czwartek, 30 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 8

                                                                     *Rachel*

Po zakończonej uroczystości służący rozstawili stoły, nakryli je i przygotowali, a kucharze dostarczyli wyśmienity posiłek. Zasiadłam przy stoliku z Jasonem, Farfalee, Jasherem, Delissą, Nolinem, Kerickiem, Aramem i jego żoną. Galloran jako oficjalny i ważny gość zasiadł obok Corinne i jej męża Octaviana.
W srebrnych i złotych misach były sałatki, owoce, różne rodzaje mięsa, ziemniaki, inne warzywa i słodkości takie jak ciasta czy cukrowe wyroby. Wszystko było takie pyszne, że gdy się objadłam zrobiło mi się niedobrze. Wytarłam usta i przeprosiłam innych:
-Muszę się przewietrzyć.
Poszłam w stronę drzwi i wyszłam na dziedziniec. Na dworze zapadł zmrok, zrobiło się chłodno. W oknach paliły się światła dzięki czemu nie było tak ciemno.

                                                                     
                                                                          ***
                                                                      *Maldor*

Kiedy Anthony wyszedł Maldor zastanowił się i zawołał Anthony'ego z powrotem.
-Zmieniłem zdanie. - Westchnął. - Corinne ma pozostać żywa. Będzie... ceną zakładniczką. - Spojrzał na niego porozumiewawczo.
-Tak jest. - Skłonił się Anthony i wyszedł pospiesznie z komnaty jego pana.
Maldor dokończył picie wina, dotknął swojego naszyjnika z gwiazdą i westchnął do siebie:
-Czemu on nie działa do jasnej cholery?
Naszyjnik należał do Amber Woodruff, praprababki Rachel. Przed swoją śmiercią w młodym wieku (trzydzieści lat) zgromadziła mnóstwo energii w tym naszyjniku, by zabić Maldora, lecz jego sługa zbliżył się do niej by mu zaufała, i została zamordowana przez niego. Człowiek ten miał na imię Gus.

                                                                               ***
Ameryka Północna, stan Illinois. Chicago, 1887

Dym papierosowy unosił się w powietrzu. Wysoki mężczyzna zerknął za róg ciemnej uliczki i sprawdził, czy nikogo tam nie ma. Skończył palić cygara i ruszył beztrosko przed siebie z dłońmi włożonymi w ciepłe kieszenie. Minął jedną, następnie drugą przecznicę i zatrzymał się przed barem. Z wnętrza dobiegał rechot, pewnie jakiegoś pijanego hazardzisty. Wszedł do baru i omiótł go wzrokiem. W lewym kącie niczym przejmująca się para całowała się. Przy stolikach ludzie grali w pokera albo pili piwo. Mężczyzna miał wielką ochotę dosiąść się do jednego ze stolików i dołączyć się do gry, lecz miał teraz zupełnie inne sprawy do załatwienia.
Nagle poczuł coś zimnego, ostrego. Zmarszczył brwi. Ktoś za nim stał, ktoś z kim miał się tutaj spotkać.
-Masz to co miałeś przynieść? - rozległ się przy jego lewym uchu groźny szept.
-Tak. - Odparł siląc się na spokojny ton.
-A więc, Bartonie, witaj. Kopę lat. - Ostry przedmiot znikł i drugi mężczyzna go poklepał po ramieniu.
Skierowali się do stolika w kącie i rozsiedli się wygodnie.
-Zjemy? - zapytał Gus.
-Nie przyszedłem tu, by z tobą jeść posiłek. Uwierz mi, jest wiele innych osób, z którymi chciałbym to zrobić. Nie zaliczasz się do tej listy, niestety. - Odparł oschle Barton i zdjął płaszcz.
-Och, nadal się gniewasz o Amber? Musiałem ją zabić, wiedziała za dużo i w dodatku działała przeciw... - Zaśmiał się Gus i Barton mu przerwał:
-Posłuchaj, Gus. Jeśli zaraz nie zamkniesz tej przeklętej mordy to sam cię zabije, tu i teraz. Naprawdę myślisz, że wybaczę ci morderstwo mojej żony...?
-Woodruff, nie wściekaj się. Mam jej dzienniki, znalazłem na strychu. A ty, zapewne masz naszyjnik.
-Mam. - Uśmiechnął się Barton, ale tylko buzią. Jego oczy pozostały zabójczo wściekłe. Wyciągnął srebrny naszyjnik w kształcie gwiazdy.  Gus podał mu torbę z dziennikami i tak dokonali wymiany.
-Niestety... - Gus wstał i podszedł do zdziwionego Bartona. - Nie wierzę, że jesteś takim idiotą.
Wyciągnął pistolet i strzelił w lampę tym samym niszcząc jedyne źródło światła. Wyciągnął nóż i poderżnął Bartonowi gardło.
-Dobranoc, Bartonie. - Wyszeptał do trupa, wmieszał się w tłum i wyszedł zakładając cylinder.

