Dokończyłam edomicką frazę i spojrzałam w lustro by ocenić efekty. Nie musiałam się bardzo zmieniać - z resztą kto by zapamiętał idealnie detale mojej twarzy? Zmieniłam włosy - z kasztanowych do ramion na ciemno brązowe do łopatek. Zmieniłam też kolor oczów - zamiast brązowych pojawiły się szaro-zielone.
Wyjrzałam zza okno. Była już noc, a mi się kleiły powieki. Zdmuchnęłam świecę i położyłam się na łóżku. Przykryłam się kołdrą i zapadłam w sen.
-Rachel! - usłyszałam jakiś kobiecy głos.
Rozejrzałam się. Stałam w jakimś staroświeckim, eleganckim domu. Zdawał się być opuszczony.
-Rachel! - ktoś panikował.
-Halo?! - zawołałam. - Jest tu kto?
Usłyszałam skrzypienie desek.
-Tutaj... - szepnął ktoś.
Skrzyżowałam ramiona.
-To nie jest śmieszne!
Nagle przede mną stanęła kobieta. Wyglądała jak duch - była cała biała i lekko przezroczysta. Długa suknia była brudna i podarta. W brzuchu miała nóż, z rany lała się czarna krew.
Chciałam uciec. To, co przede mną stało nie było człowiekiem ani niczym dobrym.
-Zaczekaj - tajemnicza istota chwyciła mnie za rękę - musisz mnie wysłuchać. Nie zrobię ci krzywdy.
-Kim jesteś? - zapytałam.
-Mam na imię Amber Woodruff. - Oznajmiła i uśmiechnęła się.
-Mam tak na nazwisko - powiedziałam powoli.
-Jestem twoją praprababką. Ty... musisz mnie wysłuchać.
Zamrugałam i zacisnęłam zęby.
-Słucham.
-W 1868 roku odkryłam jedną możliwość pokonania Maldora. W twoim... naszym Poza istnieje przedmiot, który aktywuje edomicki. Veilleurson go ma. Jest to mój naszyjnik, który zaklęłam do tej czynności. Człowiek, który dźgnął cię na ślubie twojej przyjaciółki miał na imię Gus. Znałam go. Mówił, że mi pomaga, ale mnie zdradził. Współpracował z Maldorem, przed śmiercią to odkryłam. Stworzyłam kopię naszyjnika i dałam ją mojemu mężowi, Bartonowi. Oryginalny naszyjnik znajduje się w Chicago, w Stanach Zjednoczonych. Wiem, że chcesz dołączyć do veilleurów. Musisz znaleźć naszyjnik. Jest schowany z moimi dziennikami, w których wszystko jest opisane, w tym domu. Chodź. Pokażę ci.
Słuchałam jak oczarowana i poszłam za kobietą. Weszła na drugie piętro i otwarła jakieś drzwi. W środku znajdowała się elegancka sypialnia. Amber Woodruff podeszła do kredensu i otwarła szufladkę. Wyciągnęła z niej jakieś pudełko i je otwarła.
Zajrzałam do środka. Znajdowały się w nim jakieś stare dzienniki i srebrny naszyjnik z różą.
-To on. - Oznajmiła. - Musisz go znaleźć. Zawarte jest w nim zaklęcie... tak jakby... Słowo. Słowo niszczące Maldora. Obserwowałam cię cały czas. Wiem, że szukałaś Słowa, ale ono zniszczyło Orrucka.
Pokiwałam głową.
-Żeby zniszczyć Maldora raz na zawsze musisz znaleźć ten naszyjnik, uaktywnić jego magię i wypowiedzieć następujące słowa: "Prehostivanore". Bez wisiorka one nie zadziałają. Ja... nie zdążyłam tego zrobić. Mogę ci tylko życzyć powodzenia. Wrogowie już o tym wiedzą. Musisz się pospieszyć. Może spotkasz mnie w następnym śnie. A teraz... obudź się.
***
-Nie wiem! Po prostu... pojawiła się w moim śnie i mi to powiedziała. - Powiedziałam po raz kolejny.
Kiedy się obudziłam pobiegłam prosto do Gallorana. On zwołał najbardziej zaufanych ludzi - Nicholasa, swojego doradcę, Jasona i Logana.
-Przeanalizujmy to od nowa. Pojawiła się w twoim śnie, i powiedziała ci jak zniszczyć Maldora. - Powiedział Logan. - Mówiła coś jeszcze?
