Blade promienie wschodzącego słońca zaczęły wlewać się do domów i zamku w Trensicourt, budząc mieszkańców tego królestwa. Niektórzy wstali trochę wcześniej, inni później, a jeszcze inni wstali tylko dlatego, by obejrzeć wschód słońca, który z zamku wyglądał naprawdę przepięknie. Między innymi, taką osobą była właśnie Rachel.
Dziewczyna uwielbiała wschody - czy z jej świata, czy tu, zawsze lubiła je oglądać. Dla innych to zachód jest piękniejszy, ale Rachel zawsze uważała, że wschód to nowy dzień, nowa nadzieja, nowa szansa na lepsze.
Ziewnęła przeciągle i poszła do łaźni, połączonej z jej pokojem. Stała tam duża wanna i ogromne lustro. Wcześniej poprosiła służące, aby jej nalały ciepłej wody. Teraz stanęła przed nią i zrzuciła szarą koszulę nocną. Weszła do ciepłej wody i położyła się, zapominając o troskach i wojnie.
Po kilku minutach wzięła do ręki szare mydło, i dokładnie się wyszorowała szczotką, która zostawiła różowe ślady na jej nogach i rękach. To dobrze, przynajmniej pobudzi moją krew, pomyślała.
Posiedziała jeszcze kwadrans, i wstała. Sięgnęła po jedwabny ręcznik i osuszyła ciało, po czym wzięła pachnący olejek i nasmarowała się nim, przez co jej skóra pachniała. Ubrała pomarańczową suknię z zwiewnego materiału. Rachel lubiła w niej chodzić bo miała ciekawy krój. Na szyi krzyżowała się, i zasłaniała cały przód, gdy plecy były całe odkryte. Sięgała kostek. Wilgotne włosy dosuszyła, i związała je w luźny kok, po czym wróciła do pokoju. Określiła po pozycji słońca, że dochodzi siódma. Wzięła z półki jakąś książkę, oprawioną w ciemno-zieloną skórę. Na okładce pisało: Dzieje Eldrina, a w prawym górnym rogu: kopia. Rachel nie kojarzyła tej książki więc otworzyła na wstępie. Słowa były zapisane granatowym atramentem:
Drogi Czytelniku!
Na początek chciałbym Ci się przedstawić. Nazywam się Orrin, syn Dorrina. Jestem uczonym, pasjonuję się pisaniem ksiąg oraz językiem edomickim. Nie używam go - bardziej badam. Uważam, że to niezwykłe. Słowa poparte siłą woli, które potrafią wypłynąć na materię? Nieprawdopodobne. A jednak, i można się tego nauczyć, lecz talent w tej dziedzinie zazwyczaj jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, i trudno go odkryć.
Rachel przekartkowała kilka stron bo wstęp był naprawdę długi. Pierwsze rozdziały były o czarnoksiężnikach, co Rachel znała prawie na pamięć. Zaczęła czytać od strony 114:
Rozdział 5, "Amar Kabal, część druga"
Amar nasiennika ma bardzo złożoną i skomplikowaną strukturę. Badałem i mieszkałem wśród ich ludu wiele lat, i muszę stwierdzić, że w kwestii swojego nasienia są naprawdę nieufni. Nasiennik może odradzać się tyle razy, dopóki amar mu się nie zniszczy lub nie uszkodzi. Nasiennik, którego amar został unicestwiony lub na tyle uszkodzony, by się nie odrodził, po prostu umiera, a wszelkie próby ponownego wyhodowania kończą się porażką. Gdyby ktoś odnalazł uszkodzony amar (którego właściciel się nigdy nie odrodzi) i naprawił go edomickim, istnieje małe prawdopodobieństwo, że nasiennik po zasadzeniu jego amara, mógłby znów żyć.
Rachel otwarła usta ze zdumienia.
-Drake. - Wyszeptała.
Przypłynęła do niej nowa nadzieja, która szybko zniknęła:
Opis takiej naprawy został umieszczony w dziennikach Eldrina, ale te mogą być już dawno zniszczone. Nikt nie zna dokładnego położenia ani innych zapisków.
-Cholera. - Syknęła Rachel i zamknęła książkę.