                                                                    ***
Po powrocie do domu Gus otworzył dziennik Amber i zaczął przeglądać:

13.11.1868
Barton nie wie, że go zdradzam. Gus jest dla mnie dobry. Daje mi wszystko, co mi trzeba, Barton zawsze traktował mnie jak zepsutą zabawkę. Chociaż byliśmy razem w Poza, to nie była ta epicka miłość, którą każda kobieta chciałaby przeżyć. Ciąży jednak na mnie poczucie winy, i nie wiem co z tym zrobić.


28.11.1868
Odkryłam to. Chociaż edomicki był dostępny tylko w Poza, wyszukałam zaklęcie, które mogło je uaktywnić w naszym świecie. Swój był napisany po edomicku, a zaklęcie wymaga śmierci rzucającego. Nie chcę umierać, ale to jest potrzebne, jeśli chcemy tu sprowadzić Maldora i jednocześnie zabić go. Niestety moja córka Carmen, jeszcze nie posiada zdolności, a potrzebuję drugiej osoby, która mogłaby to zaklęcie rzucić. Oraz wystarczająco silnej, co praktycznie nieumożliwia mi działania.

1.12.1868.
Powiedziałam Gusowi. On nie chce, żebym umierała, lecz zgadza się ze mną w kwestii powagi sytuacji. Nie wiem co będzie dalej, a czas płynie.

30.12.1868
Wiem co robić. Muszę zgromadzić potrzebną energię i umieścić ją w moim naszyjniku. Utrzyma mnie przy życiu.

12.01.1869
Podejrzewam Gusa o współpracę z Maldorem. Ciągle dopytuje się mnie o moją księgę zaklęć, naszyjnik a potem znika bez śladu i wraca dopiero po kilku dniach. Nie mogę mu już ufać. 

Gus mruknął pod nosem:
-I zobacz jak skończyłaś. Żałosne.
Zamknął dziennik.

____________________________________________________________________
Dzisiaj rozdział troszkę innych, ale mam nadzieję, że się spodoba ;)


czwartek, 23 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 7

 Słońce zawisło nisko nad horyzontem, by zwolnić miejsce na niebie księżycowi. Po tym, kiedy się obudziłam, zjedliśmy posiłek składający się z bochenka chleba i pasma kurczaka. Wszyscy się odświeżyli, i wkrótce przyleciał Płomień.
Burza trochę go poturbowała, więc się nie zdziwiłam kiedy wrócił zmęczony z lekko uszkodzonym skrzydłem. Jedną frazą zasklepiłam jego ranę i znikła po chwili bez śladu. Galloran podszedł do nas i oznajmił:
-W nocy będzie zimno. Wiem, że jesteście wszyscy zmęczeni, ja w sumie też, niestety musimy dojść do najbliższej wioski. Po północy powinniśmy dojść do miasteczka o nazwie Westholly. Tam zjemy dobrą strawę i prześpimy się w wygodnych łóżkach.
Chyba wszyscy nadal odczuwali kołysanie po długim rejsie więc nie wiem, jak Galloran sobie to wyobrażał. Otuliłam się cieplej płaszczem.
-I radzę się przebrać. Wszyscy mamy na ubraniach mnóstwo soli morskiej. Wasze bagaże są na statku, więc.. wiecie.
Poszłam w stronę statku tak jak kilka innych osób. Weszłam na pokład i skierowałam się do swojej kabiny. Otworzyłam pakunek i wyciągnęłam granatowy płaszcz z kapturem, zwykłą białą koszulę i spodnie. Błyskawicznie się przebrałam i wzięłam pakunek ze sobą - w czasie drogi może się przydać.

