Burza trochę go poturbowała, więc się nie zdziwiłam kiedy wrócił zmęczony z lekko uszkodzonym skrzydłem. Jedną frazą zasklepiłam jego ranę i znikła po chwili bez śladu. Galloran podszedł do nas i oznajmił:
-W nocy będzie zimno. Wiem, że jesteście wszyscy zmęczeni, ja w sumie też, niestety musimy dojść do najbliższej wioski. Po północy powinniśmy dojść do miasteczka o nazwie Westholly. Tam zjemy dobrą strawę i prześpimy się w wygodnych łóżkach.
Chyba wszyscy nadal odczuwali kołysanie po długim rejsie więc nie wiem, jak Galloran sobie to wyobrażał. Otuliłam się cieplej płaszczem.
-I radzę się przebrać. Wszyscy mamy na ubraniach mnóstwo soli morskiej. Wasze bagaże są na statku, więc.. wiecie.
Poszłam w stronę statku tak jak kilka innych osób. Weszłam na pokład i skierowałam się do swojej kabiny. Otworzyłam pakunek i wyciągnęłam granatowy płaszcz z kapturem, zwykłą białą koszulę i spodnie. Błyskawicznie się przebrałam i wzięłam pakunek ze sobą - w czasie drogi może się przydać.
***
*Corinne*
Na zamku w Birde panowało zamieszanie. W pałacu dekoracje były białe niczym śnieg, wszyscy byli zabiegani i podenerwowani.
Ja z resztą też.
Stanęłam przed ogromnym lustrem. Miałam na sobie białą sukienkę z dołem obsypanym różami z materiału. Włosy upięte w kok, welon długi do ziemi. Moja służąca pisnęła:
-Na Boga! Ómorfe, wyglądasz katapilitqe!
-Desponis, Bria ma rację. Każda chciałaby tak wyglądać. - Dodała Pess.
-Och. - Westchnęłam.
Dzisiaj był mój wielki dzień. Kilka miesięcy temu książę Meridanu i miłość mojego życia, Octavian, oświadczył mi się.
-Brio i Pess, nie wiecie czy moi przyjaciele z Lyrianu przybyli już do Birde? - zapytałam.
Pokojówki pokręciły głowami.
-Nie wiemy, nasza pani. Lecz pójdziemy zapytać. - Skłoniły się nisko a ja przeczesałam swoje jasne włosy.
Wiedziałam, że o tej porze roku szaleją sztormy więc się bardzo zamartwiałam o mojego ojca i przyjaciół. Rozległo się ciche pukanie do jasnych drzwi mojej komnaty. Podbiegłam szybko do nich i otwarłam je. A wnet ujrzałam jakiegoś służącego.
-Tak? - zapytałam.
-Pani - skłonił się - Goście z zachodu przybyli.
Kamień spadł mi z serca, i moja twarz rozpromieniła się.
-Och, to cudownie! Proszę im powiedzieć, że spotkamy się przed ceremonią, lecz nie tutaj. Proszę zwołać ich do sali obrad.
-Jak sobie pani życzy. Kiedy zwołam ich, wrócę do pani.
-Nie trzeba, pójdę od razu.
***
*Rachel*
Miejscowość Birde była przepiękna i ciepła. Wszystkie budynki były białe, pałac był ogromny. Wybudowany z białego marmuru stał dumnie na zielonym wzgórzu. Niedaleko było miasto, pod samym wzgórzem. Ludzie byli bogaci, szczęśliwi i zdrowi. Nie uszło mojej uwadze, że wszyscy są zwiewnie ubrani, tylko my odziani w podróżne stroje jesteśmy strasznie spoceni.
Teraz wszyscy oglądali salę obrad. Z tego co nam powiedziano Corinne za chwilę powinna przyjść.
Drzwi się otwarły i stanęła w nich młoda i przepiękna kobieta. Wyglądała niczym anioł w porównaniu do nas. Zmarszczyłam brwi. Kto to? To jest...
-Corinne! - Pisnęłam i przytuliłam ją.
