.
-Oczywiście, Wasza Wysokość. - Energicznie pokiwał głową -  zapasy i załoga gotowa.
-To cudownie. Prosiłbym o nakarmienie naszych koni oraz o odświeżeniu ich.
-Zabiera je pan na statek? - zdziwił się rozmówca Gallorana.
-Nie, ale są już zmęczone, bardziej niż my.
-Ach, tak rozumiem. A ten smok? - spojrzał nieufnie na Rachel i Płomienia.
-Smok nie będzie stwarzał zagrożenia. - Zapewnił Galloran.
Rachel podeszła bliżej z założonymi rękami.
-To stworzenie nie może polować na terenie naszego miasta i atakować pasących się zwierząt na pobliskich łąkach. - Oznajmił mężczyzna spokojnie.
-To stworzenie nie będzie polować na wasze zwierzęta ani ich straszyć. - Westchnęła Rachel. - Przykro mi, będziesz musiał się trochę oddalać w czasie polowania. - Posłała myśli do smoka.
Westchnął w myślach, ale Rachel wiedziała, że się zgodził.
-W takim razie, zapraszam na ucztę! - rzekł uradowany mężczyzna i poprowadził ich do siedziby Wysuniętego Posterunku.

                                                                       ***
Uczta była skromna. Jeden, ogromny stół został nakryty czerwonym, wyblakłym materiałem.  Stały na nim misy z mięsem, owocami i innym jedzeniem, oraz dzbany z winem, wodą i chyba herbatą. Posiłek trwał krótko, wieczorem wszyscy razem poszli do gospody "Złote piaski".  Przed jej pokojem postawiono strażnika, aby dziewczyna była bezpieczna. Oparła głowę na poduszce, kiedy ktoś zapukał w drzwi.
-Proszę. - Zawołała i w drzwiach pojawił się strażnik.
-Lord Jason pyta się, czy może wejść. - Oznajmił.
-Tak, oczywiście. - Zgodziła się i przetarła oczy.
Strażnik mruknął coś i Jason wszedł do jej pokoju, ubrany w swój podróżny strój.
-Mogę siąść? - zapytał wskazując krzesło.
-Jasne. - Kiwnęła głową.
Opadł na krześle, wyraźnie zmęczony.
-I jak ci się tu podoba? - zapytała Jasona Rachel.
-Średnio. Strasznie tu duszno i wilgotno. Przynajmniej wiatr wieje od zachodu, bo bym się tu udusił.
Jason miał racje, w tym mieście panowały tropiki i Rachel ciągle była zlana potem.
-No racja.
-Zauważyłaś, że Meridan ma coś z Gredz.. Gre.. jak to było?
-Grecji? - podsunęła mu dziewczyna.
-Tak, tak. - Spuścił wzrok zakłopotany. Było mu wstyd, że już nie pamiętał państw z jego świata.
-Rzeczywiście. Budowle przypominają greckie.
Kiedy się nie odezwał, spytała:
-Mogę się o coś ciebie zapytać?
Uniósł brwi w pytającym geście.
-Czy uważasz, że powinnam wrócić do swojego świata?
Jason wydawał się zszokowany.
-Że.. że co?
-Jeden musi zostać, drugi wrócić. Naruszyłam przepowiednię.
-Matko, Rachel, nie. Rozmawiałaś o tym z Galloranem?
-Tak.
-I co powiedział? - Jason się wyprostował.
-Że może miałam odejść, by kiedyś wrócić. - Przewróciła oczami.
-On może mieć rację.
-Wątpię, chociaż chciałabym, żeby tak było. - Westchnęła.
-Powinienem już iść. Jest późno, a musimy wcześnie wstać.
-Racja.