-Hm.. wspominała o Anthonym. On mnie dźgnął. Tak naprawdę ma na imię Gus. Powiedział mi jak ma na imię, ale uznałam to za nie istotne.
Zapanowała cisza. Galloran odchrząknął.
-To jest bardzo istotne! - jęknął Logan. - Jest veilleurem po stronie Maldora.
-Co?! - odezwały się na raz cztery głosy.
-To wszystko zmienia - powiedział czarnowłosy Logan - on jest cholernie niebezpieczny. Taki pupilek rady. Musimy się jak najszybciej przenieść. Duch z twojego snu sam powiedział, że mamy się pospieszyć. Więc... nadszedł już czas. Musimy to zrobić.
Galloran zacisnął usta.
-Rób co do ciebie należy - powiedział.
Logan nabrał powietrza.
-Chwyćcie mnie za ręce - polecił mnie i Jasonowi.
Wykonaliśmy polecenie.
-Skupcie się. - Mruknął.
Zaczął mówić jakąś zupełnie nieznaną mi frazę. Zmarszczyłam brwi, ale miałam się skupić. Zamknęłam oczy i odetchnęłam. Rozumiałam edomicki. Gdyby przełożyć to na nasz język brzmiało by to "Do innego Poza".
Zanim zorientowałam się co się stało, nagle coś się zmieniło.
***
Komnata zniknęła. Zamiast kamiennych płytek na podłodze, czułam, że stałam w polu. Otworzyłam oczy. Koło mnie stali Jason i Logan, zdezorientowani tak jak ja. Zboża muskały moje ramiona i tułów. Było ciepło, powoli wschodziło słońce. Powietrze było na pewno inne.
-Gdzie nas przywiało? - zapytał Jason.
Wymamrotałam frazę, ale zabrzmiała ona jak bezsensowny bełkot. Byliśmy w moim Poza.
W naszym Poza.
Logan pokręcił głową i wzruszył ramionami. Pole było ogromne, różniło się od tego, w którym wylądowałam gdy wróciłam z Poza po raz pierwszy. Nie dostrzegłam nigdzie żadnych ludzi ani domostw.
-Uprawy rolne. W promieniu 10 kilometrów musi być jakieś gospodarstwo. - Powiedział Logan i ruszył przez wysokie zboża.
Dobry Boże, wróciłam do domu. Zerknęłam na nasze ubrania. Nie powinny być dla innych ludzi dziwne - wszyscy mieliśmy zwyczajne spodnie i koszule, która była na mnie za duża, a nogawki musiałam podwinąć aż trzy razy.
-Tam! - zawołał Logan i wskazał ręką jakiś obiekt, kilometr od nas.
Stał tam niewielki dom z zagrodą i stodołą. Pobiegliśmy w tamtą stronę. Ostre liście cięły mi ramiona i policzki. Starałam się dogonić Logana, ale biegł bardzo szybko. Potykałam się o różne kamienie, i modliłam się, aby w trawie nie było żadnych żmii i węży.
Pole się skończyło, ja byłam cała zdyszana. Domostwo nie wyglądało na bogate. Było całe drewniane, wokół były drzewa. Weszliśmy na ganek i Jason zastukał w drzwi.
Cisza.
Odczekaliśmy kilka sekund, minut.
-Halo? - zawołał Logan i ponownie zastukał.
Żadnej odpowiedzi. Czarnowłosy otworzył drzwi, które ku mojemu zdumieniu - były otwarte.
-Jest tu kto?
Znów nikt nie odpowiedział. Weszliśmy do środka. Wnętrze było zwyczajne, niczym nie wyróżniające się. Przeszliśmy przed przedpokój i wkroczyliśmy do salonu.
Był cały zalany krwią.
Na podłodze leżała jakaś starsza kobieta i mężczyzna. Mieli poderżnięte gardła. Zatkałam dłonią twarz, aby nie krzyknąć. To był koszmarny widok. Przytrzymałam się ściany, nagle zaczęło mi się kręcić w głowie i żółć podeszła mi do gardła. Boże.
-Ktoś tu był. - Powiedział ponuro Jason i Logan pokiwał głową.
W milczeniu podszedł do zwłok i dotknął ich skóry. Przeszły mnie dreszcze.
-To się stało niedawno. Ich skóra jest jeszcze ciepła. - Podniósł się z kucek i przeszedł po pokoju. - Znajdźcie jakieś ubrania, pieniądze. Musimy się stąd wydostać.
