Po raz kolejny zmieniłam stację.
-Rząd zdaniem radnych schodzi na złą drogę...
Uderzyłam ręką w radio wyłączając je. Jęknęłam:
-Dlaczego na każdej stacji radiowej muszą paplać o polityce i temperaturze? - przeczesałam ręką włosy i wyjrzałam przez okno. - Gdzie my w ogóle jesteśmy?
-Zaraz będziemy w Richmond. - Odparł Logan i zjechał na lewy pas.
-Jakoś go tu nie widzę. - Mruknęłam.
Sięgnęłam do plastikowego pudełka wciśniętego pomiędzy fotelami. Opakowanie było porysowane i lekko zniszczone. Otwarłam je i znalazłam trzy, srebrne płyty. Ponownie odpaliłam radio samochodowe i gdy tylko chciałam włożyć płytę do napędu, Logan mnie powstrzymał.
-Poczekaj - powiedział i ze skupieniem zaczął naciskać przyciski. Odwróciłam się do Jasona, który leżał i wyraźnie się nudził. Uniosłam brwi.
-Jason, wróciłeś do domu a ty śpisz?
-Moim domem jest Lyrian - westchnął i się wyprostował - ale chciałbym zajrzeć do rodziny. Wiem, że to niemożliwe, ale jestem strasznie ciekawy.
Rozumiałam go. Chciałabym powiedzieć to samo, ale moi rodzice byli martwi. Kiedy się odwróciłam z powrotem, na radiu pisało "Veilleurson".
-Macie własną stację radiową? - zapytałam z niedowierzaniem.
-Yhm. - Kiwnął głową.
-Ostateczną europejską siedzibą Veilleurson został Rzym. Przeniesienie z Norwegii do Włoch będzie wymagało czasu, lecz po ostatnich wydarzeniach siedziba nie nadaje się do dalszego użytku. - Rozbrzmiał po całym samochodzie aksamitny głos jakiejś kobiety.
-Co się stało? - zapytałam.
-Zalało - roześmiał się - ta organizacja spada na psy.
Uniosłam z niedowierzaniem brwi.
***
W tym samym czasie, Nowy Jork, siedziba Amerykańskiego Veilleurson.
*Przywódca Rady Zachodu Veilleurson, Henrick Grendale*
Po raz kolejny tego dnia obejrzałem się za ramię. Ciągle czułem, że ktoś mnie śledzi i obserwuje. Niestety, byłem już stary, na tyle stary, że zmysły mąciły człowiekowi w głowie. Mruknąłem coś pod nosem i wspiąłem się po kamiennych schodach.
Jak się okazało Augustus - czy jak mówili inni - Gus, czekał na mnie w moim gabinecie. Siedział z założonymi rękami i wbijał we mnie wzrok.
-Witaj, Henricku - powiedział ze zmrużonymi oczami.
-Chciałeś ze mną porozmawiać - powiedziałem i usiadłem w swoim fotelu - o czym?
-Wiesz, czasami, kiedy dobro nie istnieje, trzeba wybrać mniejsze zło. - Westchnął Gus.
***
W tym samym czasie, Nowy Jork, siedziba Amerykańskiego Veilleurson.
*Przywódca Rady Zachodu Veilleurson, Henrick Grendale*
Po raz kolejny tego dnia obejrzałem się za ramię. Ciągle czułem, że ktoś mnie śledzi i obserwuje. Niestety, byłem już stary, na tyle stary, że zmysły mąciły człowiekowi w głowie. Mruknąłem coś pod nosem i wspiąłem się po kamiennych schodach.
Jak się okazało Augustus - czy jak mówili inni - Gus, czekał na mnie w moim gabinecie. Siedział z założonymi rękami i wbijał we mnie wzrok.
-Witaj, Henricku - powiedział ze zmrużonymi oczami.
-Chciałeś ze mną porozmawiać - powiedziałem i usiadłem w swoim fotelu - o czym?
-Wiesz, czasami, kiedy dobro nie istnieje, trzeba wybrać mniejsze zło. - Westchnął Gus.
-To chyba popełniłeś błąd, wybierając większe zło - odparłem oschle.
Nie ufałem temu człowiekowi. Był zły do szpiku kości.
-I właśnie o to chodzi - uśmiechnął się szatańsko - nie ma większego i mniejszego zła. Jest po prostu zło.
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Obojętnie, którą stronę ludzie wybiorą, umrą.
-Od kiedy ciebie i Maldora interesuje życie ludzi? Ludzie na wojnie zawsze umierali - zmrużyłem oczy.
-Nie musimy toczyć wojny - uśmiechnął się.
-Przestań mieszać mi w głowie. O co ci chodzi?
-Maldor chce pokoju, a nie wojny. Zarządza rokowań.
-I co? - wstałem od biurka zirytowany - myślisz, że nikt nie zrozumie, że to pułapka?
-To będą pokojowe rokowania - zachował spokój.
-Nie. Nie będą. Na miłość boską, nikt nie będzie tutaj ufał Maldorowi. Ten człowiek tylko chce namieszać w systemie. Ba, już namieszał. Przez niego nasza organizacja trwająca od trzystu lat została podzielona.
-Doskonale wiesz, która strona odniesie sukces sprzymierzając się z Maldorem.
Uderzyłem otwartą dłonią w drewno.
-Dość! - tego było za wiele. - Nie jestem głupcem, i Galloran także nim nie jest.
_________________________________________________________
Ponieważ ostatnio miałam niewiele czasu, rozdział został podzielony na dwie części :)
Nie ufałem temu człowiekowi. Był zły do szpiku kości.
-I właśnie o to chodzi - uśmiechnął się szatańsko - nie ma większego i mniejszego zła. Jest po prostu zło.
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Obojętnie, którą stronę ludzie wybiorą, umrą.
-Od kiedy ciebie i Maldora interesuje życie ludzi? Ludzie na wojnie zawsze umierali - zmrużyłem oczy.
-Nie musimy toczyć wojny - uśmiechnął się.
-Przestań mieszać mi w głowie. O co ci chodzi?
-Maldor chce pokoju, a nie wojny. Zarządza rokowań.
-I co? - wstałem od biurka zirytowany - myślisz, że nikt nie zrozumie, że to pułapka?
-To będą pokojowe rokowania - zachował spokój.
-Nie. Nie będą. Na miłość boską, nikt nie będzie tutaj ufał Maldorowi. Ten człowiek tylko chce namieszać w systemie. Ba, już namieszał. Przez niego nasza organizacja trwająca od trzystu lat została podzielona.
-Doskonale wiesz, która strona odniesie sukces sprzymierzając się z Maldorem.
Uderzyłem otwartą dłonią w drewno.
-Dość! - tego było za wiele. - Nie jestem głupcem, i Galloran także nim nie jest.
_________________________________________________________
Ponieważ ostatnio miałam niewiele czasu, rozdział został podzielony na dwie części :)
Super rozdział!!! Nie mogę doczekać się drugiej części!!! :))) Nowy wygląd bloga jest genialny <3<3<3 A tak w ogóle to na tym zdjęciu jest Lily Collins? ;) Pozdrawiam ;**
OdpowiedzUsuńPolecam szablonownicę robią tam super szablony :D Tak, na zdj jest Lily <3
UsuńNie wiem czy pisałam czy nie więc na wypadek napiszę raz jeszcze: Świetny szablon!
OdpowiedzUsuńI rozdział tak samo :)