czwartek, 28 sierpnia 2014

Działaj lub giń. Rozdział 2

Blade promienie wschodzącego słońca zaczęły wlewać się do domów i zamku w Trensicourt, budząc mieszkańców tego królestwa. Niektórzy wstali trochę wcześniej, inni później, a jeszcze inni wstali tylko dlatego, by obejrzeć wschód słońca, który z zamku wyglądał naprawdę przepięknie. Między innymi, taką osobą była właśnie Rachel.
Dziewczyna uwielbiała wschody - czy z jej świata, czy tu, zawsze lubiła je oglądać. Dla innych to zachód jest piękniejszy, ale Rachel zawsze uważała, że wschód to nowy dzień, nowa nadzieja, nowa szansa na lepsze.
Ziewnęła przeciągle i poszła do łaźni, połączonej z jej pokojem. Stała tam duża wanna i ogromne lustro. Wcześniej poprosiła służące, aby jej nalały ciepłej wody. Teraz stanęła przed nią i zrzuciła szarą koszulę nocną. Weszła do ciepłej wody i położyła się, zapominając o troskach i wojnie.
Po kilku minutach wzięła do ręki szare mydło, i dokładnie się wyszorowała szczotką, która zostawiła różowe ślady na jej nogach i rękach. To dobrze, przynajmniej  pobudzi moją krew, pomyślała.
Posiedziała jeszcze kwadrans, i wstała. Sięgnęła po jedwabny ręcznik i osuszyła ciało, po czym wzięła pachnący olejek i nasmarowała się nim, przez co jej skóra pachniała. Ubrała pomarańczową suknię z zwiewnego materiału. Rachel lubiła w niej chodzić bo miała ciekawy krój. Na szyi krzyżowała się, i zasłaniała cały przód, gdy plecy były całe odkryte. Sięgała kostek. Wilgotne włosy dosuszyła, i związała je w luźny kok, po czym wróciła do pokoju. Określiła po pozycji słońca, że dochodzi siódma. Wzięła z półki jakąś książkę, oprawioną w ciemno-zieloną skórę. Na okładce pisało: Dzieje Eldrina, a w prawym górnym rogu: kopia. Rachel nie kojarzyła tej książki więc otworzyła na wstępie. Słowa były zapisane granatowym atramentem:

Drogi Czytelniku! 
Na początek chciałbym Ci się przedstawić. Nazywam się Orrin, syn Dorrina. Jestem uczonym, pasjonuję się pisaniem ksiąg oraz językiem edomickim. Nie używam go - bardziej badam. Uważam, że to niezwykłe. Słowa poparte siłą woli, które potrafią wypłynąć na materię? Nieprawdopodobne. A jednak, i można się tego nauczyć, lecz talent w tej dziedzinie zazwyczaj jest przekazywany z pokolenia na pokolenie, i trudno go odkryć. 

Rachel przekartkowała kilka stron bo wstęp był naprawdę długi. Pierwsze rozdziały były o  czarnoksiężnikach, co Rachel znała prawie na pamięć. Zaczęła czytać od  strony 114:

Rozdział 5, "Amar Kabal, część druga"

Amar nasiennika ma bardzo złożoną i skomplikowaną strukturę. Badałem i mieszkałem wśród ich ludu wiele lat, i muszę stwierdzić, że w kwestii swojego nasienia są naprawdę nieufni. Nasiennik może odradzać się tyle razy, dopóki amar mu się nie zniszczy lub nie uszkodzi. Nasiennik, którego amar został unicestwiony lub na tyle uszkodzony, by się nie odrodził, po prostu umiera, a wszelkie próby ponownego wyhodowania kończą się porażką. Gdyby ktoś odnalazł uszkodzony amar (którego właściciel się nigdy nie odrodzi) i naprawił go edomickim, istnieje małe prawdopodobieństwo, że nasiennik po zasadzeniu jego amara, mógłby znów żyć. 


Rachel otwarła usta ze zdumienia.
-Drake. - Wyszeptała.
Przypłynęła do niej nowa nadzieja, która szybko zniknęła:

Opis takiej naprawy został umieszczony w dziennikach Eldrina, ale te mogą być już dawno zniszczone. Nikt nie zna dokładnego położenia ani innych zapisków. 