                                                               ***

                                                            *Corinne*
Na zamku w Birde panowało zamieszanie. W pałacu dekoracje były białe niczym śnieg, wszyscy byli zabiegani i podenerwowani.
Ja z resztą też.
Stanęłam przed ogromnym lustrem. Miałam na sobie białą sukienkę z dołem obsypanym różami z materiału. Włosy upięte w kok, welon długi do ziemi. Moja służąca pisnęła:
-Na Boga! Ómorfe, wyglądasz katapilitqe!
-Desponis, Bria ma rację. Każda chciałaby tak wyglądać. - Dodała Pess.
-Och. - Westchnęłam.
Dzisiaj był mój wielki dzień. Kilka miesięcy temu książę Meridanu i miłość mojego życia, Octavian, oświadczył mi się.
-Brio i Pess, nie wiecie czy moi przyjaciele z Lyrianu przybyli już do Birde? - zapytałam.
Pokojówki pokręciły głowami.
-Nie wiemy, nasza pani. Lecz pójdziemy zapytać. - Skłoniły się nisko a ja przeczesałam swoje jasne włosy.
Wiedziałam, że o tej porze roku szaleją sztormy więc się bardzo zamartwiałam o mojego ojca i przyjaciół. Rozległo się ciche pukanie do jasnych drzwi mojej komnaty. Podbiegłam szybko do nich i otwarłam je. A wnet ujrzałam jakiegoś służącego.
-Tak? - zapytałam.
-Pani - skłonił się - Goście z zachodu przybyli.
Kamień spadł mi z serca, i moja twarz rozpromieniła się.
-Och, to cudownie! Proszę im powiedzieć, że spotkamy się przed ceremonią, lecz nie tutaj. Proszę zwołać ich do sali obrad.
-Jak sobie pani życzy. Kiedy zwołam ich, wrócę do pani.
-Nie trzeba, pójdę od razu.

                                                                 ***
                                                             *Rachel*
Miejscowość Birde była przepiękna i ciepła. Wszystkie budynki były białe, pałac był ogromny. Wybudowany z białego marmuru stał dumnie na zielonym wzgórzu. Niedaleko było miasto, pod samym wzgórzem. Ludzie byli bogaci, szczęśliwi i zdrowi. Nie uszło mojej uwadze, że wszyscy są zwiewnie ubrani, tylko my odziani w podróżne stroje jesteśmy strasznie spoceni.
Teraz wszyscy oglądali salę obrad. Z tego co nam powiedziano Corinne za chwilę powinna przyjść.
Drzwi się otwarły i stanęła w nich młoda i przepiękna kobieta. Wyglądała niczym anioł w porównaniu do nas. Zmarszczyłam brwi. Kto to? To jest...
-Corinne! - Pisnęłam i przytuliłam ją.
Służący stanął obok niej i krzyknął na mnie:
-Proszę nie dotykać panny młodej! Strażnicy!!!
-Wis, uspokój się. - Odparła zażenowana Corinne. - Wyjdź stąd.
Oczy Wisa rozszerzyły się.
-Tak jest, moja pani. - Mruknął i wyszedł z sali obrad.
Corinne się rozpromieniła.
-Przepraszam za niego. - Roześmiała się.
Machnęłam ręką i powiedziałam:
-Miło cię widzieć.
-Tęskniłam za wami. Ojcze! - Corinne rzuciła się w ramiona Gallorana i przytuliła go.
W oczach Gallorana zakręciły się łzy. Nagle jednak w drzwiach stanął jakiś człowiek i oznajmił:
-Już czas, pani. - Zwrócił się do Corinne.
Przygryzła wargę i mruknęła do nas:
-Spotkamy się później. Teraz czas wziąć ślub - roześmiała się.
Stanęliśmy na balkonach, by móc dobrze widzieć całą uroczystość. Sala Tronowa była wyłożona marmurowymi płytkami. Kolumny podtrzymujące sufit teraz były ozdobione biały różami - jak wszystko w tej sali przez co wyglądała magicznie. Mój smok, chociaż nie był mały, zmieścił się na dole, przy drzwiach. Ludzie byli na początku przestraszeni, ale Corinne ich uspokoiła, mówiąc, że ten smok uratował jej przyjaciela i jest bezpieczny.
Nagle muzyka rozbrzmiała w całej sali i Corinne prowadzona przez Gallorana za ramię przeszła powoli po czerwonym dywanie rozwiniętym aż do tronów. Galloran podał jej ramię księciu i stanęli zapatrzeni w siebie. Szczęście Corinne i Octaviana dało  się wyczuć z daleka.
Z zbyt daleka.