Służący stanął obok niej i krzyknął na mnie:
-Proszę nie dotykać panny młodej! Strażnicy!!!
-Wis, uspokój się. - Odparła zażenowana Corinne. - Wyjdź stąd.
Oczy Wisa rozszerzyły się.
-Tak jest, moja pani. - Mruknął i wyszedł z sali obrad.
Corinne się rozpromieniła.
-Przepraszam za niego. - Roześmiała się.
Machnęłam ręką i powiedziałam:
-Miło cię widzieć.
-Tęskniłam za wami. Ojcze! - Corinne rzuciła się w ramiona Gallorana i przytuliła go.
W oczach Gallorana zakręciły się łzy. Nagle jednak w drzwiach stanął jakiś człowiek i oznajmił:
-Już czas, pani. - Zwrócił się do Corinne.
Przygryzła wargę i mruknęła do nas:
-Spotkamy się później. Teraz czas wziąć ślub - roześmiała się.
Stanęliśmy na balkonach, by móc dobrze widzieć całą uroczystość. Sala Tronowa była wyłożona marmurowymi płytkami. Kolumny podtrzymujące sufit teraz były ozdobione biały różami - jak wszystko w tej sali przez co wyglądała magicznie. Mój smok, chociaż nie był mały, zmieścił się na dole, przy drzwiach. Ludzie byli na początku przestraszeni, ale Corinne ich uspokoiła, mówiąc, że ten smok uratował jej przyjaciela i jest bezpieczny.
Nagle muzyka rozbrzmiała w całej sali i Corinne prowadzona przez Gallorana za ramię przeszła powoli po czerwonym dywanie rozwiniętym aż do tronów. Galloran podał jej ramię księciu i stanęli zapatrzeni w siebie. Szczęście Corinne i Octaviana dało się wyczuć z daleka.
Z zbyt daleka.
***
Maldor kręcił się po pokoju i co chwilę wyglądał za okno. W końcu się zirytował i warknął na jego służącą:
-Przyprowadź mi tu tego Anthony'ego. Już!
Służka pokornie schyliła głowę i wyszła pospiesznie na korytarz. Nie musiał czekać długo, bowiem Anthony właśnie miał do niego iść. Drzwi otworzyły się i stanął w nich.
-Anthony. - Rozbrzmiał niski głos Maldora.
-Wzywałeś mnie.
-Tak. I chciałem zapytać, dlaczego nikt mi nie powiedział o ślubie w Meridanie? Czyż to Octavian nie jest po naszej stronie, by żenić się z córą mego wroga?
Anthony zamrugał.
-Uznaliśmy, że wiedziałeś o ślubie. Octavian postanowił się do niej zbliżyć, by wydobyć więcej informacji.
Maldor spojrzał na niego kpiąco.
-Octavian to mocne ogniwo. - Oznajmił Maldor. - Jeśli przejdzie na ich stronę, nasze szanse spadną...
Czarnoksiężnik zaniemówił, jakby go oświeciło.
-Anthony, Galloran i jego czarodziejka są na ślubie?
-Tak. - Odezwał się powoli Anthony.
Maldor zaśmiał się i pokręcił głową.
-Co z niego za głupiec. Kiedy on wyjeżdża, mogę zająć jego ziemie. Ale nie zależy mi na jego królestwie. Zależy mi na jego śmierci więc...
-Więc?
Podszedł do niego i spojrzał mu w oczy.
-Więc, mój drogi, wyślesz piętnastu ludzi na dziedziniec i przeteleportuję ich do Birde. A kiedy wrócą, chcę głowy Gallorana, Rachel, Jasona i Corinne.
Anthony odwzajemnił uśmiech.
-Jak sobie życzysz.
________________________________________________
Jejku, przepraszam was za długi okres bez rozdziału, ale miałam dużo nauki. Postaram się to szybko nadrobić ;)
-W nocy będzie zimno. Wiem, że jesteście wszyscy zmęczeni, ja w sumie też, niestety musimy dojść do najbliższej wioski. Po północy powinniśmy dojść do miasteczka o nazwie Westholly. Tam zjemy dobrą strawę i prześpimy się w wygodnych łóżkach.
