Coś tu nie pasowało. Las nagle przemienił się w bór pełen mgły i śniegu. Rachel zaczęła się trząść z zimna i ruszyła dalej. Nie znała swojego celu - musiała tam iść. Szła, by przed czymś uciec. Coś ją goniło, nie była pewna, co takiego. Bose stopy zapadały się pod śniegiem. Były całe różowe, o dziwo nie zamarznęły. Nagle usłyszała wycie, prawdopodobnie wilka. Przyspieszyła kroku, ale las się nie kończył. Znów usłyszała wycie, po czym złowrogie warknięcie. Obróciła się, i zobaczyła coś, co można by było skrzyżować z wilkiem i niedźwiedziem. Zaczęła biegnąć, a stwór ruszył za nią. Rachel cała drżała z zimna, ale musiała się stąd wydostać. Biegnij, biegnij - powtarzała. Zaczęła dyszeć ze zmęczenia, ostra kolka paliła ją w boku, a stwór się zbliżał coraz bardziej. Mknąc przez labirynty splątanych, ogołoconych z liści drzew i potykając się o wystające korzenie, zakręciło się jej w głowie. Zdesperowana, próbowała zgubić zwierza, ale ten nie dawał za wygraną. Nogi czuła, jakby były z waty. Potykając się o nie, w końcu upadła zwierz stanął przed nią i warknął. Ślina pociekła mu z paszczy.
-Nie, proszę nie! - krzyczała.
Stwór poharatał pazurami jej ręce, nogi i twarz. Próbowała wykrzyczeć edomicką frazę, ale nie mogła, czuła się jakby ktoś jej napchał waty do ust. Cała zakrwawiona i pokaleczona zaczęła płakać. To koniec, nie udało jej się. Następnie otwarte rany, wilko-niedźwiedź zaczął je lizać, jakby krew była jego ulubionym napojem. Każde muśnięcie szorstkim językiem bolało, tak samo, jak posypywanie ran solą.
-Zostaw mnie! - szarpała się, ale nie mogła się ruszyć.
Zwierzę zaczęło znów ranić, po czym zanurzyło swe kły w brzuchu Rachel...
***
Gwałtownie otworzyła oczy. Miała je wilgotne, policzki słone od łez. Ręce jej drgały. Była cała spocona. Przeczesała palcami włosy i odrzuciła kołdrę. Kiedy wstała, zakręciło jej się w głowie. Ubrała płaszcz i wyszła z pokoju. Jak zawsze, przy jej pokoju stał jeden wartownik, pogrążony w półśnie. Na widok Rachel, ożywił się i zapytał:
-A dokąd to panienka idzie?
-Przejść się. - Odparła Rachel i ruszyła swoją drogą, wiedząc, że wartownik jej na to pozwoli. Zapomniała ubrać kapci, od lodowatych kafelków miała dreszcze. Przez okna zamku wlewała się srebrna poświata księżyca. Rachel nie potrafiła określić, która godzina. Nagle zakręciło jej się w głowie tak bardzo, że omal się nie przewróciła. Podparła się ręką ściany, i usiadła na parapecie opierając się o kamienną ścianę. Okno wychodziło na biedniejszą strefę Trensicourt. Mieszkali tam ludzie, którzy byli biedni, głodni i schorowani. Na widok takich ludzi, Rachel serce pękało. Otworzyła okno, by wleciało świeże powietrze. W zamku nocą było dość duszno. Przewiesiła nogi przez okno, i wystarczyłoby tylko kilkanaście centymetrów, żeby spadła. W jej stanie mogłoby się wydawać szalone, ale pamiętajmy, że jednym słowem może zawisnąć w powietrzu. Odetchnęła cichutko i zaczęła myśleć, o tym co zrobiła, i co trzeba zrobić. Wróciłam