                                                                ***
Maldor kręcił się po pokoju i co chwilę wyglądał za okno. W końcu się zirytował i warknął na jego służącą:
-Przyprowadź mi tu tego Anthony'ego. Już!
Służka pokornie schyliła głowę i wyszła pospiesznie na korytarz. Nie musiał czekać długo, bowiem Anthony właśnie miał do niego iść. Drzwi otworzyły się i stanął w nich.
-Anthony. - Rozbrzmiał niski głos Maldora.
-Wzywałeś mnie.
-Tak. I chciałem zapytać, dlaczego nikt mi nie powiedział o ślubie w Meridanie? Czyż to Octavian nie jest po naszej stronie, by żenić się z córą mego wroga?
Anthony zamrugał.
-Uznaliśmy, że wiedziałeś o ślubie. Octavian postanowił się do niej zbliżyć, by wydobyć więcej informacji.
Maldor spojrzał na niego kpiąco.
-Octavian to mocne ogniwo. - Oznajmił Maldor. - Jeśli przejdzie na ich stronę, nasze szanse spadną...
Czarnoksiężnik zaniemówił, jakby go oświeciło.
-Anthony, Galloran i jego czarodziejka są na ślubie?
-Tak. - Odezwał się powoli Anthony.
Maldor zaśmiał się i pokręcił głową.
-Co z niego za głupiec. Kiedy on wyjeżdża, mogę zająć jego ziemie. Ale nie zależy mi na jego królestwie. Zależy mi na jego śmierci więc...
-Więc?
Podszedł do niego i spojrzał mu w oczy.
-Więc, mój drogi, wyślesz piętnastu ludzi na dziedziniec i przeteleportuję ich do Birde. A kiedy wrócą, chcę głowy Gallorana, Rachel, Jasona i Corinne.
Anthony odwzajemnił uśmiech.
-Jak sobie życzysz.

________________________________________________
Jejku, przepraszam was za długi okres bez rozdziału, ale miałam dużo nauki. Postaram się to szybko nadrobić ;)