Chyba wszyscy nadal odczuwali kołysanie po długim rejsie więc nie wiem, jak Galloran sobie to wyobrażał. Otuliłam się cieplej płaszczem.
-I radzę się przebrać. Wszyscy mamy na ubraniach mnóstwo soli morskiej. Wasze bagaże są na statku, więc.. wiecie.
Poszłam w stronę statku tak jak kilka innych osób. Weszłam na pokład i skierowałam się do swojej kabiny. Otworzyłam pakunek i wyciągnęłam granatowy płaszcz z kapturem, zwykłą białą koszulę i spodnie. Błyskawicznie się przebrałam i wzięłam pakunek ze sobą - w czasie drogi może się przydać.
***
*Corinne*
Na zamku w Birde panowało zamieszanie. W pałacu dekoracje były białe niczym śnieg, wszyscy byli zabiegani i podenerwowani.
Ja z resztą też.
Stanęłam przed ogromnym lustrem. Miałam na sobie białą sukienkę z dołem obsypanym różami z materiału. Włosy upięte w kok, welon długi do ziemi. Moja służąca pisnęła:
-Na Boga! Ómorfe, wyglądasz katapilitqe!
-Desponis, Bria ma rację. Każda chciałaby tak wyglądać. - Dodała Pess.
-Och. - Westchnęłam.
Dzisiaj był mój wielki dzień. Kilka miesięcy temu książę Meridanu i miłość mojego życia, Octavian, oświadczył mi się.
-Brio i Pess, nie wiecie czy moi przyjaciele z Lyrianu przybyli już do Birde? - zapytałam.
Pokojówki pokręciły głowami.
-Nie wiemy, nasza pani. Lecz pójdziemy zapytać. - Skłoniły się nisko a ja przeczesałam swoje jasne włosy.
Wiedziałam, że o tej porze roku szaleją sztormy więc się bardzo zamartwiałam o mojego ojca i przyjaciół. Rozległo się ciche pukanie do jasnych drzwi mojej komnaty. Podbiegłam szybko do nich i otwarłam je. A wnet ujrzałam jakiegoś służącego.
-Tak? - zapytałam.
-Pani - skłonił się - Goście z zachodu przybyli.
Kamień spadł mi z serca, i moja twarz rozpromieniła się.
-Och, to cudownie! Proszę im powiedzieć, że spotkamy się przed ceremonią, lecz nie tutaj. Proszę zwołać ich do sali obrad.
-Jak sobie pani życzy. Kiedy zwołam ich, wrócę do pani.
-Nie trzeba, pójdę od razu.
***
*Rachel*
Miejscowość Birde była przepiękna i ciepła. Wszystkie budynki były białe, pałac był ogromny. Wybudowany z białego marmuru stał dumnie na zielonym wzgórzu. Niedaleko było miasto, pod samym wzgórzem. Ludzie byli bogaci, szczęśliwi i zdrowi. Nie uszło mojej uwadze, że wszyscy są zwiewnie ubrani, tylko my odziani w podróżne stroje jesteśmy strasznie spoceni.
Teraz wszyscy oglądali salę obrad. Z tego co nam powiedziano Corinne za chwilę powinna przyjść.
Drzwi się otwarły i stanęła w nich młoda i przepiękna kobieta. Wyglądała niczym anioł w porównaniu do nas. Zmarszczyłam brwi. Kto to? To jest...
-Corinne! - Pisnęłam i przytuliłam ją.
Służący stanął obok niej i krzyknął na mnie:
-Proszę nie dotykać panny młodej! Strażnicy!!!
-Wis, uspokój się. - Odparła zażenowana Corinne. - Wyjdź stąd.
Oczy Wisa rozszerzyły się.
-Tak jest, moja pani. - Mruknął i wyszedł z sali obrad.
Corinne się rozpromieniła.