-Cholera. - Syknęła Rachel i zamknęła książkę.
Odłożyła ją na bok i wyszła na swój taras z widokiem na miasto. Jeszcze jeden dzień i wszyscy będą mieć wolne od ciężkiej pracy. Teraz mieszkańcy otwierali sklepy, tawerny, gospody i rozkładali stragany na rynku. Nagle niektórzy zaczęli  pokazywać palcami na niebo. Rachel zmarszczyła brwi i sobie od razu uświadomiła co przyciągnęło uwagę tych ludzi.
Płomień szybował nad Trensicourt i chyba swoim niezwykłym umysłem wyczuł Rachel. Podleciał do jej wielkiego balkonu i zatrzymał się w powietrzu patrząc w jej twarz.
-Cześć. - Bąknęła. - Mógłbyś nie straszyć tych ludzi?
-Nie, nie mogę. - W tej samej chwili odleciał od balkonu na około dziesięć jardów i zionął ogniem w dół. Ogień nawet nie dotknął dachów domów.
Rachel zaklęła siarczyście co było do niej nie podobne i od razu się skarciła w myślach.
-Zejdź mi z oczu.
-Ej, ja tylko żartowałem. - Płomień wyglądał na urażonego, po czym odleciał.
Dziewczyna przewróciła oczami i wróciła do swojego pokoju. Zerknęła w lustro i zeszła na śniadanie.

                                                                         ***
Rachel przechadzała się po rynku kiedy nagle ktoś położył jej rękę na ramieniu. Przerażona odskoczyła, a gdy się obejrzała za siebie, zobaczyła Jasona. Przewróciła oczami i odwróciła się od niego skrywając uśmiech.
-Pa pani, proszę się na mnie nie gniewać - powiedział z arystokrackim akcentem.
-Skażę cię na śmierć za to. - Powiedziała śmiertelnie poważnie.
Jason udawał przerażonego więc padł na kolana i zaczął błagać:
-Nie! Proszę o wybaczenie! Wasza Wysokość!
Rachel prychnęła i weszła do jego umysłu. Przesłała mu obraz z ścianą z marmuru poplamioną krwią. Na niej widniał ogromny, czerwony napis: "Ogarnij się ty dupku."
Rachel nie chciała go obrazić, jedynie rozbawić. Oboje się roześmiali i Jason wstał uśmiechając się.
-Słyszałaś już? - zapytał.
-O czym? - uniosła brwi.
-O Corinne. - Powiedział, jakby to było jasne.
-Nie, a coś się stało? - dziewczyna zamartwiła się.
-Nie, tylko bierze ślub i za dwa tygodnie ja, ty, Galloran, Farfalee, Jasher, ich syn Lodan, Aram z żoną i jeszcze kilka innych osób jedzie do Meridonu na ich ślub. - Oznajmił Jason.
Słysząc imiona swoich najstarszych przyjaciół uśmiechnęła się.
-To cudownie. Z kim?
-Eee, z jakimś rycerzem, ale bardzo wysoko postawionym. - Wytłumaczył jej.
-Będzie miała niezwykły ślub. Już nie mogę się doczekać. - Ucieszyła się.
-Ja też - przyznał Jason - Meridon to bardzo ciepły i miły kraj. Chciałbym go zwiedzić.
-Przelatywaliśmy nad nim przecież. - Przypomniała.
-Ja wtedy spałem. - Odparł niewinnie.
-Ach, tak, wtedy kiedy o mało nie spadłeś ze smoka? - żachnęła się - pamiętam.
Jason w uśmiechu odsłonił białe zęby.
-A właśnie, dlaczego nie dostałam zaproszenia? - zapytała udając zdziwioną.
-Bo wiadomość dostałem pół godziny temu w moim pokoju. U ciebie też powinno być. - Odparł trochę zdziwiony jej "nachalnym" zachowaniem.
Rachel przewróciła wymownie oczami.
-Żartowałam, nie jestem taka.
-Oczywiście, jesteś milutka jak króliczek. - Parsknął i zacisnął usta ukrywając rozbawienie.
Dziewczyna popatrzyła się na niego. Zmrużyła nieco oczy i odwróciła się idąc przed siebie. Kiedy znów się obróciła wybuchnął śmiechem.
Popchnęła go siłą woli w tył, tak żeby upadł. Sekundę przed upadkiem zatrzymała go i zawisł w powietrzu.
-Ej no.
-Co ej? - uniosła brwi.
Pomogła mu wstać a wtedy jakaś staruszka dotknęła jej ramienia. Powiedziała:
-Czy chciałabyś kupić bransoletkę z rzemyków? - staruszka miała w kościstych dłoniach niewielki kuferek.
Zanim Rachel zaskoczona zdążyła coś odpowiedzieć Jason przytaknął:
-Tak, moglibyśmy je zobaczyć?
-Oczywiście, lordzie.
Staruszka otwarła kuferek i zobaczyli plątaninę rzemyków i koralików ręcznej roboty. Wyciągnęła kilka i pokazała. Jedna była z zielonego rzemyku z ciekawym, przeplatanym wzorem. Inna była brązowa z trochę prostszym wzorem. Jeszcze inna czerwona z ciemnoczerwonymi koralikami.
-Która ci się podoba? - zapytał Jason.
Rachel była pod wrażeniem. Bransoletki może wyglądały zwyczajnie, ale przyglądając się im, sprawiały wrażenie prześlicznych.
-Ta zielona. - Szepnęła.
-Poproszę tę zieloną. - Oznajmił Jason i kupił bransoletkę za 2 droomy.
Staruszka podziękowała z szacunkiem i odeszła kuśtykając.
-To dla ciebie. - Wyciągnął bransoletkę i założył ją na rękę Rachel.
-Dziękuję. - Powiedziała i ucałowała go w policzek.