niedziela, 12 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 6

-To wariatka! - orzekł Galloran kiedy powiedziałam mu o zmianie kursu na południe. - Chce nas zabić!
-Pani kapitan może mieć rację, królu. - Stwierdził Aram. 
Za dnia był maluchem, a w nocy olbrzymem. Chyba przyzwyczaił się do swojej większej postaci, bo jego głos miał chyba zabrzmieć... stanowczo? Nie udało mu się i król nie zauważył jego starań. 
-Sam jestem i byłem żeglarzem. Wiem co to znaczy odpowiedzialność za swoją załogę i ludzi. Gdyby pani Carsalia nie była pewna swojego, przysięgam, że nie ryzykowałaby. - Dodał.
Jason pokręcił głową.
-Czy popłyniemy tam czy gdzieś indziej, i tak będziemy musieli spotkać się ze sztormem. Oko Motyla to chyba jeden z największych sztormów na tym morzu. 
Król ukrył twarz w dłoniach i wymamrotał:
-Kto jest za płynięciem na południe?
Aram, Jason, Ja, Jasher, Farfalee i Delissa, Kerick i Halco podnieśliśmy rękę. Za to żona Arama oraz kilka innych nasienników spuściło wzrok. 
Usta Gallorana ułożyły się w "o"
-Osiem do trzech? Zaiście, jak zginiemy to miejcie pretensje nie do mnie. - Warknął król.
Nagle statkiem zatrząsnęło. Podparłam się o ścianę, by nie upaść. 
-Zbliżacie się do sztormu. - W mojej głowie rozległ się głos. Płomień.
-Myślisz, że damy radę? - zapytałam.
-Chyba tak.
-"Chyba"... no to możesz planować nasz pogrzeb. - Syknęłam.
Płomień parsknął. Liczyłam na jeszcze jakąś wiadomość ale był już za daleko. Po mojej minie, wszyscy wiedzieli o co chodzi.
Wpływamy w Oko Motyla.

                                                                       ***
Wróciłam na pokład i podeszłam do jednego z marynarzy. Był bogato ubrany. Zapytałam:
-Ty jesteś Ror? 
-Ta. Czego chcesz? - wymamrotał.
-Jaka jest sytuacja? - spytałam.
-Ech, to dopiero będzie katorga. 
-Słucham? - nie wiedziałam co oznacza owe słowo.
-"Katorga" to w gwarze marynarskiej długi rejs. - Wytłumaczył mi.
W tym samym czasie Carsalia chodziła po statku i wykrzykiwała komendy:
-Tak trzymać! Głupie kwintasy, szybciej wiosłować! Nie, nie, nie! Midszip! Słyszysz? MIDSZIP!!! Drugi, do mnie!
Ror westchnął i powiedział:
-Nienawidzę sztormów, wiesz? Wtedy trudno położyć się dobrze na kurs.
Szczęka mi opadła, kiedy słyszałam te dziwne i niezrozumiałe słowa. 
-Ludzie, mocniej wiosłować! Mocniej! Jak przepłyniecie przez nasze Oczko, to dam wam się sklarować w Meridonie!
A wiatr zaczął mocniej wiać. Targał mi włosy więc schowałam je pod kaftan. 
-Nieźle co? - Jason stanął przy mnie.
-Rozumiesz co oni mówią? - zapytałam.
-Nie, ale fajnie się ich słucha. 
Przewróciłam oczami. Odwróciłam się i zobaczyłam ogromną falę. 
-Jason! - krzyknęłam żeby się odwrócił. 
Ku mojemu zdziwieniu fala nas nie zalała. 
-Chodź, szybko. - Zawołał i pobiegliśmy pod pokład. 
Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie Galloran dyskutował na temat rejsu.
-Zaczyna się. - Oznajmił Jason. 
Farfalee, Aram i Jasher oraz Kerick spojrzeli po sobie. 
-Idziemy w takim razie pomóc. - Oznajmili i wyszli za Jasonem. 
Król wstał i zaczął składać mapy. 
-Niech pan tu zostanie. - Poprosiłam.
-Eh, Rachel, nie mogę siedzieć bezczynnie. - Westchnął.
-Nie siedzi pan bezczynnie. - Sprzeciwiłam się. - Pójdę już pomagać. 
Trudno mi było wejść po schodach, po statek z trudem pokonywał wielkie fale. Potknęłam się i uderzyłam się w głowę. Przed oczami pojawiły mi się mroczki. Zamrugałam i z trudem wstałam. Dotknęłam zranionego miejsca i wyczułam kilka kropel krwi. Starłam je dłonią i pobiegłam w górę. Otworzyłam drzwiczki i ujrzałam prawdziwy chaos: Załoga biegała i wykonywała rozkazy, które Carsalia wykrzykiwała. Nasiennicy ustawili się przy wiosłach i starali się włączyć w rytm reszty. Szybko im to poszło i statek trochę przyspieszył.

