Gdy Rachel, Jason i Szarzy Jeźdźcy wyłonili się z osłony iglastych drzew, zauważyli tylko śniegowe wzgórze. Rachel zerknęła na Anthony'ego. Uchwycił jej wzrok, powiedział:
-Już lada moment.
Wdrapali się na wzgórze zostawiając głębokie ślady na świeżym śniegu. Gdy dotarli na sam kraniec wzgórza, zatrzymali się. Rachel i Jason spojrzeli w dół.
"Wzgórze" było wielką, stromą, skalną górą. Na dole znajdował się ogromny obszar otoczony górami i skałami. Pośrodku znajdowało się wielkie miasto otoczone czterometrowymi, kamiennymi murami. Budynki były z drewna. Rodziny zdrajców, pomyślała Rachel.
Anthony wraz z innymi, skierował się na prawo. Odnalazł kamienne schody. Schodzili kilkanaście minut, w końcu dotarli do miasta.
Strażnicy przy bramie, byli ubrani w skórzane, twarde ubrania i futro. Dzierżyli ogromne topory.
Rachel podeszła do Jasona, ujęła go za rękę. Było jej zimno, przykro i czuła się bezradna. Strażnicy przepuścili ich bez słowa, poszli główną drogą przez miasto w kierunku większego, dominującego budynku. Gdy Anthony pchnął drzwi, ujrzeli jasne pomieszczenie. Na środku był ogromny dywan, pod ścianą stało wielkie krzesło, na którym zasiadał wysoki mężczyzna z długimi, czarnymi włosami, szarymi oczami, bladą skórą i zarostem. Był odziany w skórzane, czarne ubrania i czerwony płaszcz. Gawędził z niskim chłopakiem. Gdy zobaczył grupkę ludzi stojącą w wejściu zamilkł i znieruchomiał. Nie spuszczając z nich wzroku gestem dłoni polecił chłopakowi odejść. Grupa podeszła, mężczyzna się wyprostował.
-Panie Vharonie.. - powiedział Anthony - pojmaliśmy pozaświatowców lady Rachel oraz sir Jasona.
Vharon spojrzał na Rachel. Jego oczy był zimne i puste.
-Dziękuję ci, Anthony. Możesz odprawić swoich towarzyszy. Zostań tu z naszymi gośćmi.
Anthony powiedział coś do reszty, poszli bez słowa. Vharon wstał, podszedł do wielkiego stołu obok. Mruknął:
-Siądźcie.
Jason, Rachel i Anthony podeszli tam. Dziewczyna i Anthony zasiedli. Za to Jason zacisnął usta w cienką linię i nie usiadł.
-Powiedziałem coś. Masz siąść. - Warknął Vharon.
-Nie. - Odparł spokojnie Jason.
-Sprzeciwiasz mi się? Podlegasz mi. Jestem teraz twoim właścicielem.
-Podlegam tylko Galloranowi, królowi Trensicourt. Nikomu innemu.
-O - mruknął Vharon pocierając dłoń o dłoń - nie wiesz, że wkrótce sprzedamy cię jako niewolnika w Zagharze?
Jason milczał. Siadł po chwili, nie spuszczając wzroku z Vharona.
-No i dobrze. Przejdźmy do rzeczy. Witajcie na Północnych Rubieżach. Hm.. dlaczego was pojmaliśmy? W sumie zależało mi tylko na Rachel. Ale dodatkowe pieniądze za ciebie, przydadzą się. Nie masz zdolności, takich jak dziewczyna. Jesteś zbędny.
"Jesteś zbędny" - te słowa przeplatały się między uszami Jasona niczym poznana prawda. Nie odpowiadał. Vharon kontynuował:
-Anthony. Możesz go w sumie wziąć. Zamknij go w lochach, za kilka dni sprawię oddział, który sprzeda go w Zagharze... a w sumie.. zaczekaj.
Vharon uśmiechnął się tak złośliwie, że Rachel musiała odwrócić wzrok. Podszedł do Jasona i wyciągnął nóż. Przystawił mu go do gardła. Rachel wydała z siebie zduszony okrzyk.
-Rachel.. chciałem, żebyś się z nami sprzymierzyła. Dysponujesz umiejętnościami, które pomogą mi w osiągnięciu niesamowitego celu. Ja też znam edomicki, dziewczyno. Ale nie mogę ci wszystkiego zdradzić..
-Czemu miałabym wam pomagać?
-Hm.. Nie mam solidnych argumentów. Zauważ, że jeśli odmówisz, poderżnę twojemu przyjacielowi gardło.
Z gardła Jasona poleciała strużka krwi.
-Nie masz prawa..
-Mam prawo.
-Nie będę..
Jason zaczął się krztusić. Zrozpaczona dziewczyna przełknęła ślinę.
-To jak.. sprzymierzysz się ze mną? Dam ci bogactwo. Dam ci wszystko.
Jason ledwie pokręcił głową. Jego oczy mówiły: "Nie rób tego."
Rachel zamknęła oczy i powiedziała drżącym głosem:
-Niech będzie.
Vharon uśmiechnął się triumfalnie.
-Anthony, zabierz go.
Jason patrzył wstrząśnięty na Rachel. Unikała jego wzroku.
-Rachel..
Anthony pchał Jasona ku wyjściu.
-Rachel..! Rachel, kocham cię!
Dziewczyna zamknęła oczy.
Już go nie słyszała.
Nie słyszała już nic, oprócz bicia swojego serca.
AAAAAAAAAA! Zamorduję! Świetny rozdział, ale kurde martwię się o nich! Niech ratunek nadejdzie w końcu...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Ale jaja, że się tak wyrażę :D
OdpowiedzUsuńOMG!
OdpowiedzUsuńAle wyznanie!
Gdyby nie ono nie miałabym czego tu napisać!
Fajny rozdział.
Serio.
Czytam dalej
Pozdrawiam
/Bianka