                                                                          ***
Obudziły ją bębniące krople deszczu. Wstała, przeciągając się i zobaczyła chmury wiszące nisko nad niebem. No no, pogoda się chyba zmieniła, pomyślała. Wyszukała umysłem swojego smoka, Płomienia. Był daleko więc posłała myśli mocniej, niż dotychczas:
-Myślisz, że będzie sztorm? 
Minęła chwila, zanim rozległa się odpowiedź:
-Tak. Chyba wyruszymy za kilka dni.
Westchnęła, bo chciała już wypłynąć na morze i spotkać się z Corinne.
-A to pech. Upolowałeś coś?
-Tak, owcę.
Zaklęła pod nosem.
-Mówiłam ci coś! Teraz mieszkańcy tego miasta będą do mnie mieli pretensje..
-Spokojnie, spokojnie. Ta owca uciekła od stada. Była wycieńczona, więc postanowiłem skrócić jej cierpienia i ją zjeść.
-Niech ci będzie. Idę coś zjeść.
Przebrała się w koszulę z długimi rękawami i w długie spodnie. Zasznurowała wysokie buty, i zeszła po skrzypiących schodach na śniadanie.
Zastała tam Gallorana, Jashera, Farfalee i Jasona, oraz kilka strażników.
-O Rachel, w samą porę! - rzekł uradowany król.
Dziewczyna podeszła do nich i przywitała się. Dosiadła się do ich stołu.
-A więc nie wypłyniemy dzisiaj? - zapytał Jasher.
-Nie, nie chcemy chyba natrafić na sztrom. - Odparł Galloran.
-Płomień poinformował mnie, że prawdopodobnie będzie sztorm - odezwała się Rachel.
-W takim razie nie płyniemy dzisiaj. - Westchnął Jason.
-Taki byłby rozsądny wybór. - Zgodził się król i dokończył jeść śniadanie.
-Ale spóźnimy się na ślub. - Przypomniała dziewczyna.
-Rachel ma racje - powiedziała cicho Farfalee - mogłabyś polecieć na Płomieniu i rozpoznać sytuację? - zwróciła się do niej.
-Jasne, że tak. Po śniadaniu spotkam się z nim kilometr od miasta i obejrzymy wszystko z góry - zapewniła i zjadła kęs chleba z wołowiną.
-To świetnie. W tym czasie ja z wami obejrzę statek. - Postanowił król.
Po skończonym posiłku Rachel poszła do pokoju po płaszcz. Wyjrzała przez okno, i stwierdziła, że już tylko mży. To dobrze, przynajmniej nie zmoknę. Posłała mentalną wiadomość Płomieniowi, i nie czekając na jego odpowiedź wyszła z gospody na deszcz. Zerknęła w stronę stajni po czym zadecydowała, że nie potrzebny jej koń. Przecież to niedaleko. Skierowała się uliczką do południowej bramy. Mijając przechodniów słyszała niepokojące słowa. Budziła postrach, między innymi przez smoka, ale też dlatego, że znała świetnie edomicki i mogłaby słowem zmienić ich życie w piekło.
Uznawano ją za mroczną i tajemniczą postać, choć wcale taka nie była. Postanowiła to zignorować. Strażnik stojący przy bramie zapytał:
-Dokąd to idziesz?
Zdjęła kaptur, pozwalając mu rozpoznać ją. Kiwnął tylko głową.

                                                                           ***
Płomień wzniósł się w górę, na tyle, by móc ocenić pogodę. Rachel postanowiła zostać na dole, a Płomień będzie podsyłał jej obrazy. Chmury. Deszcz. Wzburzone wody oceanu. Ciemne niebo ze strony zachodniej.  Gwałtowne fale. Lekko chwiejące się drzewa. Port. Statki.
-Dobra, starczy. - Rachel otworzyła oczy i obrazy znikły. - Wracam do miasta.
-Zaczekaj. Mam pomysł. - Zleciał na ziemię. - Jeśli wyruszymy teraz, sztorm nas ominie.
-Tak? - Rachel była szczerze zaskoczona. - Ominąć tak rozległy sztorm?
-Owszem, sztorm jest na zachodzie, co nam będzie mogło przeszkodzić, ale wiatr wieje na południe. Jeśli wyruszymy teraz, sztorm nas ominie. - Powtórzył.
Spojrzała na niego niepewnie. Owszem, był bardzo mądry, owszem może mieć rację, ale każdy może się mylić.
-Obyś miał rację - syknęła i ruszyła do miasta.
Chciała dotrzeć do miasta jak najszybciej, nie było czasu na zwlekanie. Pobiegła przez ścieżkę i już po kilku minutach była przy bramie. Ruszyła po kilku sekundach odpoczynku szybkim krokiem. Mieszkańcy zerkali na nią nie pewnie, lecz nie było czasu na rozmyślanie. Wpadła z hukiem do gospody i jej spojrzenie natknęło się na Gallorana pochylającego się nad mapą. Zadyszana wypaliła:
-Jeśli ruszymy teraz, ominie nas sztorm.
-Ale...
Posłała mu kilka obrazów i od razu zrozumiał.
-Idź poinformować innych, a ja poinformuję radę miasta że wypływamy. - Postanowił, zwijając mapę.
-Dobrze.
Weszła po drewnianych schodach i zapukała do drzwi Jasona.
-Wejdź. - Dobiegł głos ze środka, więc weszła.
Jason siedział na łóżku i ostrzył miecz.
-Wyruszamy teraz. Wiatr wieje na południe, więc bardzo możliwe, że uda nam się ominąć sztorm.
Wyszła z jego pokoju i zapukała do kilku innych, informując Arama z jego żoną, Sandrą. Nie mogła znaleźć innych, więc wróciła do swojego pokoju i spakowała swoje rzeczy. Zeszła na dół gdzie czekali nasiennicy.
-Wiecie już? - spytała szybko.
-Tak. Galloran powiedział, że mamy zaczekać na resztę i zaprowadzić was do statku.
Po chwili reszta zeszła, i wszyscy skierowali się do portu.