                                                                         ***
Coś się zmieniło. Wyczuł to chyba, każdy bo nagle przestało kołysać i wszystko się uspokoiło. Ale nagle nad wodą opadła gęsta mgła, która ograniczała widoczność do pięćdziesięciu stóp.
-Przepłynęliśmy sztorm? - ktoś zapytał głośno.
Przygryzłam dolną wargę, sama nie wiedząc jakiej odpowiedzi się spodziewać. "Tak" oznaczało przepłynięcie sztormu, ale czemu się pojawiła ta mgła? Z kolei "nie" mogło oznaczać najgorsze. Jednak odpowiedź kapitana nie wyraziła, tego, ani tamtego.
-Nie wiem. - Mruknęła Carsalia.
Zamrugałam, bo wilgoć spowodowała, że łzy pociekły mi z oczu.
-Opuścić kotwicę i wiosła. - Rozkazała kapitan.
Marynarze zdziwieni wykonali polecenie. Wyszukałam umysłem Płomienia. Kiedy odnalazłam jego świadomość, przesłałam mu myśli:
-Gdzie jesteś? Przepłynęliśmy sztorm? 
Jego odpowiedź dobiegała jakby z oddali:
-Nie. Przygo.. a.. sze..
-Słucham?
-Uwaga!!! - ryknął marynarz obserwujący z bocianiego gniazda.
Najpierw usłyszałam ogłuszający ryk, następnie przed nami pojawiła się fala wielka jak góra.
-Kryć się! - Krzyknął Ror i ktoś pociągnął mnie za rękę.
-Pod pokład. - Warknął Jason.
-Ale.. - zaprotestowałam.
Udało mi się wyrwać z jego stalowego uścisku i podbiegłam pod maszt oceniając sytuację. Najszybciej, jak potrafiłam, pojawiłam się na dziobie statku.
-Co ty wyprawiasz? - ktoś krzyknął.
Zebrałam jak najwięcej woli i wymamrotałam silną frazę. Fala się stopniowo zaczęła zamarzać. W mgnieniu oka wyrosła przed nami góra lodowa. Utrzymałam zaklęcie i wypowiedziałam drugą frazę. Zamrożona fala rozbiła się na miliony kawałeczków. Ludzie zaczęli wiwatować, szczęśliwi że ominęła ich walka z takim żywiołem.
Upadłam na kolana, a przed moimi oczami pojawiła się czerń.

                                                                              ***
Otworzyłam lekko powieki. Oślepiło mnie słońce. Było mi przyjemnie. Ciepło. Zaraz, zaraz...
Gdzie ja jestem.
Pod sobą czułam rozgrzany piach. Moja dłoń powędrowała do głowy. Miałam nałożony jakiś wilgotny okład. Spróbowałam się podnieść, ale moja głowa eksplodowała bólem, tak więc podarowałam sobie takie wysiłki.
-Obudziła się! - usłyszałam znajomy głos.
Farfalee stała nade mną z rozpromienioną twarzą.
-Co się stało? - mój głos był ochrypły.
-Przepłynęliśmy sztorm. - Wytłumaczyła.
Jej uśmiech mocno zbladł.
-Co się stało? - powtórzyłam.
-Niektórzy.. nie przeżyli tego rejsu. - Powiedział ktoś inny. Kerick? Tak, to on.
-Kto? - wychrypiałam. - Kto?
-Dwie osoby z załogi, Ror, i... Halco. - Farfalee przygryzła wargę.
Halco... Halco, to był ten nasiennik, który podróżował z nami w Eberze.? Tak, chyba tak.
-Przykro mi.. - wymamrotałam. - Gdzie jesteśmy w takim razie? - zmieniłam szybko temat.
-Jak to gdzie? - zaśmiał się Jason. - W Meridonie!