-Przepraszam za niego. - Roześmiała się.
Machnęłam ręką i powiedziałam:
-Miło cię widzieć.
-Tęskniłam za wami. Ojcze! - Corinne rzuciła się w ramiona Gallorana i przytuliła go.
W oczach Gallorana zakręciły się łzy. Nagle jednak w drzwiach stanął jakiś człowiek i oznajmił:
-Już czas, pani. - Zwrócił się do Corinne.
Przygryzła wargę i mruknęła do nas:
-Spotkamy się później. Teraz czas wziąć ślub - roześmiała się.
Stanęliśmy na balkonach, by móc dobrze widzieć całą uroczystość. Sala Tronowa była wyłożona marmurowymi płytkami. Kolumny podtrzymujące sufit teraz były ozdobione biały różami - jak wszystko w tej sali przez co wyglądała magicznie. Mój smok, chociaż nie był mały, zmieścił się na dole, przy drzwiach. Ludzie byli na początku przestraszeni, ale Corinne ich uspokoiła, mówiąc, że ten smok uratował jej przyjaciela i jest bezpieczny.
Nagle muzyka rozbrzmiała w całej sali i Corinne prowadzona przez Gallorana za ramię przeszła powoli po czerwonym dywanie rozwiniętym aż do tronów. Galloran podał jej ramię księciu i stanęli zapatrzeni w siebie. Szczęście Corinne i Octaviana dało się wyczuć z daleka.
Z zbyt daleka.
***
Maldor kręcił się po pokoju i co chwilę wyglądał za okno. W końcu się zirytował i warknął na jego służącą:
-Przyprowadź mi tu tego Anthony'ego. Już!
Służka pokornie schyliła głowę i wyszła pospiesznie na korytarz. Nie musiał czekać długo, bowiem Anthony właśnie miał do niego iść. Drzwi otworzyły się i stanął w nich.
-Anthony. - Rozbrzmiał niski głos Maldora.
-Wzywałeś mnie.
-Tak. I chciałem zapytać, dlaczego nikt mi nie powiedział o ślubie w Meridanie? Czyż to Octavian nie jest po naszej stronie, by żenić się z córą mego wroga?
Anthony zamrugał.
-Uznaliśmy, że wiedziałeś o ślubie. Octavian postanowił się do niej zbliżyć, by wydobyć więcej informacji.
Maldor spojrzał na niego kpiąco.
-Octavian to mocne ogniwo. - Oznajmił Maldor. - Jeśli przejdzie na ich stronę, nasze szanse spadną...
Czarnoksiężnik zaniemówił, jakby go oświeciło.
-Anthony, Galloran i jego czarodziejka są na ślubie?
-Tak. - Odezwał się powoli Anthony.
Maldor zaśmiał się i pokręcił głową.
-Co z niego za głupiec. Kiedy on wyjeżdża, mogę zająć jego ziemie. Ale nie zależy mi na jego królestwie. Zależy mi na jego śmierci więc...
-Więc?
Podszedł do niego i spojrzał mu w oczy.
-Więc, mój drogi, wyślesz piętnastu ludzi na dziedziniec i przeteleportuję ich do Birde. A kiedy wrócą, chcę głowy Gallorana, Rachel, Jasona i Corinne.
Anthony odwzajemnił uśmiech.
-Jak sobie życzysz.
________________________________________________
Jejku, przepraszam was za długi okres bez rozdziału, ale miałam dużo nauki. Postaram się to szybko nadrobić ;)
O jak pięknie wszyscy tacy szczęśliwi.
OdpowiedzUsuńCorinne i Octavian ♥
A tu nagle jakiś ble i fuj Maldor ;)
I Octavian zły :'(
Biedna Corinne
Ja chce kolejne rozdziały :D
Fenomenalny rozdział!
OdpowiedzUsuńWszystko pięknie i przyjemnie, aż tu nagle wyskakuje Maldor z kolejnym straszliwym planem...
Który oczywiście mu się nie powiedzie, prawda? Nie może ich pozabijać, nie?
Weny!