                                                                     ***

Kiedy wróciła do swej komnaty znajdującej się na trzecim piętrze, na mahoniowym biurku leżał list,  od Corinne, w sprawie ślubu - jak się spodziewała. Przełamała czerwoną pieczęć, wyjęła list z koperty i zaczęła czytać treść zapisaną eleganckim pismem:

Kochana Rachel,                                                                                                                     12.07


Zapraszam cię na mój ślub, który odbędzie się za dwa tygodnie, licząc od dziś (patrz data u góry). Szczerze mówiąc, żałuję, że nie możemy się częściej widywać. Oprócz zaproszenia, chciałam Ci napisać coś jeszcze. Słyszałam o wszystkim co się wydarzyło. Twoja wyprawa do Zaghary, była naprawdę odważna. Gdyby nie to, że dzieli Was z Jasonem przyjaźń, uznałabym to za brawurowy występek. Mimo tego, cieszę się, że to zrobiłaś. 

Nadeszła wojna, Meridon także szykuje się do walk na wschodzie. Chciałabym, żeby ten ślub połączył nasze dwa kraje najprawdziwszą przyjaźnią i pokojem. I jestem tego pewna, że się uda. 
Przykro mi z powodu wojny, Rachel. Nie mogę się doczekać naszego spotkania! 

                                                                                                           Pozdrawiam, i do zobaczenia.



PS. Weź zwiewne rzeczy. W Meridonie jest okropnie gorąco i wilgotno... lecz czuję się tu jak na wakacjach.

                                                                                                                               Corinne.


_____________________________________________

Mamy rozdział drugi  ;)  Nieco krótszy ale nie taki jak w zeszłej części D:
Kochani bardzo ważne pytanie (do tych co czytali serię "Pozaświatowcy")
Czy chcielibyście, aby Rachel i Jason podróżowali w dawnej ekipie? (Farfalee, Jasher, Aram, Corinne) 
Proszę o szybką odpowiedź. Mam plany na przyszłość xD

wtorek, 19 sierpnia 2014

Działaj lub giń. Rozdział 1

Żeby nie było niektórym smutno, pierwszy rozdział - już teraz :)