                                                                     

piątek, 5 września 2014

Działaj lub giń. Rozdział 3

  Coś tu nie pasowało. Las nagle przemienił się w bór pełen mgły i śniegu. Rachel zaczęła się trząść z zimna i ruszyła dalej. Nie znała swojego celu - musiała tam iść. Szła, by przed czymś uciec. Coś ją goniło, nie była pewna, co takiego. Bose stopy zapadały się pod śniegiem. Były całe różowe, o dziwo nie zamarznęły. Nagle usłyszała wycie, prawdopodobnie wilka. Przyspieszyła kroku, ale las się nie kończył. Znów usłyszała wycie, po czym złowrogie warknięcie. Obróciła się, i zobaczyła coś, co można by było skrzyżować z wilkiem i niedźwiedziem. Zaczęła biegnąć, a stwór ruszył za nią. Rachel cała drżała z zimna, ale musiała się stąd wydostać. Biegnij, biegnij - powtarzała. Zaczęła dyszeć ze zmęczenia, ostra kolka paliła ją w boku, a stwór się zbliżał coraz bardziej. Mknąc przez labirynty splątanych, ogołoconych z liści drzew i potykając się o wystające korzenie, zakręciło się jej w głowie. Zdesperowana, próbowała zgubić zwierza, ale ten nie dawał za wygraną. Nogi czuła, jakby były z waty. Potykając się o nie, w końcu upadła zwierz stanął przed nią i warknął. Ślina pociekła mu z paszczy.
-Nie, proszę nie! - krzyczała. 
Stwór poharatał pazurami jej ręce, nogi i twarz. Próbowała wykrzyczeć edomicką frazę, ale nie mogła, czuła się jakby ktoś jej napchał waty do ust. Cała zakrwawiona i pokaleczona zaczęła płakać. To koniec, nie udało jej się. Następnie otwarte rany, wilko-niedźwiedź zaczął je lizać, jakby krew była jego ulubionym napojem. Każde muśnięcie szorstkim językiem bolało, tak samo, jak posypywanie ran solą. 
-Zostaw mnie! - szarpała się, ale nie mogła się ruszyć. 
Zwierzę zaczęło znów ranić, po czym zanurzyło swe kły w brzuchu Rachel...