Odłożyła ją na bok i wyszła na swój taras z widokiem na miasto. Jeszcze jeden dzień i wszyscy będą mieć wolne od ciężkiej pracy. Teraz mieszkańcy otwierali sklepy, tawerny, gospody i rozkładali stragany na rynku. Nagle niektórzy zaczęli pokazywać palcami na niebo. Rachel zmarszczyła brwi i sobie od razu uświadomiła co przyciągnęło uwagę tych ludzi.
Płomień szybował nad Trensicourt i chyba swoim niezwykłym umysłem wyczuł Rachel. Podleciał do jej wielkiego balkonu i zatrzymał się w powietrzu patrząc w jej twarz.
-Cześć. - Bąknęła. - Mógłbyś nie straszyć tych ludzi?
-Nie, nie mogę. - W tej samej chwili odleciał od balkonu na około dziesięć jardów i zionął ogniem w dół. Ogień nawet nie dotknął dachów domów.
Rachel zaklęła siarczyście co było do niej nie podobne i od razu się skarciła w myślach.
-Zejdź mi z oczu.
-Ej, ja tylko żartowałem. - Płomień wyglądał na urażonego, po czym odleciał.
Dziewczyna przewróciła oczami i wróciła do swojego pokoju. Zerknęła w lustro i zeszła na śniadanie.
***
Rachel przechadzała się po rynku kiedy nagle ktoś położył jej rękę na ramieniu. Przerażona odskoczyła, a gdy się obejrzała za siebie, zobaczyła Jasona. Przewróciła oczami i odwróciła się od niego skrywając uśmiech.
-Pa pani, proszę się na mnie nie gniewać - powiedział z arystokrackim akcentem.
-Skażę cię na śmierć za to. - Powiedziała śmiertelnie poważnie.
Jason udawał przerażonego więc padł na kolana i zaczął błagać:
-Nie! Proszę o wybaczenie! Wasza Wysokość!
Rachel prychnęła i weszła do jego umysłu. Przesłała mu obraz z ścianą z marmuru poplamioną krwią. Na niej widniał ogromny, czerwony napis: "Ogarnij się ty dupku."
Rachel nie chciała go obrazić, jedynie rozbawić. Oboje się roześmiali i Jason wstał uśmiechając się.
-Słyszałaś już? - zapytał.
-O czym? - uniosła brwi.
-O Corinne. - Powiedział, jakby to było jasne.
-Nie, a coś się stało? - dziewczyna zamartwiła się.
-Nie, tylko bierze ślub i za dwa tygodnie ja, ty, Galloran, Farfalee, Jasher, ich syn Lodan, Aram z żoną i jeszcze kilka innych osób jedzie do Meridonu na ich ślub. - Oznajmił Jason.
Słysząc imiona swoich najstarszych przyjaciół uśmiechnęła się.
-To cudownie. Z kim?
-Eee, z jakimś rycerzem, ale bardzo wysoko postawionym. - Wytłumaczył jej.
-Będzie miała niezwykły ślub. Już nie mogę się doczekać. - Ucieszyła się.
-Ja też - przyznał Jason - Meridon to bardzo ciepły i miły kraj. Chciałbym go zwiedzić.
-Przelatywaliśmy nad nim przecież. - Przypomniała.
-Ja wtedy spałem. - Odparł niewinnie.
-Ach, tak, wtedy kiedy o mało nie spadłeś ze smoka? - żachnęła się - pamiętam.
Jason w uśmiechu odsłonił białe zęby.
-A właśnie, dlaczego nie dostałam zaproszenia? - zapytała udając zdziwioną.
-Bo wiadomość dostałem pół godziny temu w moim pokoju. U ciebie też powinno być. - Odparł trochę zdziwiony jej "nachalnym" zachowaniem.
Rachel przewróciła wymownie oczami.
-Żartowałam, nie jestem taka.
-Oczywiście, jesteś milutka jak króliczek. - Parsknął i zacisnął usta ukrywając rozbawienie.
Dziewczyna popatrzyła się na niego. Zmrużyła nieco oczy i odwróciła się idąc przed siebie. Kiedy znów się obróciła wybuchnął śmiechem.
Popchnęła go siłą woli w tył, tak żeby upadł. Sekundę przed upadkiem zatrzymała go i zawisł w powietrzu.
-Ej no.
-Co ej? - uniosła brwi.
Pomogła mu wstać a wtedy jakaś staruszka dotknęła jej ramienia. Powiedziała:
-Czy chciałabyś kupić bransoletkę z rzemyków? - staruszka miała w kościstych dłoniach niewielki kuferek.