-Pierwsze co trzeba zrobić, to wysłać posłańców do wszystkich miast królestwa i poprosić o przygotowywanie wojowników do walki oraz o poinformowanie jarlów o obecnej sytuacji. - Oznajmił Galloran podczas narady. - Myślę, że powinniśmy ich wysłać do Kadary, Harthenham, Elester, Suffolk, Jerud, Russock oraz Wodan.
Narada poparła to pomrukiem i skinieniem. Nicholas, kanclerz Trensicourt wstał i dodał:
-To świetny pomysł, wasza Królewska mość, ale śmiem dodać, że nawet jeśli te miasta będą posiadać wystarczającą ilość mężów, przydałoby się nakłonić pobliskie wioski do rekrutowania mężów i zapewnienie im skróconego programu nauki.  Aktualnie armia Lyrianu to 5 tys. piechoty ciężkozbrojnej, 2 tys. jazdy oraz 4 tys. łuczników. Chyba wszyscy się zgodzicie, że na skalę naszego kraju, to niewystarczające wojsko. Maldor może nas zaskoczyć...
-Jest jeszcze Siedem Dolin. - Przerwała Rachel.
Wszyscy się na nią popatrzeli. 
-Siedem Dolin to około 10 tys. świetnie wyszkolonych wojowników. Każdy o tym wie. - Dodała.
-Racja, lady Rachel. - Zgodził się król. - Lecz Maldor to czarnoksiężnik. Może dysponować mrocznymi istotami, gorszymi od Czatowników. 21 tys. mężów to nadal za mało. 
-W takim razie proponuję, aby pomógł nam Meridon. - Oznajmiła pewnie Rachel.
Ktoś parsknął na sali i mruknął:
-Czy ktoś powiedział, że nam pomoże? Pff.
-Sir Baeronie, Meridon to kraj nam przyjazny i pomocny. Z pewnością się zgodzą, poza tym moja córka, lady Corinne jest wysoko ustawiona w ich królestwie. - Odparł spokojnie Galloran. - Dzięki Meridonowi możemy liczyć na ponad 5 tys. zbrojnych. To 26 tys. 
-Uważam, że to wystarczająco! - oznajmił Lord Ronar. - Niby skąd Maldor mógłby wziąć więcej ludzi? W tamtym mieście nie może być ich więcej niż 5 tys. Szarych Jeźdźców nie zostało wielu, może 500. 
-Lordzie Ronarze, przypominam, że na północy jest jeszcze państwo skute lodem, Wolfare. Tam także jest król i także dysponuje ludźmi. - Upomniał go król.
-Jest jeszcze Nia-Zo i Zaghara. - Przypomniała ostrożnie Rachel.
-Racja, ale niestety Zaghara jest za daleko, a Nia-Zo jest jeszcze dalej. Poza tym, z tymi krajami nie obowiązuje nas traktat sojuszniczy. Równie dobrze mogą spalić nasze domy niż nam pomagać. - Galloran westchnął smutno.
-Przypominam, że mam smoka i Jason wkrótce będzie go mieć. 
-Twoje smoki nie powinny istnieć. To dawne stworzenia! Czarna Magia! - Kilka osób wydawało się oburzonych.
-Ah, tak? Jeden smok to 500 naszych ludzi. Swoim ogniem spali wioski i miasta wroga, gdy mu rozkaże. Twierdzisz panie, że to czarna magia? Czarna magia to Maldor! - Z każdym słowem Rachel podnosiła głos. Lord Legor, wydawał się niewzruszony. Miał już coś powiedzieć, gdy Galloran krzyknął z hukiem:
-Nie macie prawa obrażać smoków! To żywe istoty, Rachel nic nie poradzi, gdy będą próbowały cię zabić. Kończę tą naradę. Następna za tydzień i wysłać posłańców do wcześniej wymienionych przeze mnie miast.
Wszyscy wstali jak na komendę, wyprostowali się, po czym wyszli.
-Rachel, zostań na chwilkę. - Poprosił król i dziewczyna wykonała polecenie.
-Tak, Galloranie? - uśmiechnęła się.
-Jesteś pewna, że chcesz stworzyć drugiego smoka? - Zapytał król. - Wcześniej o mało cię to nie zabiło.
-Jestem pewna. Płomień mi pomoże. - Zapewniła go Rachel.
-Ach, tak, jest jeszcze Płomień. Przepraszam, zapomniałem.
-Król nie musi przepraszać. - Westchnęła Rachel.
-Ajj, już przestań. Jesteś dla mnie jak córka.
-Dziękuję, Galloranie. Mogę już iść?
-Tak oczywiście. Miłego dnia.
-Wzajemnie.
Dziewczyna skierowała się do swej komnaty. Minęła gwardzistę, a ten powiedział:
-Pani. Lord Jason kazał przekazać ten list. - Wyciągnął kawałek papieru.
-Dziękuję, możesz odejść. - Podziękowała i wzięła list.
Weszła do swej komnaty i zaczęła czytać. List był krótki i rzeczowy:

Rachel!

Spotkajmy się na polanie za zamkiem, tego dnia o godzinie 16:00. Do zobaczenia.

                                                                                                                Jason.