                                                                           ***
Gwałtownie otworzyła oczy. Miała je wilgotne, policzki słone od łez. Ręce jej drgały. Była cała spocona. Przeczesała palcami włosy i odrzuciła kołdrę. Kiedy wstała, zakręciło jej się w głowie. Ubrała płaszcz i wyszła z pokoju. Jak zawsze, przy jej pokoju stał jeden wartownik, pogrążony w półśnie. Na widok Rachel, ożywił się i zapytał:
-A dokąd to panienka idzie?
-Przejść się. - Odparła Rachel i ruszyła swoją drogą, wiedząc, że wartownik jej na to pozwoli. Zapomniała ubrać kapci, od lodowatych kafelków miała dreszcze. Przez okna zamku wlewała się srebrna poświata księżyca. Rachel nie potrafiła określić, która godzina. Nagle zakręciło jej się w głowie tak bardzo, że omal się nie przewróciła. Podparła się ręką ściany, i usiadła na parapecie opierając się o kamienną ścianę. Okno wychodziło na biedniejszą strefę Trensicourt. Mieszkali tam ludzie, którzy byli biedni, głodni i schorowani. Na widok takich ludzi, Rachel serce pękało. Otworzyła okno, by wleciało świeże powietrze. W zamku nocą było dość duszno. Przewiesiła nogi przez okno, i wystarczyłoby tylko kilkanaście centymetrów, żeby spadła. W jej stanie mogłoby się wydawać szalone, ale pamiętajmy, że jednym słowem może zawisnąć w powietrzu. Odetchnęła cichutko i zaczęła myśleć, o tym co zrobiła, i co trzeba zrobić. Wróciłam do Lyrianu. Naruszyłam przepowiednię, przez co Lyrian najprawdopodobniej upadnie. Wyruszyłam na polowanie na Szarych Jeźdźców. Pojmano nas. Można powiedzieć, że zdradziłam Gallorana, chociaż nie do końca. Próbowałam wyłudzić informacje. Uciekłam. Uciekając, trafił mnie bełt z jakąś trucizną, nie wiem co się ze mną dzieje. Jasona wywieziono na inny kontynent, jako niewolnika. Z trudem odzyskałam siły. Nie posłuchałam się króla. Ukradłam mapę, uciekłam do Celestynowej Biblioteki. Przez moją głupotę o mało nie zabiłam się, ale stworzyłam smoka. Poleciałam na nim do Zaghary. Odbiłam Jasona. Był atak na zamek, a ja nic nie mogłam zrobić. Schowałam się jak tchórz i czekałam. Na szczęście nic się nie stało. Ocaliłam od śmierci zdrajczynię Szarych Jeźdźców, przez co wiemy o powrocie Maldora. Czeka nas wojna, nic nie robimy tylko dyskutujemy o liczbie wojowników. Pojadę na ślub mojej przyjaciółki, Corinne. Dobrze, a co trzeba zrobić? Pokonać Maldora, chronić Gallorana i wrócić do domu. 
Rachel schowała twarz w dłoniach.
Jaka ze mnie egoistka! Wróciłam, bo nie miałam nikogo, i ten wymiar czeka zagłada. Cholera jasna.
Nagle zobaczyła w korytarzu jakiś ruch. Zmrużyła oczy i dostrzegła ciemną sylwetkę? Torivor? Nie, nie wyczuwała obecności takiego stworzenia. Zaczęła się rozglądać tak, żeby nie ruszać głową. Na korytarzu nie było żadnych wartowników, przez co Rachel czuła się trochę nieswojo. Usłyszała szelest, który można dopasować do dźwięku wyciąganego miecza. Zadrżała. Nie wiedziała co ma zrobić. Siedziała na parapecie, nogi miała podciągnięte do brody. Opierała się o framugę okna, była skierowana plecami do tajemniczego osobnika. Ten się zbliżał i w końcu stanął przy Rachel, która udawała, że śpi. Nóż wysunął się z pochwy i...
Rachel wyszeptała frazę unieruchamiającą mężczyznę. Tak, wiedziała, że to mężczyzna. Była tego pewna. Fraza zadziałała na ułamek sekundy. Co jest do jasnej...
Rachel gwałtownie otworzyła oczy. Wyciągnęła rękę, by z całej siły odepchnął nóż ale ten przystawił go do gardła dziewczyny.
-Nie ruszaj się, to nic ci się nie stanie. - Wyszeptał.
Rozpoznała ten głos. Anthony.
-Czego chcesz? -warknęła cicho.
-Informacji. Gdzie jest księga? - zapytał się jej.
-Jaka księga? - uniosła brwi.
-Ta, którą ukradłaś naszemu dowódcy. - Przycisnął mocniej jej nóż do gardła.
-Galloran ją spalił. - Wytłumaczyła cicho, zadowolona z jego reakcji:
-Że co do jasnej cholery? - warknął.
-Nie ma jej. - Uśmiechnęła się.
-Łżesz! - jego cichy ton sprawiał ją o dreszcze.
-No coś ty. Ja nigdy nie kłamię. - Syknęła i wypowiedziała frazę uduszającą.
Nic.
Nic się nie stało.
Nawet nie zadrżał.
Zupełnie nic.
-Nie mądrze, panno Rachel, wyjątkowo niepochopnie. - Uśmiechnął się obnażając zęby.
Zaatakowała plecionką fraz. Żadna nie zadziałała, a jeśli już to na chwilę, jedynie ułamek sekundy.
-Jaja sobie robisz. - Syknęła i podparła się ściany. Zakręciło się jej w głowie.
-Wszyscy zginiecie. - Westchnął. - A szkoda.
Spoliczkowała go. Wstała i uderzyła łokciem oszołomionego Anthony'ego w żebro. Chwycił się tam, wyciągnął nóż i zamachnął się nożem.
Minął ją o kilka cali, spróbowała go kopnąć, kiedy ten zwinnie odskoczył. Próbując go uderzyć, potknęła się, i upadła uderzając się w głowę. Zobaczyła mroczki przed oczami. Mężczyzna wyciągnął miecz do ostatniego ciosu, kiedy ta wyjęła sztylet z koszuli nocnej i przejechała nim po nodze Szarego Jeźdźca. Zawył z bólu i upadł na ziemię. Krzyk przyciągnął uwagę wartowników. Przybiegli po krótkiej chwili.