___________________________________________________________________
Tak jak chcieliście, będę pisać w l.p =) Rozdział pojawił się trochę szybciej, bo tak jakoś nagle dostałam weny xD Mam nadzieję, że się będzie Wam podobać. A Rozdział 7 już w przyszłym tygodniu ;)

środa, 8 października 2014

Działaj lub giń. Rozdział 5

Na początku pytanie: Czy mam zmienić formę z os. 3 l.p na os. 1 l.p? W książkach, które czytam ciągle narratorem są główni bohaterzy i trudno mi tak pisać. Wiem, że są osoby, które lubią kiedy się pisze w trzeciej osobie, więc chciałabym wam tylko uświadomić, że gdybym pisała to w pierwszej osobie to:
-Mogłabym zdecydowanie bardziej otworzyć przed wami bohaterów (Czasami kiedy piszę, nie potrafię określić za bardzo uczuć Rachel i nie mam weny)
-Zdecydowanie ciekawiej by się to czytało.
-Byłoby mi łatwiej XD
Więc proszę, piszcie w komentarzach:
-"Niech zostanie tak jak jest"
lub
-"Zmień na os. 1"
Jeśli nie jesteście pewni jakbym pisała w os. 1 ten rozdział będzie właśnie w takiej formie.
_____________________________________________________________