Dochodziła godzina 12:00. Rachel wypowiedziała krótką frazę i list znikł. Wypowiedziała następną, szklanka wody pojawiła się w jej dłoniach. Wypiła zimny napój i odstawiła go na kredens, i wyszła na balkon.
Owiało ją gorące powietrze i lekki, letni wiatr. Spojrzała na północ. To tam jest Maldor, i trzeba było go zniszczyć. Cały czas postawiała przed sobą pytanie: Jak?
Przed spotkaniem z Jasonem czekały ją lekcje łucznictwa i szermierki. Od ponad miesiąca uczyła się ich dzień w dzień. Była raczej dobra, ale dużo zostało jej do perfekcji. Uczyli ją sami mistrzowie wśród Amar Kabal. Przebrała się z sukni w jasną koszulę i skórzane spodnie oraz buty do kolan, a włosy upięła w wysoki kucyk. Zdecydowanie taką formę się lubiła bardziej. Wzięła swój lekki miecz i zeszła na dół.
Część Trensicourt to budynki mieszkalne, rynek i takie tam, a druga część to place, na których uczyli się wojownicy. Właśnie tam szła Rachel.
Mistrz Szkoły Rycerskiej udzielał im lekcji w każdy poniedziałek, wtorek, środę, czwartki i piątki. Zauważyła swoich Mistrzów. Było to młode małżeństwo Amar Kabal - kobieta, o imieniu Resanii uczyła Rachel łucznictwa, a mężczyzna o imieniu Robben - szermierki. Wyszła im na spotkanie i zawoła: "Moi mistrzowie!" a ci jej odparli "dzień dobry, lady Rachel."
Jak zwykle zaczynała od strzelania z łuku. Strzelała z dystansu 15 metrów do tarcz w kształcie człowieka. Chybiła raz, trafiła 6 z czego 2 w sam środek. Nieźle. Następnie przeszli do lekcji szermierki, więc Rachel wyciągnęła swój miecz. Rozpoczęli walkę i Rachel tylko raz pokonała mistrza. Mimo to, bardzo dobrze się spisała.
Zmęczona, i spocona uznała, że dochodzi 15. Wróciła do zamku, obmyła twarz i wyszła aby się spotkać z Jasonem.
Kiedy szła na dół, strażnicy dygali i mówili "lady Rachel." Dziewczyna została mianowana młodszym doradcą króla. Westchnęła cicho i poprawiła miecz przypasany do pasa - już od jakiegoś czasu z nim chodziła. Wyszła przez główne drzwi na skąpany w słońcu dziedziniec. Podwinęła rękawy koszuli i poszła do stadniny odebrać swoją klacz. Nałożyła jej lekkie siodło i wyjechała na niej przez bramę. Wzdrygnęła się gdy usłyszała w głowie głos:
-Nadal nie mogę cię pogodzić, że podróżujesz na tej kupie mięsa, niż na mnie. - Westchnął poirytowany smok.
-Kupie mięsa powiadasz? - Rachel uniosła brwi. - Musisz się pogodzić z tym, że straszysz biednych ludzi.
Płomień mruknął zadowolony z siebie.
-Ludzie zawsze się bali smoków.
-Zawsze? Kiedy żył ostatni smok? - zapytała zaciekawiona Rachel.
-Z tego co wiem, około 400 lat temu. Jego kości są zakopane w Srebrnej Świątyni w Zagharze. - Odparł.
-Nigdy nie słyszałam o Srebrnej Świątyni. Co to za miejsce?
-Srebrna Świątynia to wysoka wieża z białego kamienia. W nocy świeci się na srebrno. 
-Czy to zakazane miejsce? Albo legenda? - dopytywała się Rachel.
-Nie, nie nie. Srebrna Świątynia to miejsce odwiedzane przez pielgrzymów. Zaghara zawsze czciła smoki. Wiesz, gdyby się dowiedziała o twoim, może byś miała wielu poddanych. - Wytłumaczył smok. - Ach, a gdyby to jeszcze Jason miał smoka a raczej smoczycę, moglibyśmy na nowo ewoluować mój gatunek. Smoki by istniały.
-To by było piękne. Wiesz, jestem umówiona na spotkanie z Jasonem, na polanie za zamkiem. Możesz do nas dołączyć.
-Już tam lecę. - Zapewnił Płomień i znikł z umysłu Rachel.
Nawet się nie obejrzała, i już zobaczyła Jasona i Płomienia. Pomachała im i zatrzymała się. Zeskoczyła z konia i powiedziała:
-Cześć, Jason.
-Witaj Rachel. Jak się miewasz? - przywitał ją Jason.
-Doskonale. A ty?
-Również dobrze. Chciałem się z tobą spotkać, bo musimy omówić pewne rzeczy. - Oznajmił i się uśmiechnął. - Z Płomieniem.
-Okej. Co to za rzeczy? - zapytała i siadła, a Jason kolo niej.
-Pamiętacie, jak rozmawialiśmy o tym, co musimy zrobić? Stworzyć dobrą broń i smoka.
-No tak pamiętamy. - Zgodziła się Rachel.
-Okej. Jeśli chodzi o broń, myślałem, aby zdobyć Nia-Zo'ńską stal u kupców i oddać kowalowi by przetopił na miecze.
Nia-Zo'ńska stal była bardzo ostra i rzadka. Potrafiła przeciąć skałę.
-Jak ją chcesz zdobyć? - zapytała Rachel.
-Właśnie w tym problem. Z tego co wiem, kupcy z Nia-Zo przyjadą dopiero za dwa miesiące. Nie możemy tyle czekać. Pomyślałem, że moglibyśmy wziąć miecze z Celestynowej Biblioteki. Tam jest Nia-Zo'ńska stal, Galloran mi mówił. To też działa na naszą korzyść, chyba, że Rachel, pamiętasz jak się tworzyło smoka?
-Przykro mi, ale nie. Znam wiele fraz, ale tamta była długa i trudna.
Spojrzała na niego. Zamyślił się.
-No cóż,  to będziemy musieli znaleźć znów tą frazę. - Uśmiechnął się łobuzersko, co spodobało się Rachel.
Zerknęli na Płomienia. Spał.
-Płomień. Wstawaj durnoto. - Syknęła na Płomienia a ten otworzył oczy i spojrzał wściekle na Rachel.
-Jestem smokiem, kupo mięsa. Nazwij mnie tak jeszcze raz a staniesz w płomieniach. - Wycedził i odleciał.
Rachel spojrzała smutno na Jasona.
-Od jakiegoś czasu robi się taki.. indywidualny. Dziki.
-To smok, Rachel. Smoka nie da się całkowicie poskromić. - Pocieszył ją.
-Wiem. - Spojrzała mu w oczy. - Wiem. Mam nadzieję, że to nam nie zaszkodzi. Muszę już iść. Do zobaczenia, Jasonie. - I odeszła.
Weszła na konia i odjechała do zamku. Jutro czekało ją siedzenie i oglądanie turnieju rycerskiego. Nie pamiętała, kto będzie walczył i nie za bardzo ją to obchodziło. Cóż, ale ludziom przyda się trochę rozrywki - pomyślała.