do Lyrianu. Naruszyłam przepowiednię, przez co Lyrian najprawdopodobniej upadnie. Wyruszyłam na polowanie na Szarych Jeźdźców. Pojmano nas. Można powiedzieć, że zdradziłam Gallorana, chociaż nie do końca. Próbowałam wyłudzić informacje. Uciekłam. Uciekając, trafił mnie bełt z jakąś trucizną, nie wiem co się ze mną dzieje. Jasona wywieziono na inny kontynent, jako niewolnika. Z trudem odzyskałam siły. Nie posłuchałam się króla. Ukradłam mapę, uciekłam do Celestynowej Biblioteki. Przez moją głupotę o mało nie zabiłam się, ale stworzyłam smoka. Poleciałam na nim do Zaghary. Odbiłam Jasona. Był atak na zamek, a ja nic nie mogłam zrobić. Schowałam się jak tchórz i czekałam. Na szczęście nic się nie stało. Ocaliłam od śmierci zdrajczynię Szarych Jeźdźców, przez co wiemy o powrocie Maldora. Czeka nas wojna, nic nie robimy tylko dyskutujemy o liczbie wojowników. Pojadę na ślub mojej przyjaciółki, Corinne. Dobrze, a co trzeba zrobić? Pokonać Maldora, chronić Gallorana i wrócić do domu.
Rachel schowała twarz w dłoniach.
Jaka ze mnie egoistka! Wróciłam, bo nie miałam nikogo, i ten wymiar czeka zagłada. Cholera jasna.
Nagle zobaczyła w korytarzu jakiś ruch. Zmrużyła oczy i dostrzegła ciemną sylwetkę? Torivor? Nie, nie wyczuwała obecności takiego stworzenia. Zaczęła się rozglądać tak, żeby nie ruszać głową. Na korytarzu nie było żadnych wartowników, przez co Rachel czuła się trochę nieswojo. Usłyszała szelest, który można dopasować do dźwięku wyciąganego miecza. Zadrżała. Nie wiedziała co ma zrobić. Siedziała na parapecie, nogi miała podciągnięte do brody. Opierała się o framugę okna, była skierowana plecami do tajemniczego osobnika. Ten się zbliżał i w końcu stanął przy Rachel, która udawała, że śpi. Nóż wysunął się z pochwy i...
Rachel wyszeptała frazę unieruchamiającą mężczyznę. Tak, wiedziała, że to mężczyzna. Była tego pewna. Fraza zadziałała na ułamek sekundy. Co jest do jasnej...
Rachel gwałtownie otworzyła oczy. Wyciągnęła rękę, by z całej siły odepchnął nóż ale ten przystawił go do gardła dziewczyny.
-Nie ruszaj się, to nic ci się nie stanie. - Wyszeptał.
Rozpoznała ten głos. Anthony.
-Czego chcesz? -warknęła cicho.
-Informacji. Gdzie jest księga? - zapytał się jej.
-Jaka księga? - uniosła brwi.
-Ta, którą ukradłaś naszemu dowódcy. - Przycisnął mocniej jej nóż do gardła.
-Galloran ją spalił. - Wytłumaczyła cicho, zadowolona z jego reakcji:
-Że co do jasnej cholery? - warknął.
-Nie ma jej. - Uśmiechnęła się.
-Łżesz! - jego cichy ton sprawiał ją o dreszcze.
-No coś ty. Ja nigdy nie kłamię. - Syknęła i wypowiedziała frazę uduszającą.
Nic.
Nic się nie stało.
Nawet nie zadrżał.
Zupełnie nic.
-Nie mądrze, panno Rachel, wyjątkowo niepochopnie. - Uśmiechnął się obnażając zęby.
Zaatakowała plecionką fraz. Żadna nie zadziałała, a jeśli już to na chwilę, jedynie ułamek sekundy.
-Jaja sobie robisz. - Syknęła i podparła się ściany. Zakręciło się jej w głowie.
-Wszyscy zginiecie. - Westchnął. - A szkoda.