Odkąd postawiłam stopę na statku, wiedziałam, że nie uda nam się ominąć sztormu. Statek kołysał się mocno na falach, słońca nie było widać za grubą warstwą chmur. Nagle mocno zakołysało i przy mnie pojawił się Jason.
-Nie uda nam się. - Syknęłam, bo potknęłam się i Jason musiał mnie przytrzymać.
-Płomień jest mądry, ale sam nie wiem czy to dobry pomysł. Rzucamy się w paszczę lwa. - Przyznał Jason.
Zaśmiałam się cicho sama nie wiedząc czy to było śmieszne. W sumie.. nie wiem. Usłyszałam w oddali donośny głos:
-Odbijamy!
Łysy, dobrze zbudowany marynarz odwiązał cumy i grupa ludzi podniosła kotwicę. Statek od razu zaczął się kołysać. "Spokojny" - bo tak się nazywał - odbił od brzegu. Mewy i inne ptaki przeleciały nisko z południowego wschodu. Przełknęłam ślinę i zeszłam pod kadłub szukając Gallorana. Zapukałam do jego drzwi.
-Wejść! - rozległ się donośny głos.
Król pochylał się nad mapą wraz z Farfalee, Jasher wyglądał przez okienko.
-Myślę, że nie zdążymy. - Obwieściłam półgłosem. - Burza przesuwa się naprawdę szybko.
-Bezpośrednio w naszą stronę? - zapytał Galloran.
-Na północny wschód, w naszą stronę. Za niecałe pół godziny zacznie mocno wiać aż w końcu trafimy wpłyniemy w sztorm. - Stwierdził Jasher z przekąsem.
Galloran zacisnął usta. Wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym zwrócił się do mnie i Jashera:
-Rozkażcie w moim imieniu zmianę kursu bardziej na północ, oraz załogę do wioseł.
-Dobrze. - Kiwnęłam głową i wspięłam się po schodkach na pokład. Uderzył mnie wiatr i zamrugałam. Delissa, ładna nasienniczka, która podróżowała z nami w dawnych czasach mruknęła do mnie:
-Wypłynięcie w środek sztormu to szaleństwo.
-Zmienimy kurs na północny wschód. Właśnie idę powiedzieć kapitanowi...
-Pani kapitan. - Poprawiła mnie Delissa i odeszła do magazynu z jedzeniem.
Wzruszyłam ramionami i zerknęłam w stronę bocianiego gniazda. Stał tam Jason i rozglądał się uważnie. Uśmiechnęłam się lekko i przeszłam przez statek do sternika. Wysoka, kobieta, z ciemnymi włosami do ramion oglądała coś przez lunetę.
-Przepraszam - mruknęłam.
Kobieta odwróciła się do mnie. Miała czarną opaskę na oko, kogoś mi przypominała. Zaraz, zaraz, to...
-Carsalia? - pisnęłam.
Ciemnowłosa wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
-Miałam rację! To byłaś ty! A inni mi nie wierzyli...
-Nie wiedziałam, że ludzie znają mnie z wyglądu, poza tym zakrywałam swoją twarz. - Zdziwiłam się - zwłaszcza, że wyglądam teraz inaczej niż sprzed kilku lat.
-Jasne, że nie wiedzą. Mają cię za legendarną postać i nie wielu z nich było w Trensicourt by zobaczyć twój pomnik. Ja byłam jeszcze zanim cię poznałam. - Wzruszyła ramionami.
-Jak zostałaś kapitanem tego okrętu? - zmieniłam temat zawstydzona.
-Aaa, mało mi płacili, więc wybrałam się na zachód w poszukiwaniu dobrej pracy. Z odłożonych pieniędzy wraz z moim przyjacielem Rorem, który jest moim zastępcom kupiliśmy okręt oraz załogę. Tak się zdarzyło, że Ror był  bogaty więc mamy odpowiedni statek i ludzi.
Zerknęłam w stronę czarnych chmur.
-Galloran mnie tu przysłał by rozkazać ci płynąć bardziej na północ. Naszym zdaniem ominiemy w ten sposób sztorm...
-Czekaj, czekaj. Jak popłyniemy skręcimy na północny zachód sztorm i tak nas dopadnie.
-Ale..
-Wiem, wiem rozkazy króla i bla bla bla. - Byłam szczerze zaskoczona jej zachowaniem. - Obliczyliśmy prędkość wiatru. Naprawdę, uwierz mi, powinniśmy właśnie płynąć bardziej na południe.
-Co? - parsknęłam. - Wpłynąć w serce burzy?
-Nie, nie i nie. - Przewróciła oczami. - Zahaczymy o sztorm ale nie wpłyniemy bezpośrednio w niego. Jego obrzeża są naprawdę gwałtowne, więc wolę nie mówić co by się zdarzyło gdybyśmy wpłynęli w serce. A jak popłyniemy na północ, dowiemy się.
-Wolę nie wiedzieć. - Zacisnęłam usta.
Carsalia zaśmiała się.
-Wiesz, to bardzo mocny sztorm. Nazywa się Oko Motyla. - Wytłumaczyła mi kobieta.
-Nazywacie sztormy? - Uniosłam brwi.
-Eta, to nie jest zwykły sztorm. On istnieje na tym morzu od... wieków! Naprawdę, przysięgam na moją załogę że w życiu nie widziałam czegoś takiego. - Wskazała ręką czarne chmury na południowym zachodzie. - Ten sztorm się przemieszcza. Zazwyczaj szaleje na południu, lecz co kilkanaście lat wypływa na północ i niszczy wszystko na swojej drodze.
Wytrzeszczyłam oczy:
-Powiedz, że chcesz mnie nastraszyć.
-Nieee, no coś ty. Mówię prawdę.
-Żartujesz, że chcesz wpłynąć w sztorm.
-Nie żartuję. Ojej, trzeba szybko płynąć bo za chwilę zacznie mocno wiać. - Odwróciła się w stronę głównego pokładu i krzyknęła do załogi: - Eta! Załogo, do wioseł. Szybciej, szybciej. Kierunek południe. Cała naprzód!!!
-Albo masz racje, albo chcesz nas zabić. - Wymamrotałam.
-Uwierz mi skarbie, że wiem co robię.

piątek, 3 października 2014

Ogłoszenie

Kochani, przepraszam, że tak długo nie ma rozdziałów, ale szkoła mnie przytłacza - ciągle jakieś testy, sprawdziany plus treningi i nie ma czasu na bloga. Obiecuję, że w przyszłym tygodniu pojawi się piąty rozdział =)

Pozdrawiam wszystkich :D 

Nevanlyn.