                                                                           ***
Następnego dnia, rano, wstała bardzo wcześnie, o wschodzie słońca. Umyła się w królewskich łazienkach i przebrała w długą, niebieską, zwiewną suknię. Lubiła nosić suknie, ale najbardziej właśnie te zwiewne, odsłaniające ramiona.
Dzień był bardzo gorący, ale włosy zostawiła rozpuszczone, więc łaskotały ją po plecach. Zeszła na dół, na śniadanie, gdzie jedli przyjaciele króla i inne ważne osoby, w tym Jason. Zjadła śniadanie wymieniając kilka zdań z innymi damami. Dowiedziała się różnych rzeczy, między innymi, że ktoś tam bierze ślub i inne bzdury. Westchnęła cicho i dopiła sok. Spojrzała na Jasona, który dopiero siadł obok mnie.
-Przepraszam zaspałem.
-Spoko, nic się nie stało. Do zobaczenia na turnieju - i zostawiła go samego.
Turniej miał się odbyć o 10 więc miała jeszcze dużo czasu. Wyszła do ogrodów. Ogrody to było jej ulubione miejsce. Pielęgnowali je najlepsi ogrodnicy. Można było siąść i odpocząć, pospacerować lub po prostu oglądać rośliny. Usiadła na białej ławeczce i ujrzała młodego mężczyznę, mniej więcej w jej wieku. Uchwycił jej spojrzenie i podszedł do niej. Wstała i powiedział przyjemnym głosem:
-Lady Rachel. - Ujął jej dłoń i pocałował.
-Sir Logan? - zapytała i uśmiechnęła się.
-Miło mi cię poznać, moja pani.
-Mi również.
-Od jakiegoś czasu pani szukałem. Chciałem się zapytać czy będzie pani oglądać dzisiejszy turniej.
Sir Logan miał kruczoczarne włosy i niebieskie oczy. Rachel pomyślała, że to nie możliwe, by być takim przystojnym, ale szybko skarciła się za tą myśl.
-Tak, oczywiście. To ty, sir, stawisz się w pojedynku? - spytała uprzejmie.
-Tak, tak. - Odparł zadowolony.
-W takim razie będę ci kibicować.
-Dziękuję, pani to dla mnie zaszczyt. - Spojrzał jej w oczy. - Przykro mi, ale muszę już iść. Do zobaczenia, lady Rachel. - Skinął głową i odszedł.