Zanim Rachel zaskoczona zdążyła coś odpowiedzieć Jason przytaknął:
-Tak, moglibyśmy je zobaczyć?
-Oczywiście, lordzie.
Staruszka otwarła kuferek i zobaczyli plątaninę rzemyków i koralików ręcznej roboty. Wyciągnęła kilka i pokazała. Jedna była z zielonego rzemyku z ciekawym, przeplatanym wzorem. Inna była brązowa z trochę prostszym wzorem. Jeszcze inna czerwona z ciemnoczerwonymi koralikami.
-Która ci się podoba? - zapytał Jason.
Rachel była pod wrażeniem. Bransoletki może wyglądały zwyczajnie, ale przyglądając się im, sprawiały wrażenie prześlicznych.
-Ta zielona. - Szepnęła.
-Poproszę tę zieloną. - Oznajmił Jason i kupił bransoletkę za 2 droomy.
Staruszka podziękowała z szacunkiem i odeszła kuśtykając.
-To dla ciebie. - Wyciągnął bransoletkę i założył ją na rękę Rachel.
-Dziękuję. - Powiedziała i ucałowała go w policzek.
***
Kiedy wróciła do swej komnaty znajdującej się na trzecim piętrze, na mahoniowym biurku leżał list, od Corinne, w sprawie ślubu - jak się spodziewała. Przełamała czerwoną pieczęć, wyjęła list z koperty i zaczęła czytać treść zapisaną eleganckim pismem:
Kochana Rachel, 12.07
Zapraszam cię na mój ślub, który odbędzie się za dwa tygodnie, licząc od dziś (patrz data u góry). Szczerze mówiąc, żałuję, że nie możemy się częściej widywać. Oprócz zaproszenia, chciałam Ci napisać coś jeszcze. Słyszałam o wszystkim co się wydarzyło. Twoja wyprawa do Zaghary, była naprawdę odważna. Gdyby nie to, że dzieli Was z Jasonem przyjaźń, uznałabym to za brawurowy występek. Mimo tego, cieszę się, że to zrobiłaś.
Nadeszła wojna, Meridon także szykuje się do walk na wschodzie. Chciałabym, żeby ten ślub połączył nasze dwa kraje najprawdziwszą przyjaźnią i pokojem. I jestem tego pewna, że się uda.
Przykro mi z powodu wojny, Rachel. Nie mogę się doczekać naszego spotkania!
Pozdrawiam, i do zobaczenia.
PS. Weź zwiewne rzeczy. W Meridonie jest okropnie gorąco i wilgotno... lecz czuję się tu jak na wakacjach.
Corinne.
_____________________________________________
Mamy rozdział drugi ;) Nieco krótszy ale nie taki jak w zeszłej części D:
Kochani bardzo ważne pytanie (do tych co czytali serię "Pozaświatowcy")
Czy chcielibyście, aby Rachel i Jason podróżowali w dawnej ekipie? (Farfalee, Jasher, Aram, Corinne)
Proszę o szybką odpowiedź. Mam plany na przyszłość xD
Hej ho!
OdpowiedzUsuńRozdział super,ciekawy.Pojawiła się szansa,że Drake będzie żył.Ale masz zamiar zrobić,tak jak pisałaś?Że spróbujesz ożywić Ferrina? :)
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału.Czy to w nim będzie ten ślub?
I uważam,że fajnie by było,gdyby Rachel i Jason podróżowali w dawnej ekipie.Zwłaszcza,że masz już plan :)
Pozdrawiam i życzę weny,
Shilenne
Chciałabym ożywić Ferrina, ale nie mogę tak nagle wszystkich.. ;/
UsuńCo do kolejnego rozdziału.. no jeszcze nie ślub, ale bliżej niż dalej ^^
O to dobrze. Mam tyle planów.. pewnie niektórzy mnie za nie zabiją XD
Drake może żyć?! To wspaniale!!! Ferrina ożywić?! To też wspaniale!!!
OdpowiedzUsuńA co do pytania o dróżynę, to byłoby świetnie gdyby podróżowali w dawnym składzie!!!
Nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału!
Życzę weny!! :)
O tak stara dobra drużyna chciałabym ciebie poprosić abyś nie zlikwidowała blogu o igrzyskach
OdpowiedzUsuńPozdrowienia
Przykro mi, ale nie mam weny co do tamtego bloga :/ Za to zapraszam na tego drugiego ;)
Usuń