                                                                             ***
-Tak po prostu nie zadziałały twoje frazy? - Galloran uniósł brwi. Dopił herbatę.
-Tak. Czułam, jakby broniła go jakaś blokada.
-Dobrze więc. Chciałbym ci coś pokazać. Chodź ze mną.
Razem wstali z foteli i udali się na parter zamku. Mijając strażników, ci kłonili się przed królem i Rachel. Król wyciągnął klucz, i zatrzymali się przy drewnianych drzwiach. Rachel skojarzyła, że jest to archiwum. Kiedy weszli, zobaczyła mnóstwo szaf i pułek, zakurzonych skrzyń i różnych przedmiotów. Edomicką frazą zapalił lampkę. Rachel zamrugała kilka razy. Galloran podszedł do jednej z półek i wyciągnął małą skrzynkę. Otworzył ją, i wziął do ręki mały wisiorek z rzemyków. Podszedł do Rachel i pokazał jej to.
-Wiesz co to jest? - zapytał.
Pokręciła głową. Odruchowo dotknęła swojej bransoletki, którą dostała od Jasona. Pomuskała ją palcami.
-Jak pamiętasz, Zokar był pomysłowym czarnoksiężnikiem. Żeby buntownicy go nie atakowali, stworzył naszyjniki, które chroniły od fraz - wytłumaczył cierpliwie Galloran.
-Wszystkich? - Rachel wytrzeszczyła oczy.
-Tak, ale nie wiadomo, czy nie istnieją przypadkiem frazy, które potrafią to przełamać.
-Na pewno muszą. - Oznajmiła Rachel.
-Też tak myślę - zgodził się Galloran.
-Czyli... jest to dzieło samego Zokara?
-Owszem. Lepiej będzie, jak to schowam, bo nie mam pojęcia, jak to jest zaklęte. - Po czym odłożył rzemyk do skrzyneczki.
Wyszli z archiwum.
-Przykro mi Rachel, z powodu tego ataku. Jestem z ciebie dumny.
Rachel uśmiechnęła się blado, co jej nie wyszło.
-Coś cię trapi?
Zerknęła na niego.
-Myślę, że nie powinnam była tu wracać. - Rzuciła prosto z mostu.
Galloran przystanął. Przez chwile zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu rzekł:
-Myślę, że to było przeznaczenie. Nie wiadomo, co by się stało gdybyś tu ciągle była. Może twoim przeznaczeniem było wrócić po kilku latach. Mimo tego, lepiej żebyś została. Jestem coraz starszy, i coraz łatwiejsze frazy przechodzą mi z trudem. Mam prawie pięćdziesiąt lat. Mój umysł nigdy nie dojdzie do dobrego stanu.