Na turniej zostało zaproszonych wiele gości - różne damy, rycerze i lordowie. Rachel siedziała w pierwszym rzędzie, obok Jasona i Gallorana. Po kwadransie pojawili się walczący - Sir Logan odziany w wspaniałą srebrną zbroję oraz odziany w tradycyjną zbroję rycerz, którego nie znała. Sir Logan wsiadł na białego konia, a drugi na kasztanowego. Logan podjechał do Rachel i podarował jej czerwoną róże. Zarumieniła się i podziękowała mu szczerym uśmiechem. Kątem oka, zauważyła, że Jason robi się czerwony z zazdrości. Uniosła brwi. Ciekawe.
Rozpoczął się turniej i rycerze zaczęli walczyć. Pierwszy ruch wykonał ten drugi, sir Logan z łatwością go odparował i jednym ruchem powalił na ziemię. Ludzie zaczęli piszczeć z zachwytu i klaskać. Zdjął hełm i pomachał im. To niesamowite - powalić kogoś z taką łatwością. Ale cóż, nie ma się czego dziwić, Logan był dobrym rycerzem.
-Panie i panowie... zwycięzcą dzisiejszego.. eee... pojedynku jest sir Logan, syn Thogana. - Oznajmił rozbawiony herold.
Rachel westchnęła z irytacją. Naprawdę mieli marnować czas na takie cholerne bzdury, kiedy powinniśmy martwić się wojną? - pomyślała z niezadowoleniem. Wstała i wróciła do zamku przeklinając pod nosem.

Rachel jakoś nigdy nie przykładała uwagi do zachowania mieszkańców - teraz jednak próbowała rozszyfrować ich zachowanie. Jak można było się domyślać, rozruch spowodowany wojną nieustannie się powiększał. Mężczyźni trenowali, a kowale mieli mnóstwo roboty z tworzeniem broni i pancerzy dla wojowników. Kobiety również nie miały łatwo - przecież nadchodziła zima... Musiały mieć ubrania dla siebie i dzieci oraz jedzenie. Niektóre również stawały do walki, podobnie jak Rachel, lecz były to kobiety samotne i raczej doświadczone w walce... coś takiego, jak kobiety od Amar Kabal.
Przechadzając się uliczkami, Rachel rozmawiała z niektórymi ludźmi. Podziwiali ją za wiele rzeczy, była przecież żywą legendą. Zrobiło się późno, a dziewczyna dotarła do granic miasta, gdzie bywało niebezpiecznie. Chciała zawrócić, gdy coś przykuło jej uwagę. Usłyszała... grożenie. Tak, grożenie. Wyjrzała zza rogu i zobaczyła jakiegoś mężczyznę ubranego w ciemne, skórzane ubrania. Kiedy zobaczyła, komu grozi jej usta ułożyły się w literę "o".
Sir Logan stał skulony, i od razu było widać, że chciał wrosnąć w ścianę domu, do której został przyszpilony.
-...powiedziałem ci coś, nie? Albo zrobisz to jeszcze dzisiaj albo wypruję ci flaki. - Warknął mężczyzna, który groził.
Rachel podeszła bliżej nadstawiając uszu.
-Nie mogę tego zrobić, dobrze o tym wiesz. Prędzej skończę w więzieniu. - Odparł drżącym głosem Logan.
-Wiesz, że nas jest więcej? - syknął jego rozmówca.
-Nie zrobię tego...
-W takim razie pożegnaj się z życiem. - Grożący uśmiechnął się od ucha do ucha.
Rachel postanowiła wkroczyć.
-Przepraszam. - Pisnęła. Logan ją od razu rozpoznał, ale uciszyła go jednym spojrzeniem. Grożący odwrócił się, więc dodała: - mogłabym zapytać, czemu mu grozisz?
Udawała przestraszoną.
-Tutaj obok, jest.. em.. burdel, i kilka naszych pracowniczek usłyszało pańską kłótnię, i się nieźle wystraszyło. - Widząc narastając na twarzy mężczyzny dodała. - Widzę, że jest pan zmęczony i zdenerwowany. Niech pan zostawi tego opryszczka. Niech pan zrelaksuje się u nas.
Rachel przemawiała takim słodkim głosem, że trudno było jej się oprzeć. Grożący podszedł do niej, zapominając o Loganie i dotknął jej barku i przesunął spoconą dłoń aż do nadgarstka. W tym samym czasie Rachel wypowiedziała cicho frazę, i mężczyzna zatrzymał się sparaliżowany. Machnęła dłonią i rozprysł się w drobny mak. Kąciki jej ust powędrowały w górę, a wtedy odezwał się Logan:
-Niesamowite. Jak ty to robisz? - zapytał a jej złość powędrowała ku niemu:
-O co chodziło? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
-Chodzi ci o tego mężczyznę? - zmarszczył brwi.
-Wiesz, że ciągle odpowiadamy pytaniem na pytanie?
-Nie odpowiedziałaś na moje pierwsze pytanie, więc jak ty to robisz?
-Zaraz skończę z tobą rozmawiać, i będziesz musiał sam poprowadzić monolog wewnętrzny. - Syknęła rozdrażniona.
-Dobrze, dobrze, nie złość się moja miła. - Uspokoił ją nieco.
-Nie jestem twoją miłą. Nie nazywaj mnie tak.
-Nigdy? - uniósł brwi.
-Przenigdy. O co chodziło? - powtórzyła przewracając oczami.
-Prawdę mówiąc, nie wiem. Kazał mi zabić jakąś dziewczynkę, bo widziała jak zabił kogoś tam. Popieprzony człowiek, tyle powiem.
-Aha, rozumiem. Kim on był? - dopytywała się.
-Moim starym znajomym. - Westchnął. - Widzisz, moja przeszłość jest trochę przestępcza, bo siedziałem przez mniej więcej rok w więzieniu.
-Dlaczego? - zapytała zaskoczona.
-Byłem niesłusznie oskarżony. A dokładnie dlatego, że zadawałem się z tym typkiem. Spalił jakąś chatę w wiosce i oskarżono mnie o współudział. Ja tam tylko stałem, i nic złego nie zrobiłem.
-Właśnie, nic nie zrobiłeś. - Fuknęła. - Stałeś i nic nie zrobiłeś.
-Dlaczego ciągle się na mnie wściekasz? - podszedł do niej bliżej i się uśmiechnął.
-Hm, bo mam powody. Dobrze, muszę iść. Miłego wieczoru życzę - i odwróciła się na pięcie zostawiając rycerza samego.