Spoliczkowała go. Wstała i uderzyła łokciem oszołomionego Anthony'ego w żebro. Chwycił się tam, wyciągnął nóż i zamachnął się nożem.
Minął ją o kilka cali, spróbowała go kopnąć, kiedy ten zwinnie odskoczył. Próbując go uderzyć, potknęła się, i upadła uderzając się w głowę. Zobaczyła mroczki przed oczami. Mężczyzna wyciągnął miecz do ostatniego ciosu, kiedy ta wyjęła sztylet z koszuli nocnej i przejechała nim po nodze Szarego Jeźdźca. Zawył z bólu i upadł na ziemię. Krzyk przyciągnął uwagę wartowników. Przybiegli po krótkiej chwili.
***
-Tak po prostu nie zadziałały twoje frazy? - Galloran uniósł brwi. Dopił herbatę.
-Tak. Czułam, jakby broniła go jakaś blokada.
-Dobrze więc. Chciałbym ci coś pokazać. Chodź ze mną.
Razem wstali z foteli i udali się na parter zamku. Mijając strażników, ci kłonili się przed królem i Rachel. Król wyciągnął klucz, i zatrzymali się przy drewnianych drzwiach. Rachel skojarzyła, że jest to archiwum. Kiedy weszli, zobaczyła mnóstwo szaf i pułek, zakurzonych skrzyń i różnych przedmiotów. Edomicką frazą zapalił lampkę. Rachel zamrugała kilka razy. Galloran podszedł do jednej z półek i wyciągnął małą skrzynkę. Otworzył ją, i wziął do ręki mały wisiorek z rzemyków. Podszedł do Rachel i pokazał jej to.
-Wiesz co to jest? - zapytał.
Pokręciła głową. Odruchowo dotknęła swojej bransoletki, którą dostała od Jasona. Pomuskała ją palcami.
-Jak pamiętasz, Zokar był pomysłowym czarnoksiężnikiem. Żeby buntownicy go nie atakowali, stworzył naszyjniki, które chroniły od fraz - wytłumaczył cierpliwie Galloran.
-Wszystkich? - Rachel wytrzeszczyła oczy.
-Tak, ale nie wiadomo, czy nie istnieją przypadkiem frazy, które potrafią to przełamać.
-Na pewno muszą. - Oznajmiła Rachel.
-Też tak myślę - zgodził się Galloran.
-Czyli... jest to dzieło samego Zokara?
-Owszem. Lepiej będzie, jak to schowam, bo nie mam pojęcia, jak to jest zaklęte. - Po czym odłożył rzemyk do skrzyneczki.
Wyszli z archiwum.
-Przykro mi Rachel, z powodu tego ataku. Jestem z ciebie dumny.
Rachel uśmiechnęła się blado, co jej nie wyszło.
-Coś cię trapi?
Zerknęła na niego.
-Myślę, że nie powinnam była tu wracać. - Rzuciła prosto z mostu.
Galloran przystanął. Przez chwile zastanawiał się nad odpowiedzią. W końcu rzekł:
-Myślę, że to było przeznaczenie. Nie wiadomo, co by się stało gdybyś tu ciągle była. Może twoim przeznaczeniem było wrócić po kilku latach. Mimo tego, lepiej żebyś została. Jestem coraz starszy, i coraz łatwiejsze frazy przechodzą mi z trudem. Mam prawie pięćdziesiąt lat. Mój umysł nigdy nie dojdzie do dobrego stanu.
Świetny rozdział!
OdpowiedzUsuńNaszyjniki chroniące przez fazami? Tego się nie spodziewałam!
Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału!
Życzę weny :)
*frazami xD
OdpowiedzUsuńPan Brandon skazał mnie na rozwijanie tego wszystkiego :D
Pan brandon jest zajebisty bo bez niego nie pisalabyś tego bloga ;)
OdpowiedzUsuń