Poszłam w stronę pomieszczenia kuchennego. Na stole były dwa kubki niedopitej kawy i gazeta. Wzięłam ją do ręki i przeczytałam napis na stronie tytułowej:
"Moje Richmond"
Zawołałam do moich towarzyszy:
-Jesteśmy chyba na obrzeżach Richmond - zamknęłam gazetę - w Wirginii.
Logan coś mruknął i zasunął szufladę.
-Masz jakiś pomysł gdzie trzymają pieniądze? - zawołał Jason.
Zamyśliłam się. Otworzyłam szafkę kuchenną. Talerze, kubki i... 200 dolarów w banknotach.
-Chyba mamy gotówkę! - zawołałam i wzięłam pieniądze.
Popędziłam na drugie piętro i otworzyłam pierwsze lepsze drzwi. Okazało się, że to łazienka. Zamknęłam drzwi i otwarłam inne - sypialnia. Weszłam do schludnego pokoju i podeszłam do brązowej szafy. Wisiały tam różne sukienki, płaszcze i buty. W komodzie znalazłam luźną, białą bluzkę mniej więcej w moim rozmiarze i szare, znoszone jeansy. Wciągnęłam na siebie te ubrania i z ulgą stwierdziłam, że nie muszę podwijać nogawek. Wygrzebałam jeszcze zielony sweter i wyszłam z pokoju. Zbiegłam po schodach na dół. Logan i Jason również byli przebrani.
-Gotowi? - zapytał Logan.
Skinęliśmy głową. Chcieli już wyjść, kiedy ich zatrzymałam:
-Policja dowie się o nich. Jak znajdą nasze odciski palców, to jak to wytłumaczymy?
Zapanowała cisza.
-Znajdź kluczyki, widziałam jakiś samochód na dworze - powiedziałam Jasonowi.
Podeszłam do kuchenki gazowej. Odkręciłam gaz.
-Masz kluczyki?! - zapytałam.
-Tak!
Na stole znajdowały się zapałki. Otworzyłam opakowanie i wzięłam jedną. Otarłam czubek zapałki o opakowanie i pojawił się płomień.
-Biegnijcie! - krzyknęłam, rzuciłam zapałkę na dywan, który natychmiast zajął się ogniem i sama pobiegłam do drzwi.
Jason i Logan biegli już w stronę zielonej terenówki. Podbiegłam od strony pasażera i wskoczyłam do samochodu. Logan zajął miejsce z przodu, Jason z tyłu. Chłopak włożył kluczyki to stacyjki i samochód ożył. Obejrzałam się w stronę domostwa - z okien unosił się dym. Nagle dach się zapadł.
-Jedź! - krzyknęłam i ten wcisnął pełny gaz.
Terenówką szarpnęło, i rzuciła się do przodu. Oddalaliśmy się od płonącego domu. I nagle usłyszeliśmy huk. Dom wybuchnął, wszędzie były płomienie, dach i deski wyrzuciło w górę.
Nam nic się nie stało.
Odetchnęłam z ulgą i oparłam się. Wyjrzałam zza okno - mijaliśmy pole, słońce wisiało już nad horyzontem.
-Co teraz? - zapytałam.
-Musimy dotrzeć do centrum Richmond. Uzupełnić zapasy i kupić bilety na pociąg. Tak będzie najszybciej. Potem do Nowego Jorku. Tam znajduje się siedziba Veilleurson.
-A co z Chicago i naszyjnikiem Amber?
Chłopak pokręcił głową.
-Nie wiem. Nie wszyscy veilleur są źli. Mam kilka zaufanych znajomych. Pomogą nam zdobyć naszyjnik.
Genialny rozdział!!! Zaskoczyłaś mnie tym, że tak szybko się pojawił ;)) Umieram z ciekciekawości co będzie dalej <3<3<3. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńHmm to jest tak, że jak mam wenę, to łatwiej mi się pisze. Ale czasami utknę w takim momencie, i nie wiem co zrobić. Mam mnóstwo planów itp. ale zanim je zrealizuję - muszę coś napisać w tym czasie... i właśnie w tym kryje się trudność pisania bloga ;_;
UsuńMam nadzieję, że będziesz mieć tyle weny, że rozdziały będą pojawiały się codziennie ;)) oczywiście żartuję!!! :)) Pozdro <3
UsuńŚwietny rozdział!
OdpowiedzUsuńSzkoda mi tych ludzi. Czemu ich zabito?
Weny!