________________________

No, kochani, rozdział pierwszy drugiej części, trochę długi xD
To taka niespodzianka na początek. Co do części drugiej, będę
starała się pisać rozdział przynajmniej raz w tygodniu. Nie 
obiecuję, że zawsze się wyrobię, bo wiecie, nauka itepe itede
trochę czasu zajmuje.
Prosiłabym także o komentowanie pod każdym rozdziałem :)

ps. Czy chcielibyście do każdego rozdziału ilustrację? Wiecie,
że rysuję i dodaję? Napiszcie w komentaz

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zapowiedź cz. 2 + kilka informacji.

Kochani! W końcu wzięłam się do roboty z pisaniem i mam dla was kilka informacji:

1. Będzie zmieniony wygląd, nazwa bloga. W końcu to druga część! Link pozostanie ten sam ;)
2. Rozdziały drugiej części pojawią się po 1 września. Obiecuję, że będę ciekawsze i z większym napięciem. 3. Prosiłabym was - kilku czytających - aby udostępnili tego bloga. Nie jestem taka, że obchodzi mnie tylko popularność, ale im więcej osób to czyta, tym większa motywacja dla mnie :)

Postanowiłam także, że napiszę zapowiedź części drugiej. A oto ona! 

Część druga "Działaj lub giń". 

Ruch wywołany w królestwie przez pojawienie się Maldora na Północnych Rubieżach coraz bardziej się zwiększa. Mężowie przygotowują się do wojny, kobiety zbierają zapasy ze swymi dziećmi. Jest jeszcze lato, ale zima nadchodzi. Ta zima zwiastuje tylko jedno - śmierć.
Jason i Rachel także trenują i się uczą, lecz choroba Rachel nagle atakuje - słyszy w głowie szepty i czuje ból innych. Nawet Galloran nie wie co zrobić - Rachel musi sobie poradzić sama. Jeśli w tym czasie jej to nie zniszczy. 
A tygodnie mijają, i Maldor w końcu zaatakuje. Teraz liczy się tylko czas. Działaj - lub giń.